Siedziałam dzisiaj w ogrodzie i patrzyłam na kwitnącą wiśnię - mamy taką starą, przy płocie - i uderzyło mnie nagle cos, o czym nie umiałam wcześniej powiedzieć słowami. Te kwiaty trwają dosłownie kilka dni, potem opadają i tyle. I zamiast mnie to smucić, poczułam jakiś spokój, wgłębienie w chwilę. Zaczęłam tam siedzieć w ciszy, bez żadnych technik, żadnych mantr, po prostu patrzyłam. I to było... coś innego niż moja zwykła medytacja. Jakby drzewo samo prowadziło. Nie wiem czy to ma sens ale chciałam zapytać - czy wy też mieliście kiedyś takie doświadczenie kiedy piękno czegoś przemijającego zamiast boleć to wyciszało? I czy to w ogóle można nazwać medytacją?
oo to co opisujesz to mi się od razu skojarzyło z tym japońskim słowem, mono no aware bodajże, czyli takie wzruszenie przemijaniem, nie smutek tylko coś głębszego. czytałam o tym kiedyś przy okazji szukania czegoś o czakrze serca. podobno kwiaty wiśni są w buddyzmie zen właśnie symbolem tej przemijalności i to jest celowe - obserwuje się je żeby ćwiczyć nieprzywiązanie. ale mam pytanie bo mnie ciekawi - to drzewo jest u ciebie od dawna? bo zastanawiam się czy to miało znaczenie że to był twój własny ogród, nie jakiś park
ale jak można w ogóle medytować bez żadnej techniki? ja jak próbuje tak po prostu siedzieć to po minucie mysle o tysiącu rzeczy naraz i nic z tego nie wychodzi. może to kwestia doświadczenia
kurde fajny temat, ja w ogole nie siedzę z wiśnią ale mam podobnie z desmem jak patrzę na rzekę. stoje na moście i wiem ze ta woda juz nigdy tu nie będzie, dokładnie te same czasteczki, ten sam moment. i po chwili robi sie takie... jak gdyby ciszej w głowie. zawsze myslałem że to jakiś sentymentalizm a to może jest wlaśnie to o czym piszecie
nie zgadzam sie trochę z tym porownaniem do trataki, bo trataka to jest ćwiczenie woli i koncentracji, dość twarde, a to co opisuje Michasia brzmi raczej jak stan który sам przyszedł, nie był wymuszony żadnym wysiłkiem. to są dwa różne stany chyba? stan skupienia kontra stan otwarcia. ktoś ma zdanie na ten temat, bo mnie to genuinely zastanawia
czytam i zastanawiam się... czy żeby tak siedzieć przy drzewie i to "czuć" to trzeba już jakiegoś przygotowania wcześniejszego czy to może trafić kogoś kto nigdy w życiu nie medytował? pytam bo mam wrażenie że ja bym po prostu marzyła o kawie 🙂
ja mam może głupie pytanie ale zastanawiam sie od początku - co to znaczy że drzewo "prowadziło"? to jest metafora czy naprawde czułaś coś jakby kontakt, przekaz? bo to brzmi jakby to było coś więcej niż samo patrzenie
no ok ale ile czasu trzeba tak siedzieć żeby coś poczuć? bo ja mam mało cierpliwości i jak słyszę ze ktos godzinę patrzył w drzewo to myślę że jednak to nie dla mnie
to co opisuje Michasia o zacieraniu granicy między sobą a drzewem to ma swoją nazwę - niektórzy to called non-duality, inni mówią poprostu o zanurzeniu. i właśnie przy pięknych, przemijających rzeczach to podobno przychodzi łatwiej bo nie masz ochoty nic zmieniać, chcesz tylko żeby to trwało. a ono i tak zaraz odleci. ten kontrast właśnie otwiera coś w środku. przynajmniej tak to rozumiem
nie zgadzam się z tym o predyspozycjach, to brzmi jak wymówka trochę. ale ok, rozumiem frustrację. mam wrażenie że kluczowe jest tu właśnie to że Michasia miała EMOCJONALNE połączenie z tym drzewem, to nie było losowe drzewo przy autostradzie. może dlatego to zadziałało - nie technika, nie czas, tylko ten konkretny obiekt i konkretna historia
właśnie sobie myślę że w tym wszystkim chodzi chyba o piękno samo w sobie jako bramę. czytałam gdzieś że estetyczne przeżycie może działać jak medytacja bo na chwilę wyłącza to gadanie w głowie, tego wewnętrznego komentatora. może to jest właśnie to? i nie trzeba żadnej techniki, wystarczy że cos jest naprawdę piękne i przemijające i ty to wiesz
ja mam podobnie Bazylka54, stoje przy rzece i po chwili zaczynam myślec czy nie zapomniałem zamknąć auta haha. ale wiesz co, ostatnio mi pomogło jedno: zamiast walczyć z tymi myślami to powiedziałem sobie w myślach "i to też minie" - tak samo jak kwiaty. i to jakos rozbrajało te listy. niewiem czy to mądre ale działało
no proszę, słuchajcie, wchodzę w połowie ale musze powiedzieć ze ten wątek o kwiecie wiśni przypomniał mi cos zupełnie innego - byłam kiedyś w Kazimierzu Dolnym wczesną wiosną, wiśnie kwitły przy starych murach i miałam to poczucie że czas się tam inaczej porusza. jakby miejsca z historią wzmacniają to doświadczenie przemijania bo przemijanie jest w samych kamieniach. zastanawiam się czy ogród z posadzonym wspólnie drzewem tez ma taką warstwę, jakby pamięć miejsca
dobra powiem wprost - te porownania do Kazimierza i miejsc mocy to juz troche odchodzi od tematu. rozumiem ze przyjemnie sie wspomina ale tu bylo o medytacji przy kwiecie wisni i o tej przemijalnosci. i dalej nikt mi nie odpowiedzial ile czasu relanie trzeba siedziec zeby cos poczuc bo "tyle ile trzeba" to nie jest odpowiedz 🙂
wiesz Zielarkaa ja rozumiem co mówisz ale mam takie poczucie że trochę za bardzo to wszystko teoretyzujemy. Michasia opisała konkretne doświadczenie, żywe, a my to rozkładamy na czynniki pierwsze jakbyśmy robili sekcję zwłok. może niektóre rzeczy nie dają sie nazwać i to jest ok? i właśnie o tym jest ten kwiat wisni chyba - że on przekwita zanim zdążysz go opisać
zapoznałem się z całym wątkiem i mam jedno pytanie które mi chodzi po głowie - czy to zacieranie granicy o którym pisze Michasia może sie zdarzyć tez przez sen? bo ja czasem mam sny gdzie jestem czymś, drzewem, wodą, i budzę sie z tym samym uczuciem co ona opisuje - takim miękkim, jakby ktoś wycisnął ze mnie cały ciężar. i zastanawiam sie czy to jest pokrewne doswiadczenie czy zupełnie co innego
