Po czym poznaję? Chyba po tym że jestem w stanie myśleć o tym co zrobię za godzinę. Jak nie jestem - to znaczy że coś wisi. Brzmi może zbyt prosto, ale to jest dla mnie taki wskaźnik czy wróciłam do codzienności czy jeszcze gdzieś jestem.
Jedzenie po sesji - o tym nie słyszałem, ale teraz jak o tym myślę, to mi to ma sens. Ciało dostaje wyraźny sygnał że jest tu i teraz.
To co Ulka opisuje z jedzeniem i zimną wodą ma w sobie logikę uziemienia. Nie jako magiczna procedura, tylko jako sygnał dla układu nerwowego że faza intensywna się skończyła. Ale mam pytanie - czy robicie to zawsze, po każdej sesji, czy tylko po tych bardziej intensywnych?
Ja też nie robiłam nic świadomie po sesji i teraz się zastanawiam czy to nie jest właśnie powód tych dziwnych nastrojów które potem miałam. Może to nie wychodziło 'samo' tylko czekało na jakieś zamknięcie.
Słuchajcie, ale wracam do pytania które zadałam wcześniej i które chyba trochę umknęło. Czy my nie zakładamy że to 'przejmowanie kontroli przez ciało' jest czymś co trzeba zamknąć, uziemić, ogarnąć? A co jeśli jest po prostu częścią procesu i nie potrzebuje zarządzania?
Rozumiem co Zywilka ma na myśli i to ważne pytanie, ale myślę że tu chodzi o nieco inny poziom. Nie chodzi o to żeby zarządzać tym co dzieje się w sesji - tam rzeczywiście najlepiej nie ingerować. Ale coś co się otworzyło i zostało otwarte przez wiele godzin po sesji, to już jest kwestia czy to nam służy czy nie. To nie jest ocena procesu, to kwestia komfortu i funkcjonowania na co dzień.
A po czym w ogóle odróżnić że coś 'zostało otwarte' od tego że po prostu jesteśmy zmęczeni po sesji? Pytam bo może te smutki i rozkojarzenia to jest po prostu zmęczenie, nie żadne niezamknięte procesy?
Ja czytałem ten wątek od początku i teraz coś mi się kręci po głowie. Czy to drżenie i te intensywne reakcje to zawsze musi być coś do 'przeprocesowania'? Pytam bo może niektóre osoby po prostu mają bardziej reaktywne ciała i to nie jest żaden głębszy sygnał.
Może gupie pytanie ale - czy to drżenie w medytacji to to samo co drżenie jak np. mam stres przed rozmową o prace? Fizycznie chyba podobne ale chyba nie o to samo chodzi?
To co Dianka mówi przypomina mi że kiedyś czytałem coś o TRE, to znaczy ćwiczeniach właśnie na wywołanie drżenia żeby rozładować napięcie. I tam mówili że to ewolucyjnie stary mechanizm. Czy to może być to samo co w medytacji?
TRE to dobry trop, Jacenty. Mechanizm fizjologiczny może być podobny - chodzi o to że ciało rozładowuje zablokowane napięcie przez ruch który nie jest kontrolowany przez korę mózgową. W medytacji nie wywołujemy tego celowo, ale tworzymy warunki w których ciało może to zrobić samo. Stąd właśnie ten tytuł wątku - ciało przejmuje i robi swoje, bez pytania o zgodę.
Dobra, rozumiem to z TRE, ale mam pytanie do Konstancji - skoro ciało robi to samo co i w TRE, to może zamiast medytować, lepiej po prostu TRE robić? Prościej i wiadomo o co chodzi.
Bogusia, to nie jest takie proste. TRE i medytacja to nie są wymienne rzeczy, nawet jeśli oba mogą uruchamiać podobny mechanizm drżenia. W TRE wchodzisz w to z konkretnym celem rozładowania napięcia - ciało dostaje jednoznaczny sygnał. W medytacji kontekst jest szerszy, a to co się pojawia - drżenie, emocje, obrazy - to jest materiał do obserwacji, nie tylko do wyrzucenia. Przynajmniej tak to rozumiem.
Ale rozumiem Bogusię, bo ja też bym tak pomyślał na jej miejscu. Skoro efekt podobny, to po co owijać w bawełnę? Konstancja, czy możesz powiedzieć co konkretnie 'tracimy' jeśli zamiast medytować robimy TRE i koniec?
