Zaczną się teraz kłótnie, bo temat jest kontrowersyjny, ale i tak go otwieram. Magia grupowa - czy faktycznie działa inaczej niż solowa praktyka, czy to tylko efekt psychologiczny wynikający z tego, że jesteś otoczony ludźmi, którzy wierzą w to samo co ty? Pytam serio, bo mam mieszane odczucia. Przez lata pracowałem głównie sam i zawsze uważałem, że im mniej osób, tym łatwiej utrzymać spójność intencji. Jeden umysł, jeden cel, zero zakłóceń. Ale ostatnio trafiłem na teksty Dolores Ashcroft-Nowicki o pracy lożowej i ona opisuje coś dokładnie odwrotnego - że w grupie możliwe jest osiągnięcie stanów, których solista nigdy nie dotknie, bo ludzki układ nerwowy po prostu nie jest zdolny sam z siebie wygenerować takiego "ciśnienia" na poziomie subtelnym. Co wy na to? Ktoś pracował regularnie w kręgu i ma coś konkretnego do powiedzenia, nie teoretycznie?
Ja pracowałam w kilku różnych konfiguracjach grupowych i mogę powiedzieć jedno: to zależy bardziej od składu niż od samej liczby osób. Miałam doświadczenie z kręgiem pięciosobowym, gdzie jedna osoba ciągle "odpływała" - i czuć było dosłownie dziurę w strukturze. Jakbyś budował coś wspólnie i jeden ceglarz kładzie cegły bokiem. Ashcroft-Nowicki ma rację w sensie potencjału, ale pomija problem synchronizacji. Ona pisze z perspektywy grupy wyszkolonej latami razem. Co innego zaprzysiężona loża, co innego przypadkowy krąg z ogłoszenia.
Rzucę tu trochę teorii, bo bez niej ta rozmowa będzie się kręcić w kółko. W tradycji hermetycznej - konkretnie u Bardon w "Inicjacji do hermetyzmu" - zbiorowa praca magiczna jest opisana jako "akumulacja fluidu". Każdy uczestnik dokłada swoją porcję naładowanej substancji astralnej i jeśli intencje są tożsame, fluidy sumują się. Jeśli nie są - rozpraszają albo wchodzą w konflikt. To odpowiadałoby na pytanie Pelagii o milczące grupy zakonne: tam intencja jest ujednolicona przez lata wspólnej formacji, rytuału liturgicznego, doktryny. Synchronizacja jest wewnętrzna, nie potrzebuje zewnętrznego rytmu. Problem w "nowoczesnych" kręgach to właśnie brak tego fundamentu - ludzie mają różne wyobrażenia nawet o tym, czym jest "energia", więc fluidy nie sumują się, tylko tworzą chaos.
Dobra, ale zatrzymajmy się na chwilę - czy w ogóle możemy mówić o "sumowaniu energii" bez zakładania z góry, że coś takiego istnieje? Bo ja rozumiem, że to forum ezoteryczne, ale chyba warto też patrzeć na to, co psychologia mówi o grupowym myśleniu i sugestii. Nie negując doświadczeń - bo widzę, że Pelagiusza i Pustelnik mówią o czymś konkretnym - ale czy nie jest tak, że w grupie po prostu łatwiej wejść w stan głębokiej koncentracji, bo otoczenie na to "pozwala"? I to samo w sobie daje silniejszy efekt, bez żadnych fluidów?
Ja byłem raz na czymś, co chyba można by nazwać zbiorowym rytuałem - nie planowanym, bardziej spontanicznym. I właśnie coś takiego się wydarzyło. Dwie osoby zobaczyły ten sam kolor, niezależnie. Jedna widziała głęboki niebieski, druga powiedziała "ciemny granat". To mogło być przypadkiem, ale jakoś mi zostało w głowie.
To, co opisuje Elfin, w literaturze parapsychologicznej jest dokumentowane jako "group psi" lub "collective telepathy" - Rhine i jego następcy badali coś podobnego w latach 50. i 60. Wyniki były niejednoznaczne, ale nie były zerowe. Problem metodologiczny polega na tym, że w grupie nie da się kontrolować wszystkich zmiennych - sam fakt bycia razem i wspólnego nastawienia powoduje efekty trudne do wyizolowania. Ale wracając do pytania Pustelnika: mam wrażenie, że w tradycjach inicjacyjnych ten fenomen był po prostu przyjmowany jako rzeczywistość robocza - nie filozofowano, tylko budowano metody pracy z tym. Co do fluidów - Bardon to jedna opcja. Crowley opisywał to inaczej, jako "grupowego Egregora". To też osobny temat, bo Egregor ma swoje własne "życie" niezależnie od uczestników. Ktoś pracował kiedyś z myślą o Egregorze grupy?
