Ostatnio miałam taki okres, kiedy wszystko się nawarstwiło naraz, praca, dom, codzienne życie. I w pewnym momencie zauważyłam, że moje rytuały przestały cokolwiek dawać. Zupełnie nic. Jakby ktoś odciął zasilanie.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to przypadek, czy stres naprawdę potrafi tak rozwalić pracę magiczną. Bo niby skupienie jest ważne, ale aż tak? Mam na myśli nie tylko samo zaklęcie, ale też biżuterię którą noszę i ładuję intencją. Pierścionek z labradorytem i bransoletka z czarną turmalinką. Normalnie je czuję, a ostatnio to jakby zwykłe kamienie ze sklepu. Czy ktoś miał coś podobnego?
Brzmi znajomo, szczerze. Mam wrażenie że stres działa na amulety trochę jak ciągłe rozładowywanie baterii, w końcu zostajesz z niczym. Ale zastanawiam się nad czymś innym: czy może problem nie leży w tym że biżuteria przestaje działać, tylko w tym że my przestajemy ją słyszeć? To trochę inna sprawa. Kiedy ostatnio czyściłaś te kamienie?
Właśnie o to chodzi, stres to nie tylko stan psychiczny, to konkretna chemia w ciele. Kortyzol, adrenalina, całe to pobudzenie. Czytałam kiedyś, że w tradycjach szamańskich strach i przewlekłe napięcie rozpraszają coś, co można nazwać osobistą mocą albo energią woli. I to nie jest tylko kwestia skupienia przed rytuałem, ale całego stanu w jakim funkcjonujemy. Jak długo trwał ten twój trudny okres?
Przepraszam że wchodzę bo ja się na tym znam mniej niz wy ale chciałam zapytac o jedno. Czy to znaczy ze w ogole nie ma sensu nic robic jak się jest w stresie? Bo to by oznaczalo ze własnie wtedy kiedy najbardziej potrzebujesz pomocy, wszystko zawodzi. To troche przygnębiajace.
To dobre pytanie i wielu osób się z tym zmaga. Nie chodzi o to, że w stresie wszystko zawodzi. Chodzi o jakość intencji, bo ona jest wtedy po prostu inna. Kiedy jesteś spokojna i skupiona, intencja jest jak laser. Wąska, konkretna, ukierunkowana. W stresie to bardziej jak latarka bez baterii, coś świeci, ale słabo i w różnych kierunkach naraz. Biżuteria jako amulet nosi w sobie to, co do niej włożyłaś, ale twoja zdolność do pracy z nią jest mocno ograniczona.
Mam pytanie może trochę z boku, a co z amuletami ktore nosimy cały czas, niekoniecznie z intencją magiczną? Mam srebrny łancuszek od babci i zawsze go noszę. Czy on tez moze cos zbierac, skoro nie byl nigdy specjalnie ładowany?
Stres blokuje pracę z amuletami, dla mnie to jest jasne. Biżuteria magiczna wymaga właściciela w równowadze, inaczej staje się ciężarem a nie pomocą. Sama przestałam nosić ładowane rzeczy w trudnych momentach, bo czułam się gorzej, nie lepiej.
Czytam to i myślę że może nie ma tu sytuacji zero-jedynkowej. Może są amulety ktore lepiej sprawdzają sie jako absorpcja i takie ktore działają bardziej jako ochrona aktywna, i te role to nie jest to samo. Czarny turmalin jest chyba głównie absorbentem więc potrzebuje czyszczenia, ale np biała agat albo kwarc może inaczej reagowac na stres właściciela?
Ale czy nie jest tak, że my tu troche projektujemy właściwości na kamienie ktore de facto są mineralami? Szczerze pytam. Labradoryt to skalień, ma piękną optykę przez adularyzację, ale skąd przekonanie że akurat w stresie działa inaczej? Naprawdę czujecie różnicę, czy raczej interpretujecie swój stan przez pryzmat biżuterii?
