Czytałam ostatnio sporo o samadhi i jakoś nie mogę tego ogarnąć do końca. Podobno to taki stan gdzie umysł dosłownie się "rozpuszcza" w obiekcie medytacji, przestajesz być sobą jako obserwatorem i stajesz się tym czym medytujesz. Ale co to wogole oznacza dla psychiki? Bo z jednej strony brzmi super, z drugiej trochę mnie to niepokoi - jakby zanikanie własnego ja nie było przypadkiem czymś... no, niebezpiecznym? Ktoś tu miał doświadczenia z głębokimi stanami absorpcji podczas medytacji? Jak to przeżyliście, co się działo potem z waszym codziennym funkcjonowaniem? :))
o właśnie to mnie też ciekawi! bo słyszałam że samadhi to jest taki stan gdzie czas przestaje istnieć i mozesz siedziec godzinami myśląc że minęło kilka minut. ale to brzmi jak dysocjacja trochę? znaczy psychologicznie mówiac. nie wiem jak to odróżnić od czegoś niepokojącego 🙂
Dysocjacja to nie to samo co samadhi, żeby nie mieszać pojęć. Dysocjacja jest mechanizmem obronnym psychiki, samadhi to efekt celowej, długotrwałej praktyki koncentracyjnej. Różnica jest zasadnicza choćby w tym, że z samadhi wychodzisz z poczuciem klarowności i spokoju, a dysocjacja zostawia cię zdezorientowaną i odciętą od emocji. Jeśli ktoś po "głębokiej medytacji" czuje się rozbity i nie wie gdzie jest, to raczej nie był to stan absorpcji tylko przeciążenie układu nerwowego.
ale właśnie to mnie interesuje - co się dzieje z psychiką POTEM. Nie w trakcie tylko po wyjściu z takiego stanu. Bo czytałam że niektórzy po głębszych stanach przechodzą coś w rodzaju dezorientacji że normalność wydaje im się jakaś... papierowa? Jakby prawdziwe życie straciło gęstość. Czy to mija? Ile trwa? Bo szczerze to brzmi jak coś czego bym się bała 😉
no właśnie to "papierowe życie" po medytacji to jest ten słynny efekt który w buddyzmie theravada nazywają się chyba "post-jhana clarity" albo jakoś tak. Ale hej, poczekajcie - my tu mówimy o samadhi jakby to było jedno konkretne doświadczenie, a przecież w różnych tradycjach to słowo oznacza zupełnie różne rzeczy. w jodze patańdżalego to co innego niż w buddyzmie, tam są dziesiątki stopni. Więc może najpierw warto doprecyzować o czym w ogóle rozmawiamy?
hej wtrące sie bo mam inne zdanie niz wszyscy. mówicie o tym jakby samadhi bylo cos co przynosi same korysci dla psychiki ale ja czytalam o przypadkach tzw. "ciemnej nocy duszy" ktore zdarzaly sie po bardzo glebokich stanach absorpcji. i to nie jest przyjemne, ludzie opisuja ze tracili poczucie sensu, ze swiat stal sie nierealnty (literowka zostawiam bo nie umiem edytowac :P), ze mieli stany depresyjne. wiec bynajmniej nie jest tak ze zawsze jest pieknie i jasno po tym
o właśnie, słyszałam o tej "ciemnej nocy" i zastanawiam sie czy sprawa nie wygląda tak że samadhi niejako "czyści" psychikę z mechanizmów obronnych i przez to człowiek jest przez jakiś czas bardziej bezbronny? Jakby zdjęto mu pancerz zanim zdążył zbudować cos innego w zamian. To by tłumaczyło czemu część osób ma po tym ciężkie przejścia a część nie, może zależy od tego ile "brudu" psychicznego mieli do przepracowania? Daję temu czas
