Od jakiegoś czasu wracam do jednej praktyki, którą kiedyś trochę zlekceważyłam, a teraz zaczęła mi dawać więcej niż niejedna formalna medytacja. Chodzi o siedzenie z zamkniętymi oczami i skupianie się wyłącznie na śpiewie ptaków. Bez mantr, bez oddechu liczonego do czterech, bez wizualizacji. Tylko ptaki i to, co się wtedy dzieje w ciele. Zauważyłam, że po takich sesjach jestem bardziej "tu" niż po czymkolwiek innym. Nie wiem czy to kwestia częstotliwości dźwięku, czy czegoś innego, ale zakorzenianie się przez słuch działa u mnie inaczej niż przez dotyk czy oddech. Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze to praktykuje świadomie i co z tego wyciąga.
Też to robię, ale nigdy nie myślałam o tym jako o osobnej praktyce, raczej jako o wstępie do czegoś. A ty to traktujesz jako całość samą w sobie, tak? Bo mnie ciekawi właśnie ta kwestia zakorzenienia, bo ja przy śpiewie ptaków mam wrażenie, że "wychodzę", a nie "wchodzę". Bardziej się rozszerzam niż osadzam. Może robimy coś inaczej?
Przepraszam, że może głupie pytanie, ale co to znaczy dokładnie "zakorzenianie się"? Słyszę to słowo wszędzie i mam wrażenie, że każdy rozumie je trochę inaczej. Bo jak słucham tego wątku, to raz chodzi o ciało, raz o energię, raz o czakry. Jak to powinnam rozumieć jako coś konkretnego?
To wszystko fajnie, ale ile czasu wam to zajmuje zanim poczujecie ten efekt? Bo ja próbowałam, siedziałam z dziesięć minut i nic. Myśli cały czas, głowa pełna. Zrezygnowałam. Może robię coś nie tak, a może to po prostu nie dla mnie.
A co jeśli nie mam ptaków w okolicy bo mieszkam w bloku w centrum i słyszę głównie samochody? Nagranie z natury zadziała tak samo czy to jest oszukiwanie siebie? Serio pytam bo nie chcę tracić czasu na coś co nie ma sensu bez odpowiednich warunków.
Czytam i myślę sobie, że może dlatego mi nie wychodzi zwykła medytacja z oddechem, bo za bardzo ją kontroluję. Tu oddech, tu myśl, tu wróć. Jestem całą sobą w głowie podczas robienia czegoś, co ma mnie z głowy wyprowadzić. Przy słuchaniu ptaków przynajmniej nie mam złudzenia, że kontroluję. Może to jest właśnie dla mnie. Czy można to robić wieczorem czy lepiej rano?
Nie, szczerze mówiąc nie. Przy panice to pierwsze co robię to szukam telefonu albo wychodzę z pomieszczenia. Nie przyszło mi do głowy żeby po prostu posłuchać. Ale nie wiem czy bym umiała, bo wtedy dźwięki są dla mnie raczej denerwujące niż uspokajające.
Słucham tej rozmowy o panice i zastanawiam się, czy w ogóle należy w tamtym momencie próbować medytować. Nie mówię że nie warto szukać technik, ale może zakorzenienie przez dźwięk to coś co warto ćwiczyć regularnie, żeby w chwili kryzysu ciało samo to pamiętało? Bo jak nigdy nie próbujesz poza kryzysem, to skąd umysł ma wiedzieć że to bezpieczne?
Tak, dokładnie. Chociaż nie łączyłam tego świadomie z ptakami, bardziej z otwartym oknem w ogóle. Ale teraz jak o tym myślę, to chyba to był ten sam mechanizm.
OK więc rozumiem że nagranie jest OK na codzień. Ale zastanawiam mnie cos innego, wróce do tematu afirmacj i paniki bo to mnie interesuje. Czy któs w ogóle próbował czegoś innego niż słów i dźwięku? Co z dotykem, ze stopami na ziemi na przykład?
A ja się zastanawiam, czy te dwa podejścia można łączyć. Znaczy stopy na ziemi i jednoczesne słuchanie ptaków. Bo to by była podwójna kotwica. Albo to by było za dużo bodźców naraz i straciłabym się jeszcze bardziej?
To bardzo dobre pytanie i sama się nad tym zastanawiałam. U mnie jest tak, że jak ptak milknie, to jestem już jakby dalej zakorzeniona, bo ciało nadal jest na miejscu. Ale ciekawe czy to działa tak u innych, bo może u mnie to stopy robią więcej roboty niż myślę, a dźwięk tylko pomaga wejść.
