Mam takie poczucie że temat medytacji a Boga jest jakoś omijany na tym forum, a to chyba najciekawszy wątek jaki można poruszić przy praktykowaniu. sama medytuję od kilku lat i coraz częściej w głębszych stanach mam poczucie... no jak to nazwać... że dotykam czegoś co jest większe niż ja. Nie wiem czy to Bóg w sensie religijnym czy jakiś absolut, czy po prostu mój umysł odpuszcza kontrolę i coś się otwiera. Ale to nie jest neutralne uczucie. Zupełnie zmienia się też dynamika realcji z ludźmi po takim doświadczeniu - szczególnie zauważyłam to w przyjaźniach. Kogoś nagle nie potrafię tolerować, a ktos inny staje się mi bliższy bez żadnego racjonalnego powodu. Czy ktoś miał coś podobnego?? Bo zastanawiam się czy to jest oczyszczanie pola energetycznego, odpadanie niepotrzebnych więzi, czy moze zwykły efekt uboczny zmiany stanu świadomości.
To co opisujesz z przyjaźniami to bardzo konkretne zjawisko i niekoniecznie ma związek z Bogiem czy absolutem. Każda głębsza praktyka medytacyjna zmienia priorytety i człowiek po prostu inaczej zaczyna patrzeć na relacje. Ale żeby od razu mówić że to "oczyszczanie pola energetycznego" - no, bym się zatrzymała. Natomiast samo pytanie o absolut w medytacji jest naprawdę poważne. Ja po długim czasie praktyki przestałam używać słowa Bóg bo nie wiem czy ono tu pasuje. W hinduskiej tradycji mówi się o Brahman, w buddyzmie tego w ogóle nie ma, a w mistyce chrześcijańskiej znowu inaczej. Co konkretnie czujesz w tych momentach? Bo to ważne.
No wlasnie, i tu jest sedno problemu z większością tych rozmów. Ludzie mieszają ze sobą technikę (medytacja jako trening uwagi) ze stanem (spokój, cisza) z interpretacją (to byl Bog, to bylo pole energetyczne, to bylo cokolwiek). A to sa trzy rozne rzeczy. Doswiadczenie jest jedno. Interpretacja to juz nasza naklejka ktora przyklejamy po fakcie. Nie twierdze ze nic sie nie dzieje w glebokiej medytacji ale uwazajbym z automatycznym nazywaniem tego absolutem czy Bogiem
słuchajcie ja mam takie pytanie troche z boku ale związane - bo piszecie o przyjaźniach że sie zmieniają po głębszej praktyce. Mnie to spotkało i byłem zaskoczony. Zacząłem medytować regularnie i po jakichś 3 miesiącach nagle stwierdziłem że jedno znajomstwo mi kompletnie wyschło, jakby powietrze z balona uszło. Nie pokłóciłem się z tym człowiekiem, po prostu przestało być. i zastanawiam się czy to jest ta wasza zmiana pola czy może po prostu jak człowiek się wycisza to widzi lepiej kto mu pasuje a kto nie. Bo może to nie jest żadna magia tylko zwykłe że nareszcie słyszę siebie?
Czytam i zastanawiam sie nad tym co Otylka pisala na poczatku - ze to uczucie absolutu nie jest neutralne. Ja mialam raz cos takiego podczas bardzo dlugiej medytacji, chyba ze dwie godziny siedziałam i w pewnym momencie jakby wszystko sie zatrzymało i bylo... nie wiem jak to opisac, jakby za duze na slowaa. I potem faktycznie inaczej patrzyłam na kilka osob w moim zyciu. Ale nie wiem czy to byl Bog czy poprostu byłam bardzo zmęczona i mój mozg cos wyprodukowal 🙂
hej, troche z innej beczki ale czy sprawa nie wygląda tak ze samo stawianie pytania "czy to byl bog" juz wplywa na odpowiedz? jak wchodzisz w medytacje z tlem katolickim to bedziesz to nazwal Bogiem jak z tlem buddyjskim to pustka albo swiatlo, jak kompletnie swieckim to "spokojny stan". Nie mowie ze to nieprawdziwe, tylko ze slowa ktore mamy w glowie ksztaltuja co "widzimy". Ciekawe jakby to opisal ktos kto w ogole nie zna tych tradycji
