To pytanie Domowika mnie zatrzymało, bo sama się z tym zmagałam. I nie mam odpowiedzi, ale zauważyłam u siebie, że akceptacja dawała jakieś dziwne rozluźnienie, a zmęczenie zostawiało raczej ciężar. Może to jest ta różnica - w tym, co zostaje w ciele.
Wracając trochę do sedna - rozmawiamy o tym, jak się zmienia nasze doświadczenie samotności podczas medytacji, ale czy ktoś z was czuje, że ta zmiana przenosi się potem na codzienne życie? Czy to zostaje tylko w czasie sesji?
To co Sigilmistrz i Mimoza piszą - o regularności i otwieraniu, które się zamyka - chyba dotknęło czegoś ważnego. Może pytanie z tytułu tego wątku nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od tego, czy traktujemy medytację jako coś, do czego wracamy, czy jako coś, co robimy raz i oceniamy. Ale to mnie zastanawia jeszcze bardziej niż na początku.
To co Eremitka napisała o tym, że medytacja jest czymś, do czego wracamy - to mnie zatrzymało. Bo ja mam notatki z różnych sesji i jak je przeglądam, to widzę, że te momenty, kiedy poczucie samotności było największe, były też momentami, kiedy robiłam najdłuższe przerwy w praktyce. Nie wiem, czy to korelacja, czy coś więcej.
To co Domowik pyta o kierunek - czy samotność powoduje przerwy, czy przerwy powodują samotność - to jest chyba jedno z trudniejszych pytań w tej rozmowie. Bo ja mam intuicję, że to działa w obie strony i jedno napędza drugie. Ale intuicja to nie dowód.
hmm, to dobre pytanie. Chyba u mnie najpierw jest ciało - jakieś rozproszenie, niemożność usiedzenia. A myśl 'nie mam siły' przychodzi dopiero po tym, jakby tłumaczenie post factum.
U mnie tak samo jak u Sigilmistrza - ciało pierwsze. Jak jestem w złym miejscu emocjonalnie, to dosłownie nie mogę znaleźć wygodnej pozycji, kręcę się, nic nie pasuje. Dopiero jak to mija, mogę siedzieć spokojnie.
To co Krwawnik mówi o wyodrębnianiu - to mi przypomina coś, z czym się spotkałam przy bioenergoterapii, że niektóre stany nie mają nazwy i nadawanie im nazwy już je zmienia. Może samotność w trakcie medytacji to nie jest to samo co samotność, którą potrafimy opisać słowami.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam pytanie do wszystkich - czy macie poczucie, że to, o czym mówicie, czyli ta samotność w medytacji, jest bardziej uczuciem braku kogoś konkretnego, czy raczej takim egzystencjalnym 'jestem sam na świecie'? Bo mam wrażenie, że ta rozmowa miesza oba te znaczenia.
To rozróżnienie Twilighty jest ważne, bo podejrzewam, że odpowiedź na pytanie z tytułu tego wątku - czy medytacja pogłębia izolację czy ją zmniejsza - może być różna w zależności od tego, o którym rodzaju samotności mówimy. Czy ktoś sprawdzał to na sobie w obu wariantach?
To co Sigilmistrz mówi o ciszy dającej za dużo przestrzeni - zastanawiam się, czy to nie jest trochę tak, że my sami decydujemy, co ta cisza wypełni? Tzn. czy mamy jakiś wpływ na to, co się pojawia, czy to zawsze jest poza naszą kontrolą?
Wróćmy może do pytania, które zadałam wcześniej - czy ktoś świadomie obserwował u siebie różnicę między tymi dwoma rodzajami samotności w medytacji? Bo mam poczucie, że rozmawiamy o nich łącznie i może przez to nie możemy dojść do żadnej odpowiedzi.
To jest właśnie ten paradoks, który mnie gnębi od początku tej rozmowy. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, co czuję w medytacji, muszę wyjść z medytacji. A jak wyjdę, to już nie wiem, czy pamiętam dokładnie. Gruszanka, może prowadzenie notatek od razu po sesji byłoby rozwiązaniem?