O Egregorze słyszałam dużo, ale zawsze w kontekście raczej ogólnym. Jak to wygląda w praktyce pracy grupowej? Bo rozumiem, że teoretycznie Egregor jest jakimś wspólnym "bytem" tworzonym przez grupę, ale jak to przekłada się na sam rytuał? Czy jest coś inaczej robione, żeby "z nim" pracować, a nie tylko "obok"?
Mam pytanie, może naiwne: czy Egregor to nie jest po prostu zbiorowa autosugestia? Jakbyście wszyscy wierzyli, że wchodzicie do przestrzeni naładowanej energią, to każdy by to "czuł", bo tego oczekuje. W starym kościele czujesz coś, bo wiesz, że to stary kościół, nie dlatego że budynek naprawdę "coś ma".
Muszę się tu wtrącić, bo Gnostyk pominął jeden ważny aspekt Egregora: on też może być destruktywny. Grupy budują Egregory, które potem zaczynają kontrolować grupę, a nie odwrotnie. Sekty to skrajny przykład, ale to działa w mniejszej skali też. Miałam kontakt z kręgiem, który był "czynny" od kilku lat i po jakimś czasie nowi członkowie zaczynali prezentować te same specyficzne fobie i obsesje, co starzy. Bez żadnej rozmowy o tym. Jakby Egregor "drukował" te wzorce na nowych. Czy to nie powinno być pierwszym tematem do omówienia przy pracy grupowej - jak sprawdzić, jaki Egregor już istnieje, zanim się do czegoś przyłączysz?
To, co opisuje Pelagiusza, trochę mnie zatrzymało. Zastanawiam się teraz, czy w kontekście tej dyskusji o zaletach magii grupowej - jesteśmy też w stanie sensownie mówić o ryzyku, nie tylko o sile zbiorowej energii? Bo czytam tu głównie o tym, co magia grupowa "dodaje", a mało o tym, co może zabrać albo co może się wymknąć spod kontroli. Czy ktoś ma jakieś przemyślenia na temat tego, jak w ogóle wychodzi się z grupy rytualnej bez konsekwencji? Albo czy wyjście ma jakieś swoje zasady?
Wychodzenie z grupy rytualnej z "zasadami" - to już naprawdę brzmi jak sekta. Skąd wiadomo, gdzie jest granica między prawdziwą tradycją rytualną a grupą, która po prostu kontroluje swoich członków za pomocą ezoterycznych przekonań?
Dobra, bo mnie ta granica sekta/tradycja nie do końca przekonuje. Pustelnik mówi, że zdrowa tradycja daje wiedzę i pozwala odejść. Ale przecież wiele grup rytuałów właśnie tak to sprzedaje na początku - jesteś wolny, bierzesz ile chcesz, nikt cię nie trzyma. I dopiero po jakimś czasie okazuje się, że jednak "coś zostało", że masz zobowiązanie, że odejście jest "duchowo niebezpieczne". Jak to rozpoznać zanim się wejdzie za głęboko?
Wracając do meritum tego wątku - bo zeszliśmy mocno w stronę patologii grup, co rozumiem, ale pierwotne pytanie dotyczyło warunków, w których magia grupowa w ogóle działa. Chciałem dodać coś, o czym jeszcze nie rozmawialiśmy: kwestię synchronizacji fazy rytmu biologicznego. Jest badanie Ulman i Krippner z Maimonides Dream Lab - przy pracy grupowej z ludźmi, którzy regularnie pracują razem, zaobserwowano nie tylko zbieżność treści doświadczeń, ale też zbieżność momentów szczytowego pobudzenia. Jakby ciała uczyły się wchodzenia w ten sam cykl.
To, co mówi Pustelnik o synchronizacji biologicznej, pasuje do tego, co opisuje Mircea Eliade w kontekście rytualnego czasu - "illud tempus", czas mityczny, w który grupa wchodzi wspólnie. Nie chodzi o przekonania, ale o wspólne wyjście poza czas linearny. W słowiańskich zaduszkach to było zresztą widoczne bardzo konkretnie - wspólnota wchodziła w stan między poprzez zbiorowe działanie: ogień, śpiew, ruch. Nikt nie robił tego indywidualnie, bo sens był właśnie w przejściu razem.
Słucham tej dyskusji i zastanawiam się - czy ten efekt synchronizacji, o którym Pustelnik i Radomir mówią, wymaga wieloletniego wspólnego praktykowania, czy może zdarzyć się też przy pierwszym kontakcie grupy? Bo tamten rytuał, o którym wspominałem, to były osoby, które razem zrobiły to pierwszy raz.
A wracając do tego, co mówiła Piolun wcześniej o ryzyku - mam takie obserwacje z pracy z numerologią w grupach. Kiedy kilka osób razem analizuje czyiś wykres, bardzo szybko pojawia się efekt "dobudowywania" - każda kolejna osoba nakłada swoją interpretację na poprzednią i po chwili mamy narrację, która jest już bardziej produktem grupowej dynamiki niż samego wykresu. Czy w magii rytualnej nie dzieje się podobnie? Że to, co "zbiorowe", to nie energia, ale zbiorowa interpretacja?
