Wewnętrzny krytyk podczas medytacji to temat, który mnie od jakiegoś czasu nie daje spokoju. Siedzę, próbuję wyciszyć umysł, a w głowie odzywa się ten głos: "znowu rozpraszasz się", "nie umiesz medytować", "to bez sensu". I tu moje pytanie do Was — czy afirmacje, które sobie powtarzamy żeby zmotywować się do praktyki, naprawdę coś zmieniają? Czy może tylko przyklejamy plaster na głębszy problem? Bo ja zaczęłam sobie mówić "jestem spokojną osobą", "mój umysł jest cichy" i... po kilku tygodniach nie widzę żadnej różnicy. Głos dalej swoje.
To jest bardzo dobre pytanie i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Ale zanim się wypowiem szerzej — co konkretnie rozumiesz przez "żadnej różnicy"? Chodzi Ci o to, że głos krytyka jest tak samo głośny jak wcześniej, czy że afirmacje w ogóle nie wchodzą, nie czujesz ich?
A może w ogóle podchodzicie do tego za bardzo "psychologicznie"? Ja słyszałam, że zanim zaczniesz medytację, można wykonać mały rytuał oczyszczający przestrzeń, żeby energia krytyka nie miała gdzie osiąść. Czy ktoś próbował czegoś takiego? Bo te afirmacje brzmią dla mnie jak coś, co po prostu nie działa szybko.
Ja mam w tej kwestii jedno własne doświadczenie, które może coś wnieść. Przez długi czas podczas medytacji słyszałam ten krytyczny głos i próbowałam go ignorować albo przykrywać pozytywnymi myślami. Nic z tego. Dopiero kiedy zaczęłam go traktować jak... osobny głos, niemal postać wewnętrzną, i po prostu pytać go "czego się boisz?" — coś zaczęło się zmieniać. Ale to była powolna praca, nie żaden szybki efekt.
Technik jest kilka, ale jedna z prostszych to taka: kiedy pojawia się myśl krytyczna, zamiast jej zaprzeczać, po prostu notujesz ją wewnętrznie — "pojawia się myśl, że jestem złą medytującą". Nie "jestem spokojna" w odpowiedzi, tylko samo zauważenie bez oceny. Afirmacja może przyjść po tym kroku, ale jako uzupełnienie, nie jako obrona.
Czytam ten temat od poczatku i troche sie gubię 🙂 czy dobrze rozumiem że afirmacje same w sobie nie dzialaja na krytyka, tylko jeśli sie jest tym... świadkem? Bo ja używałam afirmacji przez kilka tygodni codziennie i też nic. Myslalam że po prostu za krotko.
Słucham tej rozmowy i chcę dodać jedną rzecz, bo myślę że gdzieś umyka. Mówicie dużo o tym, żeby krytyka uciszać, omijać, transformować. A może warto zapytać skąd on w ogóle pochodzi? Bo w różnych tradycjach duchowych ten wewnętrzny głos oceniający jest traktowany nie jako wróg, ale jako część ochronna, która kiedyś pełniła jakąś funkcję. Zmiana relacji z nim jest możliwa, ale wymaga najpierw zrozumienia, nie walki.
Ja się z tym zmagałam długo. Odkryłam, że różnica jest w tonie i czasie. Rzetelna ocena jest spokojna i dotyczy konkretnego działania. Krytyk jest ostry, globalny i najczęściej dotyczy tego kim jesteś, nie co zrobiłaś. "Mogłam to lepiej przygotować" to inna myśl niż "nigdy mi nic nie wychodzi". Choć to nie zawsze takie oczywiste w praktyce.
Czytam i mam pytanie bo może głupie ale... co jeśli sie nie umie tego "siedzenia z myślą"? Znaczy ja jak próbuję obserwować myśl to od razu zaczynam ją analizować i to juz nie jest obserwacja tylko myślenie o myśleniu. Czy to normalne na początku?
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że kręcimy się wokół jednego pytania — czy afirmacje są w ogóle właściwą metodą do pracy z krytykiem. Większość osób tu mówi "nie samo w sobie". Ale nikt nie powiedział wprost kiedy afirmacje mogą mieć sens. Czy jest jakiś moment w tej praktyce gdzie faktycznie pomagają?
