Mam ostatnio taki dylemat i nie wiem czy ktos jeszcze się nad tym zastanawiał. Medytuje regularnie już jakieś dwa lata, zaczęłam od uważność, teraz robię też medytacje na czakry. I zauważyłam coś niepokojącego - im więcej medytuję, tym bardziej mi się nie chce wychodzić do ludzi. Serio. Siedzę sobie w tej ciszy, jest mi dobrze, a potem ktoś dzwoni i mam ochotę nie odbierać. Na początku myślałam że to normalne oczyszczanie ale teraz się zastanawiam czy przypadkiem nie przesadzam z tym zamykaniem się w sobie. Czy medytacja może sprawić że człowiek staje się... samolubny? Że za bardzo skupia się na własnym wnętrzu i traci kontakt z innymi?
To jest akurat bardzo dobre pytanie i dobrze że o tym piszesz bo mało kto to porusza. Sama przez to przechodziłam. Według mnie jest duza rożnica między potrzebą ciszy a ucieczką od rzeczywistości i nie zawsze łatwo te dwie rzeczy odróżnić. Ale to że masz wątpliwości to już dobry znak, bo ludzie którzy naprawde wpadają w tą pułapkę zazwyczaj nie widzą żadnego problemu
Hm, nie powiedziałabym że to samolubstwo od razu. Ja jak próbowałam medytować to mi się wogole nie udawało skupić, myślałam tylko o różnych rzeczach. Ale mam koleżankę która medytuje codziennie i faktycznie jest taka jakby oderwana trochę. Zawsze spokojka, ale czasem ma się wrażenie że jej po prostu nie obchodzi co się dzieje z innymi. Może rzeczywiście cos w tym jest?
No właśnie, to kwestia tego po co właściwie medytujemy. Jeśli medytacja służy żeby uciec od życia to rzeczywiście robi się problem. Ale jeśli wracasz z niej bardziej obecna dla innych, spokojniejsza, to jest ok. Pytanie które warto sobie zadać: czy jesteś po medytacji lepsza dla innych ludzi w swoim życiu? Bardziej cierpliwa, uważna? Czy wręcz przeciwnie - bardziej odsunięta?
Widzę tu kilka rzeczy naraz i chcę to trochę rozplątać. W tradycjach buddyjskich, skąd uważność w dużej mierze pochodzi, wyraźnie rozróżnia się dwa etapy: najpierw praca ze sobą, potem wyjście na zewnątrz. Tamtejsze nauki mówią wprost że zamknięcie się w sobie na zawsze to błąd który nazywa się czasem "spokojem który staje się przeszkodą". Jeśli praktyka nie prowadzi do większej troski o innych to gdzieś po drodze coś się zgubiło. to nie jest moje zdanie, to jest zapisane dosłownie w tekstach o metta, czyli medytacji miłującej dobroci.
Ale chwila, to nie kazdy medytuje w tradycji buddyjskiej. Ja na przykład podchodzę do tego bardziej energetycznie i dla mnie medytacja to ładowanie baterii, nie jakieś zobowiązanie wobec innych. Czy to znaczy ze robię źle?
Myślę że to też kwestia czakry sercowej. Jak ktoś medytuje tylko na wyższe czakry, korona, trzecie oko i tak dalej, a zaniedbuje serce, to właśnie tak wychodzi - niby duchowy ale bez empatii. Widziałam to nie raz. Trzeba balansować.
Ogólnie ten temat dotyka czegoś co jest dość poważne i moim zdaniem niedogadane w środowiskach ezo. Coś mi mówi że sporo ludzi traktuje praktykę duchową jako wymówkę żeby się nie angażować w zwykłe życie. "Jestem na ścieżce" to w ich ustach znaczy "nie obchodzi mnie co się dzieje dookoła". I to jest naprawdę niepokojące. Nie wiem jak Idalka u Ciebie to wygląda ale znam osoby które w takim miejscu są od lat i naprawdę stały się trudne w kontakcie.
Może zamiast rezygnować z medytacji spróbuj świadomie wprowadzić do praktyki coś na zewnątrz. Nie wiem, wolontariat, zwykła rozmowa z kimś bliskim, coś co angażuje relacje. I popatrz co się dzieje. Medytacja to nie klasztor, możesz ją łączyć ze zwykłym życiem. Jeśli po takim połączeniu jest ci trudniej to faktycznie warto się zastanowić nad tym co ćwiczysz.
oj oj, a czy wcale nie jest tak że kazdy potrzebuje innej ilości ludzi wokol?? moze poprostu to twój naturalny rytm i medytacja go tylko troche wzmocnila, nie spowodowala
