Przy całej tej rozmowie o technikach zastanawiam się czy nie przeceniamy różnic między nimi. Może ważniejsze jest to co się dzieje w głowie niż konkretna metoda. Intencja i uwaga, nie instrukcja.
Mam pytanie trochę z innej strony - czy ktoś próbował medytować z zamiarem pracy konkretnie z hormonami? Na przykład wizualizując tarczycę albo nadnercza? Bo wiem że to brzmi dziwnie, ale słyszałam że biofeedback działa na zasadzie podobnej, czyli świadomego wpływu na procesy fizyczne.
Właściwie przez całą tę rozmowę mam wrażenie że medytacja zmienia hormony głównie przez stres - obniżasz stres, a przy okazji wszystko inne się normuje. Czy ktoś uważa że jest jakiś inny mechanizm który nie przechodzi przez kortyzol i stres?
tak, oksytocyna przy metta to jeden przykład, gdzie efekt może być niezależny od kortyzolu. Jest też kwestia rytmu dobowego - medytacja rano reguluje rytm wydzielania kortyzolu w ciągu dnia, ale wieczorna może wpływać na melatoninę i jakość snu, co znowu to coś innego niż samo obniżanie stresu. To pośrednie ścieżki, ale też hormonalne.
Przy tym pytaniu o hałas - ja medytuję przy bardzo cichej muzyce, nic specjalnego, po prostu jakiś spokojny dźwięk tła. I to mi bardziej pomaga niż absolutna cisza, bo cisza paradoksalnie powoduje że bardziej słyszę swoje myśli. Nie wiem czy to ma znaczenie dla tych efektów hormonalnych, ale działa.
Wróćmy może do tego co mówiła Pentaklia90 - że medytacja zmienia hormony głównie przez stres. Mam wrażenie że cała ta rozmowa idzie w kierunku 'medytacja = mniej kortyzolu = lepsze samopoczucie' i to jest ok, ale czy naprawdę nie ma nic bardziej bezpośredniego? Pyta ktoś o estrogeny, progesteron, tarczycę - tam też coś się dzieje?
Ja mam Hashimoto od kilku lat i powiem szczerze - regularna medytacja nie wyleczyła mi tarczycy, ale stałam się spokojniejsza i mam wrażenie że mniej wahań. Nie robiłam badań przed i po, więc nie wiem czy hormony się zmieniły, ale jakościowo coś się zmieniło. Nie wiem tylko ile to medytacja a ile inne zmiany stylu życia, bo zmieniłam kilka rzeczy naraz.
Słuchajcie, a co z testosteronem u mężczyzn? Bo cała ta rozmowa jest głównie o hormonach żeńskich i kortyzolu. Czytałem że medytacja może podnosić testosteron przez obniżenie kortyzolu, bo podobno kortyzol i testosteron są w pewnej równowadze - jak jedno w górę to drugie w dół. Czy to prawda czy znów mit?
Myślę że pytanie Donatka jest zasadne, ale trochę źle postawione. Medytacja raczej nie jest metodą na optymalizację konkretnego hormonu. Jest metodą na regulację układu nerwowego i pośrednio na wszystko co z tego wynika. Jeśli ktoś szuka narzędzia do podniesienia testosteronu, to medytacja nie jest do tego.
A ja mam inne pytanie - czy ktoś z was próbował medytować w konkretnej fazie cyklu? Bo słyszałam że faza lutealna i folikularna to zupełnie inne stany i może medytacja działa inaczej w zależności od tego gdzie jesteś w cyklu. To brzmi dla mnie logicznie, ale nie wiem czy ktoś to praktykuje świadomie.
To jest właśnie coś co mnie uderza w tej rozmowie - zaczęłam pytać czy medytacja zmienia hormony, a okazuje się że związek idzie w obie strony. Hormony wpływają na to jak medytujemy, a medytacja wpływa na hormony. Czy to znaczy że powinno się dopasowywać technikę do fazy cyklu? Bo jeśli tak, to mam poczucie że to robi się bardzo skomplikowane dla kogoś kto dopiero zaczyna.
To co mówi Pentaklia90 jest według mnie kluczowym spostrzeżeniem tej rozmowy. Związek jest dwukierunkowy i chyba mało kto to uwzględnia zaczynając przygodę z medytacją. Ale mam pytanie - jeśli tak jest, to czy dostosowywanie techniki do fazy cyklu ma sens praktyczny, czy to byłoby już zbyt skomplikowane do wdrożenia dla kogoś bez doświadczenia?
