Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad czymś, co mnie trochę uwiera przy medytacji. Siedzę, wyciszam się, staram się być tu i teraz - i nagle wpada mi do głowy obraz mamy albo siostry. I to nie jest spokojny obraz, tylko taki naładowany jakąś starą złością, żalem, brak mi słowa na to. I zamiast puścić to jak chmurę, ja się w to wkręcam. Zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jest właśnie pycha - takie przekonanie, że "mam rację", że "oni są winni", że stoję na tym słusznym miejscu i oceniam. Jakby medytacja miała mnie uczyć nie tyle spokoju, co właśnie tego uklęknięcia przed czymś większym niż moje racje. Czy ktos pracował z tym podobnie? Z rodziną szczególnie, bo to chyba najtrudniejszy poligon.
no ba, to ciekawe co piszesz bo ja medytuje od jakiegos czasu i tez mi sie wkradaja mysli o rodzicach, glownie o ojcu. tylko ja nie wiedzialem ze to moze byc pycha??? myslalem ze poprostu nie umiem sie skupic i to jest moj problem z medytacja. jak ty to rozrozniazs - kiedy to jest pycha a kiedy po prostu rozproszenie?
hm, nie jestem przekonany do słowa "pycha" w tym kontekście. pycha kojarzy mi sie z wyniosłością, z zadufaniem w sobie. a to co opisujesz Errata_03 - to raczej po prostu niezałatwione sprawy emocjonalne które wypływają przy wyciszeniu. medytacja wyciąga śmieci. to nie znaczy od razu że siedzisz na tronie i sądzisz rodzinę. możliwe że po prostu masz nierozwiązany konflikt i umysł wraca do niego jak do otwartej karty w przeglądarce.
znam to bardzo dobrze. u mnie to wychodziło głównie przy oddychaniu przeponą, te głębokie oddechy jakoś otwierają stare rzeczy. pamiętam że przy jednej medytacji siedziałam i nagle poczułam jak bardzo mam pretensje do mamy za coś co wydarzyło się lata temu. i właśnie to "uklęknięcie" o którym piszesz - to znaczy dla mnie tyle że musze w końcu zaakceptować że ona działała jak umiała. nie wiem czy to pycha czy coś innego, ale to coś w rodzaju odpuszczenia swojej racji. naprawdę boli.
o matko to jest dokladnie to co mnie sie przydarzylo tydzien temu!! siedzialam na medytacji prowadzonej (takie audio ze spotify) i w polowie zaczelam placac bo myslalam o bracie, z którym nie rozmawiamy od roku. i wlasnie to uczucie ze to on jest winny wszystkiego, ze ja mam racje - i nagle jakis glos we mnie powiedzial zeby sie zastanowic czy naprawde tak jest. niesamowite. ale nie wiem czy to byla medytacja czy po prostu emocje cos zrobiły
a nie myślicie że to może być kwestia otwierania się jakiegoś chakry podczas medytacji? czytałem że przy głębszym skupieniu aktywuje się czakra serca i wtedy właśnie wypływają stare emocje związane z bliskimi. może to jest ten moment żeby je przepracować a nie tylko obserwować?
różnie. zapisuję sobie po medytacji co się pojawiło i próbuję to jakos nazwać - dlatego mówię "pycha" bo szukam słowa na ten mechanizm. przy rodzicach to jest szczególnie twarde, jakby te przekonania były zabetonowane. przy wyciszeniu jakby pęka ta warstwa i widać co jest pod spodem. 😀
oj tam, czytam to i zastanawiam sie czy medytacja jest do tego w ogole potrzbna? bo ja np jak jade samochodem sama to tez mi przychodza takie mysli o rodzinie i tez mi sie to roi w glowie. niewiem czy to juz medytacja czy poprostu myslenie 🙂
odezwę sie krótko bo nie znam sie zbytnio na medytacji ale to "uklęknięcie przed wielkością" z tematu to jest jakas konkretna technika czy bardziej metafora? bo brzmi ciekawie ale nie rozumiem co to znaczy w praktyce
szczerze to myslę ze to co opisujecie jest normalną pracą psychologiczną a nie medytacją jako taką. medytacja jest od wyciszenia i skupienia, nie od rozgrzebywania rodzinnych dramatów. do tego jest terapia albo praca z energią. wrzucanie tego do worka "medytacja" to troche naciąganie tematu.
ale czy sprawa nie wygląda tak że interpretacja tez jest czescia procesu? bo co z tego ze siadam i obserwuje ze mam zlość na brata, jak potem wstaje i nadal uwazam ze mam racje i nic sie nie zmienia. chyba trzeba tez jakos to "przepracowac" jak to Teodor powiedzial, nie?
wracam myślą do tego co Errata pisala wczesniej o tym "zabetonowaniu" przy rodzicach - to jest dokladnie to!! u mnie z mama jest tak ze moge sobie tysiac razy powiedziec ze rozumiem skad ona pochodzi i co przechodziła, a i tak jak siadam do medytacji to wyłazi ten sam żal co zawsze. jakby to rozumienie bylo tylko w glowie a nie glebiej. czy to jest wlasnie ta "pycha" o ktorej mowisz Errata, ze glowa juz wie ale cos w srodku nie odpuszcza?
no dobra ale teraz serio pytam - ile razy można siedzieć z tym samym żalem do mamy i czekać aż "coś drżnie"?? w pewnym momencie to przestaje być duchowa praca a zacczyna być poprostu utknięcie. errata jak długo pracujesz z tym konkretnym tematem z rodzicami?