Właśnie tak robię - siadam i piszę zaraz po, bez przerwy. I nadal mam ten problem, który wymieniałam, że zapisuję co, nie dlaczego. Może rozwiązaniem byłoby pisanie więcej, nie tylko stanu, ale i tego, co było chwilę przed i co przyszło po.
Zastanawiam się, czy to, o czym mówi Domowik, nie jest trochę obok tematu - bo my nie musimy idealnie zapamiętywać. Chodzi o to, czy medytacja zmienia nasze relacje z samotnością ogólnie, nie tylko podczas sesji. Czy po pewnym czasie praktyki coś się przesuwa?
Eremitko, szczerze - nie wiem. Chyba samo, z czasem. Może ważne było to, że nie przerywałem regularnie, bo jak miałem dłuższe przerwy, to te uczucia wracały z większą siłą. Ale to moje doświadczenie, nie wiem, czy jest jakąś regułą.
Czytam ten wątek i mam proste pytanie - czy medytacja wymagana jest do tego, żeby w ogóle zajrzeć w tę samotność? Bo ja nie medytuję regularnie i mam wrażenie, że i tak te stany do mnie przychodzą, tylko może mniej kontrolowanie.
Czytam od dłuższego czasu i mam tylko jedno - to co mówi Sigilmistrz o tym, że uczucie mniej przeraża z czasem, to pasuje też do mojego doświadczenia z innymi rzeczami, nie tylko samotnością. Jakby medytacja ćwiczyła nie odporność, ale jakiś rodzaj spokojnego przyglądania się. Nie wiem, czy to dobra nazwa.
...spokojnego bycia z tym, co jest. Nie wiem jak to nazwać lepiej. Jakby medytacja dawała nie tarcze, ale inne oczy.
Ale właśnie to mnie przeraża w tym wszystkim. Zaczęłam medytować między innymi dlatego, że czułam się samotna i chciałam to jakoś przepracować. A teraz słyszę, że praktyka może sprawić, że samotność staje się bardziej znośna - i nie wiem, czy to jest cel, do którego chcę dążyć, czy może pułapka.
Eremitko, ale czy te dwie rzeczy muszą się wykluczać? Możesz jednocześnie lepiej znosić samotność i nadal chcieć kontaktu z ludźmi. Mam wrażenie, że gdzieś po drodze zaczęliśmy traktować akceptację samotności jak rezygnację z relacji, a to chyba nie jest to samo.
To chyba jest clou całego tematu, który Eremitka postawiła na początku. Czy medytacja zmniejsza poczucie izolacji, czy je pogłębia - może odpowiedź jest taka, że zależy od tego, jak patrzysz? Dla ciebie wewnątrz jest poprawa, dla kogoś z zewnątrz może wyglądać jak odsuwanie się.
Próbowałam to jakoś śledzić i szczerze - u mnie bez zmian ilościowo. Ale jakościowo chyba tak, rozmowy są inne, jestem bardziej cierpliwa. Czy to znaczy mniej izolacji? Nie wiem, może nie chodzi o ilość.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam głupie może pytanie - czy ta samotność, o której tu mówicie, to jest coś, co czujecie TYLKO w medytacji, czy ona jest cały czas i medytacja tylko ją pokazuje wyraźniej? Bo jak czytam, to mi się miesza jedno z drugim.
Konwalka84 trafiła w coś ważnego. Dla mnie to jest cały czas, ale zwykle w tle i jakoś zagłuszone byciem zajętą. Medytacja usuwa te zagłuszacze i wtedy to wychodzi na przód. I nie wiem, czy to jest dobre, bo zostaje ze mną potem przez chwilę nawet po sesji.
i jak długo zostaje? Bo to może być ważna informacja. Kilka minut, kilka godzin, cały dzień?
Właśnie to 'nie zawsze nieprzyjemnie' jest dla mnie kluczowe w tym wątku. Bo jeśli na początku piszemy, że samotność to problem, a potem okazuje się, że w medytacji bywa neutralna albo nawet trochę dobra - to może samo pytanie z tytułu jest oparte na założeniu, że izolacja zawsze jest czymś złym?