Przepraszam że wchodzę z trochę innym pytaniem, ale cały czas myślę o tym kortyzolu i zasypianiu. Skoro medytacja wieczorna ma obniżać kortyzol, to ile czasu to zajmuje? Znaczy czy jedna sesja 10-minutowa coś daje, czy trzeba tygodniami regularnie żeby zobaczyć jakiś efekt?
A wracając do tego co Pentaklia90 napisała o dopasowaniu technik - czy ktoś z was faktycznie tak robi świadomie, czy to bardziej teoria? Bo mam wrażenie że większość osób ma jedną technikę i robi ją cały czas bez względu na cokolwiek. Sama tak robię i teraz się zastanawiam czy to błąd.
Mam wrażenie że ta rozmowa coraz bardziej wchodzi w obszar który wymaga po prostu eksperymentowania na sobie. Żadne badania nie powiedzą ci jak twój konkretny układ hormonalny zareaguje na konkretną technikę. Czy ktoś tu faktycznie prowadził jakieś własne obserwacje, nawet nieformalne?
To co Cykoria mówi jest dla mnie odkrywcze bo ja cały czas myślę o tym żeby 'zmierzyć' czy medytacja działa. A ona mówi że jak czujesz to czujesz i to jest wystarczający dowód. Czy to jest właśnie ta słynna uważność, że po prostu rejestrujesz co się dzieje?
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie które może być głupie, ale: czy medytacja może komuś zaszkodzić hormonalnie? Słyszałem że intensywne praktyki mogą powodować jakieś rozregulowania. Czy to mit?
Problemy ze snem po intensywnym kursie medytacji to nie jest rzadkość i zazwyczaj wynika to z tego, że układ nerwowy dostaje dużo bodźców naraz przy nagłej zmianie trybu. To nie jest hormonalne rozregulowanie jako takie, raczej adaptacja. Ale zgadzam się że warto zaczynać powoli zamiast od razu rzucać się na wielodniowe obozy.
Wracam do tego co Trzygłow05 poruszył, bo to jest faktycznie ważne - myśląc o tym że medytacja 'zmienia hormony', zakładałam że to zawsze pozytywna zmiana. A może to jest bardziej neutralne? Zmienia, ale kierunek zależy od tego jak to robisz?
Pentaklia90 postawiła bardzo trafne pytanie na koniec. Medytacja nie jest tabletką z przewidywalnym działaniem. Zmienia regulację układu nerwowego, a hormony są jednym z efektów tej regulacji. Czy to będzie zmiana korzystna - zależy od punktu wyjścia, techniki i regularności. To nie jest argument przeciwko medytacji, ale argument za tym, żeby podchodzić do niej z głową, a nie z oczekiwaniem cudu.
Nie odzywałam się wcześniej, ale ten wątek czytałam od początku i mam jedno pytanie do wszystkich - czy ktoś kiedyś rozmawiał ze swoim lekarzem o medytacji właśnie w kontekście hormonów? Nie jako o czymś magicznym, ale po prostu powiedział lekarzowi że to praktykuje i zapytał co o tym myśli? Ciekawi mnie czy lekarze w ogóle to traktują poważnie, bo Paprotka95 napisała że jej endokrynolog nie pytał.
Bo mam wrażenie że lekarze albo machają ręką, albo mówią 'dobrze, medytuj sobie' bez żadnego zainteresowania co to konkretnie zmienia. Ktoś miał inne doświadczenie?
Wracając do tego co Pentaklia90 rzuciła wcześniej - że kierunek zmiany zależy od tego jak medytujesz. To mi się wydaje kluczowe i jakoś za szybko przeszliśmy dalej. Czy ktoś może powiedzieć konkretnie: co decyduje o tym kierunku? Technika, czas sesji, regularność, stan wyjściowy?
Te pytania Cykorii brzmią sensownie, ale ja mam inaczej w zależności od dnia. Jednego dnia rano wstaję bez problemu, innego nie mogę się odkleić od poduszki. Czy to znaczy że mój kortyzol jest niestabilny, czy że po prostu jestem człowiekiem?
A czy to oznacza że medytacja jest skuteczna tylko dla osób które są bardzo regularne? Bo to trochę jak mówienie że dieta działa tylko jeśli jej zawsze przestrzegasz. Jasne, ale w praktyce nikt nie jest idealnie regularny. Mam pytanie: czy nieregularna medytacja daje w ogóle cokolwiek, czy to strata czasu?