Myślę że to jest kwestia stanu w jakim wchodzisz w afirmację. Jeśli jesteś w środku kryzysu, kiedy krytyk krzyczy, to afirmacja będzie zaprzeczeniem. Jeśli jesteś w chwili względnego spokoju, po medytacji albo po wyciszeniu, to ta sama afirmacja może działać zupełnie inaczej. Sama to zauważyłam — kontekst robi ogromną różnicę.
hej, czytam ten watek od dawna i mam takie pytanie bo może glupio ale.. co jezeli w ogóle nie ma momentu spokoju? znaczy u mnie ten krytyk jest chyba caly czas, nawet nie wiem kiedy sie zaczal. czy w takim razie najpierw trzeba jakoś zciszyc ten halas zanim w ogóle zaczniesz medytowac? i jak to robic bez afirmacji skoro one nie dzialaja?
Przeczytałam cały wątek i chcę tylko dodać że u mnie krytyk najgłośniej odzywa się właśnie przed zaśnięciem. Nie wiem czy to ma coś wspólnego z medytacją, ale zauważyłam że sny po takich wieczorach są bardzo naładowane. Zastanawiam się czy praca z krytykiem w ciągu dnia mogłaby to zmieniać.
To bardzo charakterystyczne. Kiedy krytyk milczy, afirmacja nie ma do czego się przyczepiać i faktycznie może brzmieć abstrakcyjnie. To nie znaczy że nie działa — może znaczyć że trafiłaś w moment kiedy jej nie potrzebujesz tak pilnie. Pytanie co z tym zrobić. Czy próbowałaś wtedy po prostu siedzieć w tej ciszy zamiast nakładać afirmację?
jezu to u mnie tak samo jest!! mysle ze medytuję a tak naprawde to mam wyrzuty sumienai ze nie ogladam jakiegos tutoriala albo nie czytam cos pozytwnego. czy to jest normalane ze medytacja sama w sobie wzbudza poczucie winy??
Ale tu znowu wraca pytanie o afirmacje — jeśli krytyk odzywa się nawet podczas medytacji, to kiedy właściwie jest ten właściwy moment na afirmację? Bo wychodzi na to że zawsze jest jakiś powód żeby powiedzieć "nie teraz". Czy to nie jest taka pułapka że nigdy nie znajdziemy idealnego momentu?
a co jezeli ta praca trwa i trwa i nie widac zadnego efektu? serio pytam bo juz kilka miesiecy probuje roznych rzeczy i dalej codziennie rano mam ten sam jazgot w glowie. czy to znaczy ze robie cos zle czy po prostu ze tak juz mam i nic sie nie zmieni??
To ważne co właśnie powiedziałaś. Cel nie jest taki żeby głosu nie było — przynajmniej nie w tej pracy. Cel jest żeby zmienić relację z tym głosem. Cisza jako efekt to raczej bonus który może się pojawić, ale jeśli czekasz wyłącznie na ciszę, to będziesz mierzyć sukces tym czego jeszcze nie ma zamiast tym co się zmienia. Czy różni się coś w tym jak reagujesz na ten głos teraz versus kilka miesięcy temu?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że wszyscy szukamy jakiegoś punktu końcowego — kiedy krytyk będzie cichy, kiedy afirmacja zadziała, kiedy znajdziemy odpowiedni moment. A może tego punktu po prostu nie ma i trzeba nauczyć się żyć z tym procesem w toku?
I tu właśnie wraca wątek afirmacji, bo ja mam wrażenie że afirmacje robione bez tej świadomości — że proces trwa, że krytyk nie zniknie z dnia na dzień — działają jak plaster na ranę, która jeszcze krwawi. Czujesz chwilową ulgę, ale nie dzieje się nic głębiej. Czy ktoś z was zauważył moment w którym afirmacja przestała być ucieczką od krytyka, a zaczęła być czymś genuinowym?
To bardzo precyzyjne pytanie i chętnie usłyszę odpowiedzi innych, bo sama mam na ten temat swoje zdanie, ale ciekawi mnie czy ktoś potrafi wskazać konkretny moment albo konkretną zmianę w tym jak podchodził do afirmacji. Bo intuicja mówi mi że to nie jest jedno wydarzenie tylko raczej stopniowe przesunięcie, którego się nie zauważa na bieżąco.
U mnie ten moment był dość nieoczekiwany. Zaczęłam mówić afirmację i zamiast czuć że "muszę w to uwierzyć", po prostu stwierdziłam fakt. Jakby przesunęła się perspektywa z życzenia na obserwację. Ale nie wiem czy to efekt afirmacji samych w sobie, czy raczej tej pracy z krytykiem która szła równolegle. Trudno rozdzielić jedno od drugiego.
