To ciekawe, że Sylweria mówi o notatkach, bo ja też ostatnio zaczęłam coś zapisywać po medytacjach. I zastanawiam się, czy to nie jest właśnie taki most między medytacją a pozytywnym myśleniem. Kiedy piszesz, to trochę porządkujesz, a trochę też wybierasz, na co zwracasz uwagę.
Ja właściwie od początku tego wątku miałem na myśli coś podobnego do tego, co teraz Teodozja opisuje. Że medytacja daje ci materiał, a pozytywne myślenie to już jest praca z tym materiałem. Tylko że żeby ta praca miała sens, musisz najpierw wiedzieć, co masz.
Hej, a co jeśli ktoś w ogóle nie ma naturalnej ciszy w głowie i nie jest w stanie medytować klasycznie? Bo ja próbowałam kilka razy i za każdym razem miałam takie poczucie, że robię to źle. Jak wtedy odróżnić medytację od myślenia o tym, że medytuję?
Akurat to jest bardzo klasyczne doświadczenie i ono nie oznacza, że medytacja nie działa. Oznacza, że masz aktywny umysł. Trudniej, nie niemożliwe. Ale pytanie do Stefciaa: czy przez te próby w ogóle coś zmieniło się w tym, jak myślisz poza medytacją? Bo efekty bywają widoczne gdzie indziej, nie w samej sesji.
O, i właśnie to mi się wydaje ważne w tym wątku. Że może dużo osób, podobnie jak Stefciaa, porzuca medytację, bo ma za wysokie oczekiwania, a potem sięga po pozytywne myślenie jako coś łatwiejszego. I wtedy porównywanie tych dwóch rzeczy jest trochę niesprawiedliwe.
To jest bardzo uczciwa uwaga. Sama przez długi czas myślałam, że jestem zła w medytacji, bo sporadyczne próby nie dawały efektów. Dopiero gdy potraktowałam to jako regularną praktykę, cokolwiek zaczęło być inne. Więc może problem nie jest w tym, które podejście jest lepsze, tylko ile czasu i uwagi każdemu dajesz.
To co Sylweria napisała na końcu jest chyba kluczowe. Że problem nie jest w tym, które podejście jest lepsze, ale w tym, jak długo i jak regularnie to robisz. I zastanawiam się, czy to nie jest przypadkiem odpowiedź na całe pytanie z tytułu wątku. Medytacja wymaga czasu, żeby cokolwiek zobaczyć, a pozytywne myślenie daje szybkie poczucie zmiany, które może być złudne.
Ale to poczucie złudne to twoja ocena, czy masz na to jakiś przykład? Bo można by powiedzieć, że szybka zmiana nastroju po pozytywnym myśleniu jest równie realna jak powolna zmiana po medytacji.
No właśnie, to jest pytanie, na które chyba nikt z nas nie ma pełnej odpowiedzi. Ja widzę to tylko w tym, co piszę w notatkach, i to jest moje jedyne sposób obserwacji. Ale czy to zmiana wzorca, czy tylko zmiana tonu? Nie wiem.
O, to jest ciekawe spostrzeżenie, dziękuję że to rozwijasz. A czy Sylweria zauważyła w tych notatkach coś konkretnego, co mogłaby powiązać z pozytywnym myśleniem? Albo z jego brakiem?
Przepraszam, że znowu wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale czy pozytywne myślenie to jest coś, co się praktykuje aktywnie, jak powtarzanie afirmacji, czy to bardziej postawa, którą się wypracowuje i potem masz ją gdzieś w tle?
I właśnie dlatego mam problem z tym porównaniem w tytule wątku. Bo 'pozytywne myślenie' to może być pięć różnych rzeczy w zależności od tego, co ktoś pod tym rozumie. Medytacja przynajmniej ma jakiś konkretny opis tego, co się robi fizycznie.
Chyba masz rację i może właśnie dlatego ta dyskusja trwa tak długo bez jednoznacznej odpowiedzi. Pytanie z tytułu brzmi prosto, ale w środku jest kilkanaście różnych pytań jednocześnie.
