To zdanie o diagnozie i lekarstwie bardzo mnie uderzyło. Bo ja chyba traktowałam medytację jak kompletny pakiet - i diagnoza, i leczenie, i rekonwalescencja. A może rzeczywiście to tylko pierwsza część.
Ale tu mam pytanie - czy to znaczy, że medytacja bez jakiegoś dopełnienia, czy to w postaci rozmowy, terapii, grupy, jest niepełna? Czy to jest wadą praktyki czy po prostu jej granicą, której nie ma co przekraczać siłą?
Słucham tego i mam wrażenie, że to zależy od człowieka, a nie od samej medytacji. Jeden będzie potrzebował dopełnienia, drugi nie. Tylko jak to stwierdzić u siebie?
U mnie kręci się w kółko. Od dłuższego czasu. I chyba to właśnie sprawiło, że zaczęłam pisać ten wątek, tylko nie umiałam tego tak nazwać.
To, co Eremitka napisała na końcu, jest chyba najważniejsze w tym wątku. Kręci się w kółko i nie umiała tego nazwać. Ale teraz nazwała. Czy to coś zmieniło? Pytam serio, bo czasem samo nazwanie problemu już coś rusza.
Trochę tak. Piszę to i czuję, że coś jest inaczej niż kiedy zaczęłam ten wątek. Ale nie wiem jeszcze, co z tym zrobię. I nadal nie wiem, czy moja samotność wynika z medytacji, czy medytacja jest moją odpowiedzią na samotność, która i tak by była.
A czy te dwa kierunki muszą się wykluczać? Może obie rzeczy są prawdą jednocześnie i jedno nakręca drugie. Mam pytanie do Eremitki - kiedy nie medytujesz przez jakiś czas, to samotność jest mniejsza, większa, czy taka sama?
Właśnie, Domowik ma punkt. Ja próbowałam kiedyś celowo zrobić przerwę, żeby zobaczyć, co się zmieni. I zmieniło się dużo, ale nie wiedziałam, czy to przerwa zrobiła swoje, czy inne okoliczności. Nigdy nie można tego dobrze oddzielić.
Wracając do tego, co Eremitka napisała - oswaja, ale nie likwiduje. Czy to nie jest może uczciwy opis granicy medytacji w kontekście samotności? Nie leczy, ale sprawia, że się z tym da żyć. Tylko pytanie, czy to wystarczy.
Mimoza ma tu chyba racje. Oswajanie to nie to samo co wyjście z pułapki. Ale z drugiej strony - nie każda samotność jest pułapką, prawda? Może część ludzi po prostu tak ma i medytacja im pomaga to zaakceptować, a nie zmienić.
Ja bym powiedziała, że akceptacja zwykle nie boli, a przyzwyczajenie do czegoś złego boli, tylko tępo. Ale to bardzo subiektywne i nie wiem, czy komukolwiek pomoże jako kryterium.
To zdanie o tępym bólu zostanie ze mną. Chyba rozumiem, co Lidzia ma na myśli.
To co Lidzia mówi o bólu, który cisza ujawnia, a nie tworzy, jest dla mnie ważne. Bo miałam poczucie winy, że medytacja mi coś psuje. A może ona mi po prostu pokazuje to, co i tak było.
Dobre pytanie, Domowik. Może to jest właśnie to, co chciałam powiedzieć wcześniej i nie umiałam. Że kiedy traktuję samotność jak problem do rozwiązania, to medytacja faktycznie zawodzi. A jak traktuję ją jak... coś do zrozumienia, to jakoś inaczej wychodzi. Nie wiem, czy to ma sens.
...c jakoś inaczej wychodzi. Nie umiem tego lepiej ująć, ale chyba o to mi chodziło przez cały czas.
To 'siada obok' jest bardzo trafne. Mam podobnie i długo nie umiałam tego nazwać. Pytanie, czy to jest zmiana w samotności, czy tylko zmiana w stosunku do niej. Bo to nie to samo.
Właśnie zaczęłam się zastanawiać nad czymś innym. Mówimy o samotności jakby była jedna rzecz, a czy nie jest tak, że podczas medytacji obcujemy z innym rodzajem samotności niż ta codzienna? Ta w ciszy jest może bardziej... dobrowolna?
to jest naprawdę dobre rozróżnienie. Tylko że dla mnie te dwie rzeczy potrafią się zlewać w trakcie sesji. Wchodzę z dobrowolną ciszą, a po kilku minutach wyłazi ta niedobrowolna. I już nie wiem, w której jestem.
To co Sigilmistrz mówi o kończeniu wcześniej - mnie też się to zdarza. Tylko że potem żałuję. Bo jak się wychodzi w połowie, to zostaje takie zawieszenie, gorsze niż gdybym wcale nie zaczynał.
A czy ktoś próbował celowo zostać w tej niewygodzie zamiast wychodzić? Ciekaw jestem, co się wtedy dzieje.
Próbowałam. Raz zostałam i zaczęłam płakać, nie wiem za czym. I po wszystkim było... lżej. Ale nie wiem, czy to dobre kryterium, bo nie zawsze płakanie oznacza coś ważnego.
To co Eremitka mówi o płakaniu bez powodu - ja to znam. I za każdym razem potem zastanawiam się, czy to ciało płakało za czymś, o czym głowa jeszcze nie wie. Czy to absurdalne?
I może właśnie o to chodzi - że medytacja nie zmniejsza samotności bezpośrednio, tylko sprawia, że przestajemy uciekać i coś się wtedy uwalnia. A samo pytanie z tytułu tego wątku może nie mieć jednej odpowiedzi, bo to zależy od tego, co z tą ciszą robimy.
To co Gruszanka napisała na końcu - że medytacja sprawia, że przestajemy uciekać - mnie jakoś uderzyło. Bo jeśli tak, to czy samotność, którą wtedy czujemy, była tam cały czas i tylko czekała, aż przestaniemy biegać? Trochę niepokojące.
To porównanie z latarką zostaje ze mną. Bo kiedy zaczęłam ten wątek, myślałam o tym bardzo konkretnie - czy mi jest lepiej, czy gorzej. A tu wychodzi, że to pytanie jest za małe na to, co się dzieje w ciszy.
Eremitko, ale mam takie pytanie - czy teraz, po tej całej rozmowie, uważasz, że medytacja ci pomogła z tą samotnością, czy raczej otworzyła coś, z czym jeszcze nie wiesz co zrobić? Pytam, bo to twój temat i ciekawi mnie, jak to widzisz po tych wszystkich postach.
To 'bardziej moja' jest ciekawe. Bo ja przez długi czas traktowałem to uczucie jak coś, co mi się przydarza. I dopiero jakoś po regularniejszej praktyce pomyślałem, że może to część mnie, nie intruz. Nie wiem, czy to zmienia cokolwiek na poziomie uczuć, ale w głowie zrobiło różnicę.
