Zaczęłam ostatnio łączyć medytację z sesjami sound uzdrawiania i musze powiedzieć, ze to zupełnie inna jakość niż sama cisza. Chodzi mi o miski tybetańskie głównie ale tez stroiki. Co mnie zastanawia, to że na każdym warsztacie prowadzący mówi że sesja musi trwać minimum 45-60 minut, żeby w ogule cokolwiek zadziałało. Zawsze zadawałam sobie pytanie, skąd ta granica. czy to kwestia fizjologii, czakr, czy po prostu tradycja? Ciekawa jestem co wy myślicie, bo nie znalazłam na to jednej sensownej odpowiedzi.
Oo, wlaśnie o tym myślałam ostatnio! Czy bynajmniej nie jest tak że dźwięk musi mieć czas żeby dosłownie przeniknąć przez warstwy ciała? Bo przecież fale dźwiękowe to wibracje fizyczne, nie tylko coś tam w głowie. Gdzieś czytałam że pierwsze 20 minut to tylko wejście w stan relaksu, a prawdziwa praca zaczyna się dopiero po tym progu. Nie wiem na ile to potwierdzone ale jakoś to czuje 🙂
Szczerze? Trochę mnie to bawi bo dokładnie te same argumenty słyszę przy kryształach, przy aromaterapii, przy reiki. Zawsze jest jakis magiczny próg czasu po którym "zaczyna działac". Przypadek? Może po prostu jak siedzisz godzinę nieruchomo z miskami to w końcu sie odprężasz i to robota zwykłego relaksu, nie żadnych wibracji?
To co mówisz ma sens, ale trochę upraszczasz. Pytanie brzmi, czy relaks sam w sobie nie jest właśnie celem. I czy to naprawde bez różnicy, czym ten stan osiągamy. Z tego co wiem, badania nad stanami mózgu pokazują że przejście z beta do alfa a potem theta faktycznie wymaga czasu, nie da się tego skrócić do 5 minut. Więc ten próg czasowy to nie jest mit, tylko fizjologia. Co innego to wszystkie opowieści o czakrach i warstwach energetycznych, tu już bym był ostrożniejszy ze stwierdzeniami
Ale Mikolajek - to że mózg potrzebuje czasu na wejście w theta to rozumiem. Ale czy przy samym dźwięku to działa szybciej niż przy normalnej ciszy? Bo prowadzący warsztatów zawsze mówią że miski akurat przyspieszają to przejście. Skad to wiadomo? 🙂
A ja i tak nie rozumiem czemu trzeba tyle czekać, no serio. Byłam raz na takiej sesji z miskami i przez pierwsze pół godziny tylko myślałam o tym co mam do zrobienia w domu, no nie mogłam się skupić wogole. A potem nagle jakby cos pstryknęło i wyluzowałam. Ale to znaczy że te 30 minut było zmarnowane czy właśnie nie?
Akurat to co opisujesz to jest wlasnie ta pierwsza faza, ona nie jest zmarnowana. Twój umysł musi sie poprostu wygadać, wyrzucić te wszystkie listy zakupów i sprawy. Dopiero jak to minie, zaczynna naprawde słuchać dźwięku. Przynajmniej tak to u mnie działa od lat
No i tu jest sedno. Ta pierwsza faza jest konieczna bo nikt z nas nie wchodzi na sesję z czystym umysłem. Serio, kto przychodzi na warsztaty całkowicie bez myśli? Nikt. Dlatego ten czas nie jest odgórnie ustalony jako rytuał tylko wynika z tego jak działa ludzka glowa. Inna sprawa że prowadzący czesto robią z tego cos mistycznego, a to bardziej prozaiczne
Hej, nie jestem specjalnie w temacie ale mam pytanie z innej strony bo czytam i zastanawiam sie. co jesli ktoś jest muzykiem albo ma trening słuchu? Czy dla takiej osoby ta granica czasu jest inna, bo inaczej odbiera dźwięk? Czy każdy musi tyle samo czekać na te efekty?
Ciekawe pytanie. sama jestem po szkole muzycznej i musze powiedzieć ze na sesjach z miskami mam czasem problem bo zamiast dać sie ponieść to zaczynam analizować interwały i strój. Więc moze dla mnie ta bariera jest wyższa, nie niższa
Dobra ale wracając do tego co pisała Apolonia na początku, bo mam konkretne pytanie. Te 45-60 minut to standard w tybetańskich miskach. Ale są też inne metody, didgeridoo, gongi, śpiew gardłowy. Czy tam tez jest ten sam próg? Bo jeśli tak, to trochę dziwne ze różne kultury trafiły na tą samą liczbę.