Mnie w całej tej rozmowie zastanawia jedno: czy ktoś próbował robić obydwie rzeczy jednocześnie? Medytować, a potem świadomie pracować z tym, co wyszło, przez afirmacje albo inne techniki? Jak to wyglądało w praktyce?
A może nie ma sensu stawiać tej granicy i właśnie o to chodzi w tym wątku, że te dwie rzeczy niekoniecznie są do odróżnienia w praktyce, tylko w teorii?
Chyba to jest najcenniejsza myśl z całego wątku, że mieszamy je nie wiedząc, co jest czym, i potem nie rozumiemy, co zadziałało. Dziękuję Weronka za to doprecyzowanie, bo sama bym tego tak nie ujęła.
No i wróciłyśmy do punktu wyjścia Ludwiczka z początku wątku, że medytacja daje materiał, a pozytywne myślenie to praca z materiałem. Może nie tak źle to brzmi po kilkudziesięciu postach dyskusji? 🙂
Wracając do pytania Alozego, bo mnie też to trochę zatrzymało. Myślę, że są ludzie, którzy pracują z przekonaniami bez medytacji i coś u nich zmienia. Ale nie wiem, czy to znaczy, że mają dostęp do tego samego materiału inną drogą, czy raczej że pracują na powierzchni i to też coś daje. To chyba różne mechanizmy, nie?
To jest chyba jedno z tych pytań, które otwierają następne pytania. Ja sam nie potrafię tego uzasadnić inaczej niż własnym doświadczeniem. Czuję, że coś się we mnie zmienia inaczej po medytacji niż po pracy z afirmacjami. Ale to jest moje subiektywne odczucie, nie dowód.
Właściwie ta opozycja receptywne/aktywne wydaje mi się dużo lepsza niż głębsze/płytsze. Bo ja to tak właśnie czuję u siebie, że medytacja to taki rodzaj słuchania, a praca z przekonaniami to mówienie do siebie. I jedno bez drugiego wydaje się niekompletne.
A ja właśnie zastanawiam się, czy to nie jest tak, że niektórzy ludzie mają ten kontakt ze sobą naturalnie, bez medytacji, i dlatego afirmacje u nich działają od razu? A inni muszą najpierw to wypracować przez medytację?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i chcę się zapytać o jedną rzecz. Czy ktoś próbował kiedyś odwrócić kolejność, czyli zacząć od afirmacji, a potem medytować i obserwować, co z tymi afirmacjami zrobiło milczenie? Bo mam wrażenie, że to mogłoby coś pokazać.
I to jest dla mnie najciekawszy przykład w całym wątku. Afirmacja zadziałała jak pytanie, a medytacja dała odpowiedź, której afirmacja nie chciała dawać. To trochę zmienia moje myślenie o tym, czy jedno jest głębsze od drugiego.
No i wróciłem do początku wątku z zupełnie innej strony. Bo kiedy zadawałem to pytanie o różnicę, to myślałem o nich jako o dwóch oddzielnych podejściach. A teraz wychodzi, że mogą ze sobą rozmawiać, i to jest chyba bardziej interesująca perspektywa niż samo szukanie różnicy.
Ale to nadal nie odpowiada na pytanie z tytułu, tylko przesuwa je dalej. Jaka jest różnica, jeśli można je stosować razem? Może właśnie to jest odpowiedź, że różnica jest w tym, że jedno pyta, a drugie próbuje odpowiedzieć, zanim w ogóle usłyszało pytanie?
Mam notatki z ostatnich kilku miesięcy, gdzie próbowałam naprzemiennie stosować obie techniki i mogę powiedzieć, że coś w tym jest. Afirmacje, które pisałam rano, często traciły swoją pewność podczas wieczornej medytacji. Nie znikały, ale jakby... miękły. Stawały się pytaniami zamiast deklaracji.
Ale to rodzi kolejne pytanie: czy afirmacja, w którą do końca nie wierzysz, w ogóle jest afirmacją? Bo ja bym powiedział, że to jest wtedy tylko zdanie, które powtarzasz. I może właśnie dlatego medytacja je demaskuje, bo zdania bez przekonania nie mają w sobie nic, co by przetrwało ciszę.
