Ostatnio miałam wyjazd w Tatry i to co tam poczułam podczas medytacji na szlaku to bylo cos zupelnie innego niz w domu na poduszce. Jakby góry same z siebie "pchały" ku górze, rozumiecie? Siedzę na kamieniu, wiatr, cisza prawie totalna i nagle czuje że moje myśli po prostu opadają jak liście. Żadnego wysiłku. W domu walczę z tym samym przez pół godziny i nic. Zastanawiam się czy to miejsce robi robotę, czy po prostu sam fakt odcięcia od codzienności. I czy ktoś z was praktykuje regularnie na łonie natury, a szczególnie właśnie w górach?
o matko, ja to samo czułam jak byłam pod Rysami 🙂 siedzenie na granicie i medytacja to zupelnie inna bajka. ale mam pytanie - czy u ciebie też był ten moment kiedy przestałaś czuć graincę między sobą a otoczeniem? bo u mnie był i troche mnie przestraszył szczerze mówiąc
Góry to w wielu tradycjach były miejscem inicjacji właśnie z tego powodu. Nie chodzi tylko o ciszę, chodzi o to ze tam dosłownie zmienia sie ciśnienie, zmienia się oddech, ciało jest w innym trybie pracy. Kiedy medytujesz na dole, masz ten komfort - miękki dywan, ciepło, przewidywalność. W górach ciało musi sobie radzić z warunkami i paradoksalnie właśnie dlatego umysł łatwiej się wycisza, bo jest czymś zajęty na poziomie fizycznym. To nie jest mit ani magia sensu stricto - to jest prosta fizjologia połączona z energetyką miejsca
No ale wlaśnie, "energetyka miejsca" - to jest konkret czy bardziej metafora? Bo Martusia piszesz o fizjologii i zaraz o energetyce i troche mi się te dwie rzeczy kłócą. albo jedno albo drugie, nie?
nie twierdzę że niema, pytam tylko jak wy to rozróżniacie. bo jak siedzę na górze i czuję "unoszenie" to skąd wiem czy to jest ten wyższy stan świadomości czy po prostu hiperwentylacja z wysiłku fizycznego 😉
no basienka ma racje szczerze. sam chodzę po górach od lat i raz medytowalem pod tatrami i czulem cos niesamowitego ale potem kolega mi powiedzial ze to moze byc efekt niedotlenienia na wiekszej wysokosci. i teraz nie wiem co o tym myslic bo jedno nie wyklucza drugiego ale jednak to troche psuje romantyzm calej sprawy nie?
A może wlasnie o to chodzi że granica między "fizycznym" a "duchowym" jest umowna? Góry od tysiącleci są miejscem gdzie ludzie szukali kontaktu z czymś wyższym i może właśnie dlatego że ciało jest tam na granciy własnych możliwości, umysł otwiera się inaczej. Niedotlenienie, zmęczenie, zimno - może to są tylko klucze ktore otwierają drzwi. A to co za drzwiami jest już czymś innym
To jest bardzo dobre pytanie i chyba kluczowe dla tego tematu. Zauważyłam u siebie (prowadzę notatki z praktyk, więc mam z czego porównywać) że jest ogromna różnica między akceptowaniem bólu a go minimalizowaniem albo wręcz ignorowaniem. Jak akceptuję ból - siedzę z nim, obserwuję, oddycham - to rzeczywiście czasem coś się zmienia. Jak go minimalizuję, mówię sobie "no nie jest tak źle, dam radę" - to zostaje i przeszkadza cały czas. Ale jest też trzecia opcja i tu mnie gnębi pytanie do was: co zrobić jak ból jest sygnałem że coś jest nie tak i naprawdę trzeba przestać?
ale jak się jest na początku drogi to skąd wiadomo który jest który? wydaje mi się że to umiejętność która przychodzi z czasem i mnóstwo ludzi się myli i albo za bardzo ignoruje albo za bardzo gna do praktyki przez ból
No wlasnie Madzialena, o to mi też chodziło. W górach fizyczny wysiłek i dyskomfort są częścią drogi dosłownie i w przenośni. Wchodzisz na szczyt i boli - i to jest jakby wpisane w rytuał. W domu na poduszce ból jest bardziej kłopotliwy bo "nie powinno boleć".
zabiorę głos choć długo tylko czytałam ale nie do końca rozumiem - jak ktos jedzie w góry żeby medytować to chodzi mu o ten wysiłek fizyczny jako część tego? czy siedzi gdzieś spokojnie i medytuje a góry to tylko tło? bo czytam ten wątek i nie jestem pewna czy mówicie o tym samym
hej, a mnie zastanawia jedno - skoro mówicie że góry "same pomagają" w medytacji to znaczy że ktoś kto zaczyna może tam łatwiej coś osiągnąć niż weteran który siedzi w domu? czy to tak działa?
wlaśnie to mnie ciekawi w tym wszystkim - czy jak sie jedzie w gory specjalnie po to zeby medytowac to nie traci sie tego elementu niespodzianki? bo jak sie poprostu idzie i nagle usiadasz i jest cos - to czesto jest mocniejsze niz jak sie zaplanuje ze tu bede medytowac przez 20 minut 😀
to co pisze Dobrusia jest ciekawe ale trochę nie zgadzam się. intencja nie niszczy doświadczenia, ona je przygotowuje. jak jedziesz bez żadnego nastawienia to możesz przegapić momenty ktore by cię coś nauczyły. chyba że ktoś jest już na takim poziomie że każdy oddech jest uważny - ale większość z nas nie jest, i tu właśnie przygotowanie pomaga
odbijam sie od tego co pisała Oriona o granicy ból-akceptacja - bo mi to jakoś nie daje spokoju. u mnie było tak że na jednym wyjściu w Bieszczady usiadłam wieczorem przy schronisku, bolały mnie kolana po zejściu, byłam zmęczona dosłownie kością. i zamiast walczyć z tym bólem zaczęłam go po prostu obserwować. i to był chyba jeden z głębszych stanów jakie pamiętam. więc zastanawiam się czy ten fizyczny ból nie jest czasem bramą właśnie dlatego że nie da się go zignorować, zmusza do bycia tu i teraz
dokładnie to miałam na myśli wcześniej piszac o dwóch obliczach bólu. ale chcę doprecyzować - to że ból może być bramą nie znaczy że każdy ból otwiera. ten z kolan po zejściu, zmęczenie mięśni, chłód - to jest ból ktory sygnalizuje że ciało pracowało, nie że jest uszkodzone. to jest inny komunikat niż np ostry ból stawu który mówi stop. rozróżnienie jest naprawdę ważne i chyba właśnie w górach jest trudniejsze bo głowa jest w innym trybie i łatwo zgubić tę granicę
przeczytałam Was wszystkich po kolei i ta historia Zielarki z Bieszczadami mnie zastanowiła. czyli chodzi o to żeby ból obserwować jak cos zewnętrznego? bo jakoś zawsze kiedy mnie coś boli to jest wszystko - ja i ból razem w jednej kuli i nie ma żadnego "obserwatora". jak wy wgl się od tego oddzielacie? Zostawiam to sobie do przemyślenia