Aa, skoro o gongach, to ja byłam na sesji z gongiem i po jakichś 20 minutach miałam wrażenie ze mnie trzęsie od środka ale niewiem czy dobrze. Bałam się że coś źle robię. Czy to normalne? Nikt mi wcześniej nie powiedział co może sie dziać
Dzięki że ktoś to wyjaśnił bo ja tez bylem na jednej sesji i tez nie wiedzialem czy to co czuje jest dobre czy nie. nikt na wstępie nie mówi co będzie sie działo, a potem człowiek leży i sie zastanawia czy to normalne. Powinniscie gdzieś napisać taki krótki opis co sie moze dziać, byloby pomocne dla nowych.
o matko, no i tu właśnie widzę problem z tymi warsztatami, że każdy robi po swojemu i nie ma żadnego standardu informowania uczestników. Jedni prowadzący tłumaczą wszystko przed, inni nic nie mówią i człowiek leży zdezorientowany. To nie jest do końca uczciwe wobec ludzi którzy pierwszy raz próbują.
Właściwie mam pytanie które może być głupie ale zapytam. Czy da się w ogóle robić ten uzdrawianie dźwiękiem samemu w domu? Czy to wymaga kogoś kto gra bo sam nie potrafię. Słucham na słuchawkach nagrań z miskami z youtube i trudno mi ocenić czy to ma jakikolwiek sens czy to zupelnie inna jakość niż na żywo
Słuchawki dają inny efekt bo tracisz wibracje czuciowe, te ktore czujesz ciałem a nie uszami. na żywo miska gra w przestrzeni i dosłownie czujesz to skórą, klatką piersiową. Przez słuchawki masz tylko dźwięk, bez tej fizycznej warstwy. Czy warto? Myślę ze tak bo nawet to moze pomóc w skupieniu ale nie liczyłabbym że to identyczne doświadczenie
Ok, dzięki za wytłumaczenie tej kwestii ze słuchawkami, nie wiedziałem ze to aż taka różnica. ale to znaczy że w zasadzie bez misy czy gongu w domu jestem bez szans? Bo nie mam kasy żeby kupować miski, one są drogie chyba 😀
no cóż, słuchaj, ale czy ta fizyczna wibracja to naprawdę jest kluczowa? Bo jak tak patrzę na te wszystkie dyskusje to wychodzi, że uzdrawianie dźwiękiem to jest w ogóle oddzielna kategoria od samej medytacji dźwiękiem? Albo to jest to samo i tylko inaczej sie to nazywa?
Moim zdaniem to nie ta sama bajka. uzdrawianie dźwiękiem zakłada ze dźwięk cos aktywnie robi z twoim ciałem, a medytacja przy dźwięku to bardziej sposób do skupienia. chociaż granica jest płynna i chyba każdy to troche inaczej rozumie
No właśnie, i tu znowu wychodzi ten problem z całą tą branżą. Jedno sie nazywa leczeniem a drugie medytacją ale finalnie idziesz na to samo miejsce, płacisz tyle samo i leżysz tak samo. Skąd wiadomo za co płacisz i czy to ma w ogóle znaczenie jak sie to nazwie
O, to jest interesujące co pisze Mikolajek bo ja właśnie chyba myliłam te dwie rzeczy przez cały czas. Czyli jak leżę i w zasadzie nie robię nic, tylko słucham, to to jest bardziej ten zachodni uzdrawianie? A żeby to była medytacja to musze aktywnie coś z tym dźwiękiem robić?
Hej, wracam do tego co pisał Pentaklista bo mnie tez to nurtuje. Ja słucham nagrań z youtube i szczerze? Działają na mnie ale moze to tylko placebo, nie wiem. Ale cos tam czuję, taki spokój. Czy to jest w ogóle argument za czy raczej bez znaczenia jeśli to tylko relaks
no i proszę, A mi sie wydaje ze to pytanie o placebo jest bez sensu w kontekście medytacji. Znaczy, jesli medytujesz i czujesz spokój, to masz spokój. To jest efekt. Czy jest osiągnięty przez placebo czy przez wibracje czy przez co chcesz, chyba bez różnicy? Albo sie mylę?