Zgadzam się że to nie jest wymienne, ale chciałam dopytać - mówisz że materiał z medytacji jest do obserwacji. A co z osobą która zupełnie nie umie obserwować, tylko przeżywa? Czy ona w ogóle ma z tego medytowania jakiś pożytek, skoro nie przetwarza tego świadomie?
Ja akurat przez długi czas należałam do tych co przeżywają a nie obserwują. I powiem szczerze - coś się zmieniało, tylko wolniej i mniej świadomie. Nie umiałabym powiedzieć co, ale byłam inna po kilku miesiącach. Czy to zasługa obserwacji? Chyba nie, bo jej nie było.
Właśnie i to wracamy do tej kwestii którą ja też wcześniej poruszałam - czy musimy rozumieć żeby proces działał? Bo może ten przymus rozumienia to jest akurat przeszkoda a nie pomoc. Ciało nie pyta umysłu o zgodę zanim zacznie drżeć.
Hortensja ma rację, to ważne. Szczególnie dla kogoś kto zaczyna i nie ma żadnego punktu odniesienia. Skąd ma wiedzieć że drżenie to coś dobrego a nie że po prostu jest mu zimno albo ma za niski cukier?
A czy to drżenie zawsze jest ciche takie, w sensji wewnętrzne? Bo ja raz miałem że dosłownie trzęsły mi się nogi i ręce i byłem przekonany że coś jest ze mną nie tak. Siedziałem i myślałem że zaraz zemdleje.
Okultysta i Dianka opisują coś ważnego - że to trzęsienie bywa naprawdę widoczne fizycznie. I tu właśnie wracam do TRE, bo to jest argument że mechanizm jest realny i cielesny, nie wymyślony. Ale pytanie Jacentego pozostaje - co się traci jeśli robi się samo TRE. Myślę że traci się kontekst. TRE mówi: rozładuj. Medytacja mówi: popatrz co jest w środku i przy okazji rozładowuje. To różnica jak między wzięciem środka przeciwbólowego a zapytaniem co boli i dlaczego.
To jest dobra analogia Konstancjo. Ale to znaczy że medytacja jest trudniejsza i wymaga więcej od osoby, tak? Że TRE jest jakby łatwiejszą wersją dla kogoś kto jeszcze nie jest gotowy na to obserwowanie?
Nie wiem czy łatwiejsza to dobre słowo. Inna. TRE jest bardzo konkretna i ukierunkowana. Medytacja jest bardziej otwarta i przez to mniej przewidywalna. Niektórzy wolą wiedzieć gdzie idą.
Czytam ten wątek od długiego czasu i nigdy nic nie pisałam, ale tutaj muszę. Ja robiłam TRE przez kilka miesięcy i potem zaczęłam medytować i to nie jest tak że jedno zastępuje drugie. Dla mnie TRE otworzyło jakieś drzwi, a medytacja pozwoliła przez nie przejść. Nie wiem czy to ma sens co piszę.
To co Magnolka opisuje z tym krzyczeniem ciała - ja to rozumiem. Kiedy jest dużo napięcia to w medytacji siedzę i walczę z tym napięciem zamiast cokolwiek obserwować. Może właśnie dlatego uziemienie po sesji mi pomaga - bo to napięcie trochę opada i dopiero wtedy coś się domyka.
Okej, to ja mam teraz inne pytanie. Skoro to napięcie w ciele tak bardzo przeszkadza w medytacji, to co robić żeby wejść w medytację z ciałem które już nie jest takie napięte? Czy jest jakiś sposób zanim się w ogóle zacznie siedzieć i medytować?
Bogusia_S pyta o coś bardzo konkretnego i to mnie cieszy, bo wracamy do ciała. Odpowiem wprost: tak, jest kilka rzeczy które można zrobić zanim się w ogóle usiądzie. Ja robię krótki spacer lub kilka minut kołysania się w przód i tył. Brzmi banalnie, ale kołysanie aktywuje ten sam układ nerwowy co medytacja i ciało 'dostaje sygnał' że może się rozluźnić. Nie zawsze działa, ale częściej niż nie.
Kołysanie się? Serio? Nie wiedziałam że to ma jakieś znaczenie, myślałam że to tylko taki odruch.
