Cześć wszystkim 🙂 ostatnio siedzę dużo nad medytacją i trafiłam na kilka tekstów o tym że starożytne cywilizacje, no właśnie głównie Atlantyda, miały jakis specjalny dostep do stanów medytacyjnych. że ich techniki były zupełnie inne niż to co my znamy. i mnie to strasznie wciągnęło bo medytując czasem mam takie momenty jakbym... nie wiem jak to opisac, jakbym "przypominała sobie" cos, a nie odkrywała. czy ktos miał podobne odczucia? może to właśnie jest ta pamięć?
no dobra ale skad w ogole wiadomo ze Atlantyad miala jakies techniki medytacyjne? platon o tym nie pisal. to jest ta zakladka ktorą sami sobie wkladamy do ksiazki, a potem twierdzimy ze tam zawsze byla
a moze to wgl chodzi o tzw pamiec komorokwa? czytałem cos o tym ze komorki przechowuja pamięc poprzdenich zyciorysow i medytacja to odblokwuje. moze Atlantyda jest w nas bo byliśmy tam w poprzednich wcieleniach?
szczerze to mnie ta cała Atlantyda jako punkt wyjścia do medytacji trochę śmieszy bo to jak próbować nauczyć się gotować z przepisów które ktoś wymyślił w głowie i nigdy nie istniały. ale ten wątek z tożsamością to mnie zaintrygował, bo w medytacji naprawdę dochodzi do czegoś dziwnego z poczuciem "ja". tylko czy potrzebujemy Atlantydy żeby o tym mówić?
hej, trochę z boku ale moze głupie pytanie, co rozumiecie przez "prace z tożsamością" w medytacji? bo czytam ten wątek i widzę że wszyscy rozmawiają o tym jakby to było oczywiste ale ja szczerze niewiem o co chodzi. chodzi o to żeby zmeinić to kim jesteś czy żeby lepiej rozumieć siebie czy cos innego?