Mam do Pustelnika pytanie na marginesie tego, co powiedział - bo to mnie rzeczywiście interesuje. Mówisz, że są stany, do których nie dochodzi się sam. Czy masz na myśli tylko stany psychiczne, czy coś więcej? Bo jeśli tylko psychiczne, to Celestyn56 ma rację, że to psychologia. A jeśli coś więcej, to co?
Zastanawiam się, czy w ogóle szukamy właściwego pytania. Może zamiast "czy to działa" lepiej pytać, w jakich warunkach to działa - i jakie są te warunki. Bo z tego wątku wyłania się dość spójny obraz: wspólny rytm, zaufanie między uczestnikami, brak hierarchicznego dominowania przez jedną osobę, jasność intencji. To są rzeczy, które pojawiają się zarówno u Bardona, jak i w opisach etnograficznych rytuałów zbiorowych. Może to właśnie są zmienne.
I to jest właśnie ta rzecz, która w praktyce rzadko jest omawiana przed rytuałem grupowym. Kto pyta nowe osoby, czy są w kryzysie emocjonalnym, czy mają aktywne konflikty z kimś w grupie, czy nie są po prostu zmęczone i zestresowane? Nikt. A to wszystko wchodzi do kręgu razem z osobą.
Nie musisz tego nazywać terapią grupową, żeby to miało sens. W tradycjach, gdzie rytuał jest serio traktowany - i mówię tu na przykład o ceremonialnych szkołach hermetycznych - przed każdą pracą jest tak zwane "czyszczenie pola". Nie po to, żeby się zwierzać, ale żeby sprawdzić, czy każdy jest obecny naprawdę. Bo osoba rozkojarzana silnym konfliktem wewnętrznym nie wnosi nic do wspólnego pola, co najwyżej szum. To jest kwestia czysto praktyczna, nie psychoterapeutyczna.
Okej, ale jak w praktyce wygląda takie "czyszczenie pola"? Bo słyszę o tym pojęciu i zawsze wydaje mi się, że albo jest to coś bardzo konkretnego, albo metafora bez żadnej treści. Naprawdę pytam, nie złośliwie.
To, co opisuje Piolun, jest de facto tym, co Turner nazywa "liminal space" - progiem, przez który wszyscy muszą przejść razem, zanim właściwy rytuał się zacznie. W obrzędach słowiańskich też to widać: zanim zaczęło się cokolwiek, był moment wspólnego milczenia albo okrężenie przestrzeni. Nie był to gest estetyczny, ale sygnał dla wszystkich uczestników: teraz przestajemy być osobnymi ludźmi z osobnymi sprawami. Pytanie, czy nowoczesna praca grupowa w ogóle ma odpowiednik tego progu.
U nas tego progu nie było i chyba dlatego pewne rzeczy nie szły tak, jak powinny. Dosłownie zaczynaliśmy, gdy ostatnia osoba wchodziła przez drzwi. Teraz jak o tym myślę, to jakbyśmy zapalali świecę w pół obrotu - bez żadnego przygotowania gruntu.
No dobra, ale jeśli ta "baniszacja" działa psychologicznie - bo daje znak "zaczynamy", skupia uwagę, tworzy rytm - to po co owijać w bawełnę i mówić o zamykaniu przestrzeni? Można powiedzieć wprost: robimy rytuał wejścia, który grupę nastrajia. Bez mistycznego nadbudowywania.
Mam takie wrażenie, że ta dyskusja kręci się wokół pytania, które w sumie jest pytaniem o wiarę jako warunek konieczny. Radomir wspominał o Eliade, Gnostyk o Jamesie wcześniej - obaj zakładają, że bez pewnego minimalnego "tak" ze strony uczestnika coś nie zadziała. Ale mnie bardziej ciekawi pytanie odwrotne: czy można być głęboko sceptycznym i mimo to być częścią skutecznej grupy rytualnej? Bo znam osoby, które uczestniczyły w rytuałach bez przekonania i opisywały bardzo silne przeżycia. Skąd to?
To akurat mnie nie dziwi. Sceptycyzm intelektualny i podatność ciała na rytm zbiorowy to dwie różne rzeczy. Możesz kompletnie nie wierzyć w to, co robisz, a mimo to twój układ nerwowy reaguje na bęben, oddech grupy, zapach dymu, ciemność. To jest starsza część mózgu i ona nie pyta o metafizyczne przekonania. Stąd biorą się te "przeżycia mimo woli" - ciało wchodzi w stan, nawet gdy głowa protestuje.
Ale to jest chyba argument za tym, że efekt pochodzi z neurobiologii, nie z czegoś, co można by nazwać magią. Czyli wracamy do punktu Celestyna56.
