Hej, chcialem sie podzielić czymś co mnie ostatnio nurtuje. Medytuję juz z pare lat i trafila mi sie pewna ksiazka o Shambhali - tym legendarnym królestwie ukrytym gdzieś w Himalajach, do którego podobno możnas sie dostac tylko w stanie głębokiej medytacji albo poza ciałem. I teraz pytanie do was - czy ktos z was próbował tak głębokiej medytacji żeby "dotrzeć" do takiego miejsca? Ja sam próbowalem kilka razy kierować intencję na Shambhale podczas sesji i coś się dzieje ale pewien nie jestem czy to wyobraźnia czy naprawdę cos więcej. Czytałem że tibetańscy mnisi latami sie do tego przygotowują, nie jest to cos dla każdego. Ale z drugiej strony - jeśli medytacja jest drogą, to dlaczego nie spróbować?
oj, tez sie tym interesuję!! shambhala to jest chyba cos w rodzaju odpowiednika Raju w buddyzmie? Slyszałam ze to nie jest fizyczne miejsce tylko rodzaj stanu świadomosci, ze tam "sie trafia" kiedy umysł jest wystarczajaco czysty. @Mikolajek61 a co dokladnie czujesz podczas tych medytacji kiedy kierujesz intencję? Bo mnie nurtuje czy to nie jest przypadkiem po prostu efekt głębokiej relaksacji, nie mysle ze to zle, ale ciekawe czy da sie rozróżnic 🙂
Muszę tu od razu zaznaczc kilka rzeczy bo widze ze idzie to w kierunku ktory mnie troche niepokoi. Shambhala w tradycji tybetańskiej to jest pojęcie wielowarstwowe - tak, ma wymiar mistyczny i symboliczny ale tradycja Kalachakry, do której ta koncepcja pierwotnie należy, stawia bardzo konkretne wymaganiia co do przygotowania praktykującego. To nie jest tak że można sobie "nastawić intencję" i pojechać. Latami sie pracuje pod okiem nauczyciela, przechodzi inicjacje, oczyszcza umysł z konkretnych zaciemnień. Moje pytanie do autora watku brzmi - pod czyim kierunkiem pracujesz? Bo samodzielne próby "dotarcia" do takich wymiarów bez odpowiedniego przygotowania mogą przynieść efekty, których się nie spodziewasz.
właśnie to chciałam powiedzieć, Genio ma rację. Ja sie boję takich eksperymentów bo nie wiem co można "przyciągnąć" albo co można przypadkowo otworzyć w sobie. Mikolajek, a nie boisz sie że zamiast Shambhali trafisz na cos zupelnie innego? Czytałam że nieodpowiednia medytacja może powodować różne stany psychiczne, halucynacje albo coś co potem trudno odwrócic. Serio pytam, nie żeby straszyć.
Mam tu w notatkach ze Roerichowoie tworzyli własną interpretację Shambhali, dość odległą od oryginalnej tradycji tybetańskiej. Mocno ją zmistyfikowali i nałożyli swoją teozoficzną siatkę pojęć. Więc zależy z jakiego źródła ktoś czyta - bo to może być zupelnie inna "Shambhala" niż ta o której mówi Genio. Mikolajek, skad czerpałeś informacje do tych medytacji? Jaka to była ksiazka?
Mnie bardziej interesuje co konkretnie sie dzieje podczas tych twoich sesji. Piszesz że "cos sie dzieje" - co to znaczy? Wiidzisz obrazy? Czujesz coś w ciele? Bo to jest kluczowe żeby wgl gadac o tym czy to jest cokolwiek "prawdziwego" czy nie.
ojejej, przepraszam że sie wtrącam bo jestem tu nowa w temacie medytacji ale mam pytanie - czy Shambhala to wgl jest bezpieczny temat do medytacji dla kogoś kto medytuje powiedzmy od roku? Czytam ten wątek i trochę mi strach, szczerze. Nie wiem gdzie jest granica między normalną medytacją a czymś co może zaszkodzic.
To jest świetne pytanie Honoratka bo to jest chyba najczestszy mit w medytacji - że chodzi o uciekanie od ciała. Zakotwiczenie to jest to że zawsze wiesz gdzie jesteś, czujesz podłogę, oddech, jesteś w stanie w każdej chwili wróciś do siebie. Możesz mieć głęboki trans i jednocześnie byc zakorzeniona. Te dwie rzeczy sie nie wykluczają. A jak ktoś traci to zakotwiczenie, to mogą sie pojawiac stany które są trudne do odróżnienia od dysocjacji.
właśnie to mnie przeraża w takich tematach. Sama medytuję od kilku miesięcy i staram sie trzymac prostych technik, oddech, skanowanie ciała, nic skomplikowanego. Ale teraz czytam o tej Shambhali i ciekawość mnie bierze. Genio, czy jest jakaś "bezpieczna" forma pracy z tym tematem dla kogoś kto nie ma nauczyciela? Czy to się w ogóle trzyma kupy bez przewodnika?
Szczerze??? Bez nauczyciela zostałbym przy samym czytaniu o Shambhali - jako o legendzie, archetypie, symbolu doskonałości. To jest w pełni wartościowe i nie wymaga żadnego ryzyka. Medytacja wizualizacyjna ukierunkowana na "dotarcie" do czegoś konkretnego to juz inna para kaloszy. Nie mówię ze sie nie da, mówię że bez kogoś kto widzi co się z tobą dzieje z zewnątrz, możesz nie zauważyc kiedy przekraczasz swoja wlasna granicę
to brzmi jak klasyczna wizualizacja ktora weszła głebiej niz zwykle. Nie neguję ze to bylo cos realnego dla ciebie ale sam opis - góry, jasne budowle, poczuice obecności - to jest dokladnie to co wiekszosc ludzi WYOBRAŻA sobie kiedy słyszy "Shambhala". Nie twierdzę że to była wyobraźnia i tyle ale jak to odróżnisz? Serio pytam, bo sam chciałbym wiedzieć jak rozróżniać takie rzeczy
super wątek, bardzo dziękuję wszystkim za te informacje. Sam zacząłem sie interesować medytacją ostatnio i nigdy bym nie pomyslał że to moze byc cos skomplikowanego i potencjalnie ryzykownego. Naprawdę otworzył mi oczy ten watek. Genio, wielkie dzieki za te wyjasnienia o zakotwiczeniu, teraz rozumiem o co chodzi.
ten argument z zapachem to ciekawe. Ale mózg generuje tez halucynacje zmysłowe bez żadnego zamówienia, to nie jest dowód na nic zewnętrznego. Mam inne pytanie do Mikoaljka - czy robiłeś te sesje zawsze sam czy kiedyś z kimś? I ile trwają bo to tez moze miec znaczenie
hm, ja się zastanawiam nad czymś innym. czy w ogóle szukanie Shambhali jako konkretnego celu medytacji ma sens? Tzn czytam ten wątek i wydaje mi się że może lepiej byłoby po prostu... medytować bez takiego konkretnego kierunku? Genio coś o tym mówił wcześniej ale nie wiem czy dobrze rozumiem. Chodzi o to żeby nie forsować, tak?
przepraszam że dołaczam tak późno do tematu ale... ta Shambhala w ogule - to jest jedna tradycja czy różne? Bo czytam i raz piszecie o tybetańskiej, raz o Roerichach, raz o jakimś archetypie. troche jakby każdy mówił o czymś innym pod tą samą nazwą?