A powiedzie mi ktos czy w ogóle można ćwiczyć to zakorzenienie bez ptaków jak mieszka sie w środmieściu i przez okno słychać raczej ulicę? Bo nie każdy ma dostęp do przyrody.
Pozycja ma znaczenie, ale nie decyduje. Siedzenie stabilizuje ciało i łatwiej skupić się na słuchaniu, bo nie ma innych bodźców z ruchu. Ale spacer aktywuje zakorzenianie przez nogi inaczej, przez rytm kroków. To są dwie różne praktyki, nie jedna lepsza od drugiej. Pytanie jest raczej jaką intencję się ma wchodząc w to.
To mnie trochę zaskoczyło, bo myślałam że medytacja to zawsze siedzenie. Czy chodzenie z uważnością na dźwięki ptaków można w ogóle nazwać medytacją, czy to jest coś innego?
To zdanie o afirmacjach mnie trafiło. Bo właśnie o to mi chodziło kiedy pisałam że przy panice żadna technika mi nie przebija się przez szum. Afirmacja to coś co wiem, a panika jest czymś czego nie wiem i te dwa tryby się wykluczają. Ale dźwięk który jest nieprzewidywalny może właśnie dlatego przebić?
A masz jakiś własny przykład kiedy to zauważyłaś? Pytam bo to brzmi przekonująco w teorii ale chciałabym wiedzieć czy to jest coś co faktycznie czuć w praktyce.
A jak długo trzeba to robić żeby poczuć tą różnicę? Bo kilka tygodnie to sporo, jak ktoś jest na skraju to raczej potrzebuje czegoś co zadziała szybciej nie?
Słucham tej rozmowy i mam inne pytanie, trochę z boku. Czy ktoś próbował łączyć śpiew ptaków z jakimś intencjonalnym elementem, nie tylko jako dźwięk tła ale jako coś bardziej świadomego? Pytam bo w tradycjach w których się poruszam, ptak jako zwiastun i głos między światami ma inne znaczenie niż tylko relaksujący dźwięk.
Przepraszam że wchodzę z boku ale trochę zgubiłem watek. Czy ta rozmowa o intencji dotyczy jeszcze medytacji na ptaki jako zakorzenienia, czy to jest już osobny temat? Bo mnie interesuje ta pierwotna kwestia, czyli czy śpiew ptaków można w ogóle wykorzsytać kiedy już jest atak a nie tylko profilaktycznie.
Mam pytanie może głupie, ale skąd wiadomo który rodzaj śpiewu ptaków lepiej działa na zakorzenienie? Bo słyszałam że kos to jedno, a na przykład sikorki to coś innego. Czy to ma jakieś znaczenie ezoterycznie czy tylko chodzi o sam fakt słuchania?
Z perspektywy czakr powiedziałbym że kos działa bardziej na czakrę korzenia, bo jego dźwięk ma tę basową przestrzeń. Sikorka jest wyżej w rejestrze, bardziej serce albo gardło. Ale to jest moje subiektywne odczucie z praktyki, nie dogmat.
Mam pytanie do całego wątku o napadach, bo sama przez to przeszłam i trochę inaczej to widzę. Czy ktoś próbował połączyć śpiew ptaków z fizycznym kontaktem z ziemią, na przykład boso na trawie? Bo jak miałam te trudniejsze okresy, to samo chodzenie boso działało na mnie szybciej niż jakikolwiek dźwięk.
To jest właśnie pytanie które mnie też zajmuje, bo jak to nazwiemy "medytacją" to jedna sprawa, a jak to jest chodzenie boso po trawie ze świadomością dźwięków to już inna. Ale może te granice są trochę sztuczne? Zakorzenianie przez ciało i przez słuch to mogą być po prostu dwie bramy do tego samego miejsca.
To coraz brdziej mi to wygląda na to że przy napadach kluczowa jest ta wielozmysłowość, nie sam dźwięk. Ale pytanie do tych co to przeżyli, czy to musi być wszystko naraz, czy można najpierw jednym i dokładać kolejne?
Ale jak ciało "wybiera wejście" to co ja mam w ogóle robić? Stać i czekać aż coś zadziała?
Ten wątek z przygotowaniem przestrzeni to jest dla mnie ważny, bo sama robię coś takiego intuicyjnie, uchylam okno wcześniej zanim usiadę. Ale nie myślałam o tym jako o części medytacji, raczej jako o logistyce. Może jednak granica między przygotowaniem a samą praktyką jest płynna?