W runach jest coś podobnego, galdr, czyli śpiew runiczny, miał być nieskuteczny jeśli śpiewający był w chaosie wewnętrznym. Nie dlatego, że runy tracą moc, ale dlatego, że intencja nie ma jak się uformować w chaosie. Pytanie może być inne: czy da się przygotować amulet tak, żeby działał bez aktywnego udziału właściciela? Bo to jest zupełnie inny typ pracy niż ten, o którym tu rozmawiamy.
A jak w ogóle można sprawdzić, czy amulet działa autonomicznie, czy potrzebuje codziennego podtrzymywania z twojej strony? Pytam, bo nie mam pojęcia jak to odróżnić w praktyce.
Ale czy to nie jest troche błąd konfirmacji? Jak jesteś w stresie i coś czujesz, to przypisujesz to amuletowi. Jak nie czujesz, to "amulet wymaga podtrzymywania". Nie ma chyba żadnego sposobu żeby odroznic te dwa przypadki obiektywnie. Serio, jak?
No i tu się zaczyna problem, bo jak traktujesz zmianę wewnętrznego stanu jako wystarczające kryterium, to właściwie każda praktyka jest skuteczna pod warunkiem wiary. I trochę traci sens rozmowa o tym, czy kamień wchłania czy nie wchłania, bo ostatecznie to ty decydujesz co czujesz. Krążymy w kółko.
Przepraszam ze wchodzę z innej strony ale mam wrazenie ze sie gubię w tej rozmowie. Czy dobrze rozumiem, amulety ktore "działają autonomicznie" są robione inaczej i nie wymagają naszego codziennego skupienia, i właśnie dlatego mogą pomagac podczas stresu kiedy jesteśmy rozbite? Bo to byłoby logiczne i miałoby sens.
I tu wracamy właściwie do początku, czy zaklęcia gorzej działają w stresie. Może to po prostu zależy od tego, co robisz. Jeśli próbujesz coś stworzyć podczas kryzysu, to tak, jakość intencji będzie inna. Ale jeśli sięgasz po coś zrobionego wcześniej, w dobrej kondycji, niekoniecznie musi być gorzej.
O, to mi się podoba. Tworzenie kontra korzystanie. Przez cały ten wątek mieszaliśmy chyba jedno z drugim i stąd ta rozmowa kręciła się trochę w kółko 🙂
A co z moim łancuszkiem po babci? On nie był tworzony z intencją, nie był ładowany, ale jakos mnie uspokaja jak go mam. To nadal coś znaczy, nawet bez żadnego procesu?
To nie jest głupie myślenie. Instynkt żeby nie psuć czegoś co działa, ma sens. Ja bym zostawiła. Nakładanie intencji na coś, co ma już swoją historię, może ją przykryć, nie wzmocnić.
Dobra, wracam do tytułu wątku bo czytam to i nie wiem jaka jest konkluzja. Stres blokuje zaklęcia czy nie? Mam na myśli konkretnie codzienne rzeczy, nie tworzenie amuletów od zera.
I może to jest najuczciwsza odpowiedź, nie zero-jedynkowe "działa albo nie działa", tylko skala. Stres obniża jakość, nie wyłącza całkowicie. Przynajmniej tak to rozumiem po tej rozmowie.
Pytanie Numerolożki jest chyba kluczowe dla całego wątku, bo od początku mówimy "działa gorzej" bez sprecyzowania co to znaczy. Czy ktoś miał konkretną sytuację, gdzie stres wyraźnie zmienił coś w tym jak zadziałał amulet albo zaklęcie? Niekoniecznie na gorsze, może właśnie zaskakująco dobrze.
Raz robiłam coś w dużym napięciu i efekt przyszedł, ale zupełnie inaczej niż planowałam. Jakby intencja się po drodze wypaczyła. Nie byłam w stanie tego kontrolować, skupiałam się na tym żeby w ogóle dać radę skończyć. Więc może "gorzej" to właśnie to, że wychodzi coś innego, nie nic.
