Hej, chciałam się podzielić czymś co mi się przydarzyło podczas medytacji i zapytać czy ktoś miał podobnie. Medytuję od kilku miesięcy, raczej nieregularnie, ale ostatnio zaczęłam ćwiczyć uważniej. I pewnego wieczoru podczas sesji poczułam nagle coś dziwnego - jakby granica między mną a resztą świata się... rozpuściła? Trudno to opisać słowami. Jakbym była jednocześnie sobą i wszystkim wokół. Trwało to może z minutę, potem wróciłam do siebie. Było niesamowite ale też trochę mnie przestraszyło. Czy to to o czym ludzie mówią - to doświadczenie jedności z wszechświatem? I czy ktoś wie skąd to się bierze, bo potem miałam przez kilka dni takie dziwne pobudzenie, jakbym miała w sobie za dużo energii i nie mogłam spać 🙂
Twój opis pasuje mi do tego co klasyczne doświadczenie jedności, w tradycjach wschodnich mówi się na to różnie - samadhi, satori, kensho - ale niezależnie od nazwy chodzi o to samo. Chodzi o chwilowe zatarcie granicy między ego a tym co je otacza. Dla mnie osobiście pierwsze takie doświadczenie było po jakichś dwóch latach regularnej praktyki więc u ciebie przyszło szybko. Co do tego pobudzenia po - to jest bardzo ważny wątek i wlasciwie nie mówi się o tym dość. Kiedy otwierasz się na szerszy przepływ energii, ta energia może jakby zalać system nerwowy, który nie jest jeszcze przyzwyczajony do takiego napięcia. Można powiedzieć że to jak wlać za dużo prądu w kable które nie są do tego przystosowane. Jak długo trwało to pobudzenie?
Ciekawy wątek. Też miałem coś podobnego, choć u mnie bardziej w kontekście pracy z oddechem - takie uczucie rozszerzania się, jakby ciało przestało mieć wyraźne brzegi. ale to co opisujesz z tym pobudzeniem po - to trochę niepokojące. Wiesz, słyszałem ze to się nazywa po angielsku "kundalini awakening" albo przynajmniej jego początki, i że właśnie ten etap nadmiernej aktywacji energetycznej potrafi być naprawdę nieprzyjemny. Czy to pobudzenie było tylko brak snu czy też może drżenie, trzęsące się ręce, mrowienie?
To co opisujesz z mrowieniem wzdłuż kręgosłupa i kołataniem serca po głębokiej medytacji naprawdę nie jest niczym wyjątkowym ale warto do tego podejść świadomie, bo nadmierna aktywacja energetyczna to stan który wymaga pewnego ukierunkowania. Ciało nagle otwiera kanały przepływu które wcześniej były zamknięte albo ledwo uchylone - i wlasnie stąd te fizyczne objawy. W pracy z kamieniami i energetyką ciała pracuję z tym od lat i widzę że nieprzygotowana intensywna medytacja potrafi dosłownie rozkręcić procesy których potem człowiek nie umie zatrzymać. Nie straszę - to jest coś przez co można przejść, ale trzeba wiedzieć jak to uziemić. Czy robiłaś cokolwiek po tej sesji żeby się jakoś zakotwiczyć? Herbata, chodzenie po ziemi, cokolwiek fizycznego?
Ja bym powiedział ze mrowienie kregoslupa to bardzo dobry znak, to znaczy ze kundalini w ogole drgneela a to nie każdemu sie zdarza. Serio, niektorzy medytuja latami i nic. A tu kilka miesiecy i proszę. Moze masz jakies szczegolne predyspozycje, jakis układ planetarny przy urodzeniu albo wlasnie teraz przechodujesz jakis wazny tranzyt astrologiczny? To czesto idzie w parze
ojej ja też chce spytac bo niedawno zaczełam medytowac i nic takiego mi sie nie przydarzyło 🙁 znaczy raz czułam ze mnie trochę nosi ale to chyba sen był bo siedziałam wieczorem po kolacji 😀 czy trzeba medytowac jakos specjalnie zeby poczuc to połączenie ze wszechsiatem o którym piszecie? czy są jakieś kamienie albo coś co pomaga bo czytałam że ametyst pomaga w medytacji 😀
To właśnie jest odpowiedź na twoje pytanie 🙂 Brak stałości miejsca i czasu to jeden czynnik ale ważniejsze jest to uziemienie po sesji. W praktyce to moze być dosłownie kilka minut stania boso na podłodze, spacer, wypicie ciepłej herbaty albo nawet zjedzenie czegoś lekkiego - coś co ściąga uwagę z powrotem do fizyczności. Po bardzo głębokiej sesji niektórzy kładą kamień na czakrze podstawy, coś ciężkiego w dłonie trzymają. Chodzi o to żeby dać energii ujście do dołu, nie tylko zostawić ją buzującą w górze. Teraz już masz kontekst dla tych kilku niespokojnych dni - ciało szukało uziemienia samo i nie bardzo wiedziało jak
Super ze o tym piszecie bo ja tez ostatnio próbuje medytowac i o uziemieniu w ogole nie pomyslalem, naprawde dziekuje za tę informacje Kupalo i Cykoria! ale mam pytanie - to uziemienie to robic zawsze po kazdej medytacji czy tylko jak sie czuje ze cos jest nie tak?
Wracając do tego doświadczenia jedności które Romualda opisała na początku - mnie bardziej interesuje ta kwestia strachu który poczułaś. Piszesz że było niesamowite ale też przestraszyło - co konkretnie cię przestraszyło? Samo poczucie że granica zniknęła czy raczej że nie możesz wrócić, czy cos innego? Bo to są dwa zupełnie różne stany i radzenie sobie z nimi to inna rozmowa
Szczerze to trochę sceptycznie podchodzę do całej tej terminologii kundalini i tak dalej bo czytałam że to słowo jest używane dziś do wszystkiego i niczego. Ale to co Romualda opisuje jako rozpad granicy ja, świat - to brzmi po ludzku i ciekawie. Tylko zastanawiam się czy nie można tego po prostu wytłumaczyć neurologicznie? Mózg w stanie głębokiej relaksacji robi różne rzeczy z poczuciem ciała. Nie kwestionuję samego przeżycia, tylko szukam innych odpowiedzi
