Ostatnio podczas głębszej medytacji miałam coś co trudno opisać słowami. Byłam bardzo skupiona na oddechu, taka cisza absolutna, i nagle poczułam jakby ktoś był obok. Nie strach, wręcz przeciwnie, ciepło i spokój. Pomyślałam o babci, która odeszła kilka lat temu. Zaczęłam się zastanawiać czy medytacja może być czymś w rodzaju kanału łączącego z przodkami? Nie mówię o wywoływaniu duchów ani nic takiego, bardziej o tym że wyciszony umysł może odbierać jakieś subtelne sygnały z przeszłości, jakąś mądrość pokoleń zakodowaną gdzieś w nas. Ktoś próbował coś podobnego świadomie, celowo kierować myśli do konkretnej osoby podczas medytacji?
Brzmi mi to jak zjawisko znane w wielu tradycjach, choć każda nazywa je inaczej. Szamani mówią o linii przodków, w buddyzmie jest coś bliskiego temu w medytacjach metta kiedy posyłamy intencje wszystkim czującym istotom, włącznie z tymi co odeszły. Mnie bardziej zastanawia jedno: czy w Twoim doświadczeniu to było wyraźne i powtarzalne, czy jednorazowe? Bo to robi sporą różnicę w tym jak to interpretować.
Też miałam podobne doswiadczenie i to nieraz. U mnie to zawsze pojawia się kiedy medytuję przy zapachu konkretnych ziół, takich które kojarzyły mi się z domem dziadków. Nie wiem czy to tylko skojarzenia i pamięć ciała czy coś głębszego, ale za każdym razem jest ta sama jakość kontaktu, spokojne, niemalże namacalne poczucie bliskości. Dodam że nigdy nie słyszę słów, bardziej to jest jakieś czyste wiedzenie. Czy tak to u Ciebie wyglądało?
No dobra ale tutaj pojawia mi się pytanie na które nikt nie odpowiada wprost: skąd wiadomo ze to rzeczywiscie kontakt z przodkiem a nie po prostu pamięć i wyobraźnia? Serio pytam bo to ważne rozróżnienie chyba. Mózg w stanie relaksacji potrafi produkować bradzo realistyczne projekcje, szczególnie jesli myślimy o kimś bliskim. Nie mówię ze to niemożliwe tylko ze sama nie wiem jak to odróżnić i ciekawi mnie czy ktoś ma jakis sposób na weryfikację tego
Czytam to od wczoraj i trochę mnie to kręci w kółko szczerze. Rozumiem że doswiadczenie jest realne dla osoby która je przeżywa ale to że cos jest zaskakujące nie znaczy że pochodzi z zewnątrz. Mózg bywa zaskakujący sam z siebie. Nie jestem tu po to żeby gasić niczyj entuzjazm, ale może warto też mówić o tym co medytacja robi naprawdę, bo ona naprawdę robi sporo: reguluje układ nerwowy, obniża kortyzol, poprawia dostęp do wspomnień, w tym wspomnień emocjonalnych z dzieciństwa. To może tłumaczyć poczucie kontaktu z babcią bez konieczności odwoływania sie do czegoś nadprzyrodzonego.
A powiedzie mi któs - to jest jakas specyficzna technika medytacji do tego kontaktu z przodkami, czy po prostu zwykla medytacja i sie to przydarza samo? Bo czytam i nie do konca rozumiem czy to jest cos co sie robi swiadomie czy raczej niespodziewanie przychodzi.
Oooo ale to ciekawe! Nigdy bym nie pomyslała żeby tak połączyć to z przedmiotem po babci, mam stary różaniec po prababci i teraz myślę że mogłabym spróbować. To chyba nie jest nic trudnego technicznie? Boję się trochę że nie umiem dobrze medytować i to poprostu nie zadziała.
To co mówisz Szanta brzmi sensownie praktycznie ale odnoszę wrazenie ze ta rozmowa troche omija jeden ważny wątek, a mianowicie ten z tytułu: wpływ na populacje. Chyba o to chodziło w opisie tematu? Tzn. nie tylko jednostkowy kontakt ale jakiś szerszy efekt? Ktoś wie co miał na myśli autor tematu?
To ciekawe pytanie. myślę że chodzi o coś takiego: jeśli wiele osób kultywuje pamięć i połączenie z liniami przodków, to w jakiś sposób wpływa na tkanke społeczną, na kulturę, na zbiorową mądrość. Tradycje które nie straciły praktyk ancestralnych, na przykład niektóre kultury afrykańskie, azjatyckie, rdzennych Amerykanów, mają inny stosunek do ciągłości pokoleń, do ziemi, do obowiązków wobec tych co przyjdą po nas. Medytacja jako sposób odbudowy tej więzi u ludzi z kultur które ją zerwały, czyli w dużej mierze europejskiej, to temat naprawdę głęboki. 😀
Ok, to jest ciekawszy kierunek. Ale powiem wprost: bole mnie trochę takie idealizowanie kultur tradycyjnych. to nie działa tak że każda kultura z praktykami ancestralnymi jest automatycznie mądrzejsza czy szczęśliwsza. To tez bywa idealizowanie czegoś egzotycznego. Nie neguję że coś ważnego zginęło w europejskiej tradycji ale nadrabianie tego przez medytację wizualizacyjną to już dość daleka droga od tego co faktycznie stanowiło żywą tradycję.
a proopo tego co Filemon pisal o kulruach azjatyckich - w japonii jest takie cos jak O-Bon gdzie ludzie przez kilka dni pamietaja przodkow, zapalaja lampiony na wodzie itd. niewiem czy to sie wiaze z medytacja ale wydaje mi se ze to wlasnie ta ciaglosc o ktorej piszecie. czy takie rytualy zbiorowe moga miec wieksza moc niz indywidualna medytacja?
Czytam tę rozmowę od paru dni i mam mieszane odczucia. Z jednej strony to wszystko brzmi pięknie, połączenie z przodkami, ciągłość pokoleń, zbiorowa mądrość. Ale z drugiej strony zaczynam sie zastanawiać czy to nie jest trochę ucieczka od teraźniejszości? Znaczy, ludzie szukają kontaktu z przeszłością bo teraźniejszość jest trudna? Nie oceniam, naprawdę pytam bo sama nie wiem co o tym myślę
To jest naprawdę dobre pytanie i sama sie nad tym zastanawiam. Myślę że tu jest ważna różnica: szukanie wsparcia i zakorzenienia w linii przodków to co innego niż uciekanie w przeszłość. Jak stoisz przy grubym drzewie i opierasz o nie plecy, to nie uciekasz od teraźniejszości, wręcz jesteś bardziej w niej obecny bo czujesz stabilność. Przynajmniej ja tak to odczuwam podczas tych medytacji - wychodzę spokojniejsza i bardziej zakorzeniona, nie rozmyta.
Właśnie, i tu jest chyba sedno całej tej rozmowy. Medytacja z przodkami to nie spirytyzm i nie terapia regresjami, to bardziej taka praca z poczuciem ciągłości i przynależności. Coś co wielu z nas po prostu nie ma, bo rodziny są rozsypane, tradycje zapomniane, babcie umarły zanim zdążyłysmy zapytać o receptury, o ziołowe zwyczaje, o to jak żyły. Ta medytacja może być sposobem na odbudowanie tego połączenia przynajmniej wewnętrznie. Czy to wystarczy? Nie wiem. Ale wydaje mi sie ze to lepsze niż zupełne zerwanie.
