Zastanawiam się ostatnio nad czymś, co chyba rzadko pada wprost: czy magia działa na kogoś, kto kompletnie w nią nie wierzy? Nie mam na myśli sceptyka z forum, który jednak poświęca czas na dyskusję, bo to już jakiś rodzaj zainteresowania. Chodzi mi o osobę, która na przykład dostaje od kogoś amulet i traktuje go jak ładny kamyk. Albo ktoś wykonuje za nią rytuał bez jej wiedzy. Czy intencja odbiorcy cokolwiek zmienia? Bo z jednej strony mamy tradycje, w których wiara jest warunkiem koniecznym, a z drugiej są szkoły myślenia, gdzie liczy się wyłącznie precyzja działania, słów, symboli, niezależnie od tego, co myśli osoba po drugiej stronie. I właśnie ta precyzja mnie tu najbardziej interesuje. Czy źle wypowiedziane zaklęcie nie zadziała, czy zadziała inaczej? Czy słowo wypowiedziane przez kogoś, kto nie rozumie jego znaczenia, ma jakąkolwiek moc?
Czytam i od razu mam pytanie, bo sama siedzę gdzieś na granicy sceptycyzmu. Skąd w ogóle bierze się to założenie, że słowa mają moc same w sobie, niezależnie od mówiącego? Bo jeśli tak, to język powinien być niebezpieczny dosłownie dla każdego, kto przypadkowo wymówi jakąś formułę. A tak nie jest, prawda? Albo jest i po prostu tego nie zauważamy?
To zależy, którą tradycję weźmiesz pod lupę. W kabale dźwięk liter hebrajskich ma działać niezależnie od intencji mówiącego, bo chodzi o strukturę samego języka, nie o to, co człowiek sobie przy tym myśli. Podobnie w pewnych nurtach tantrycznych, gdzie mantra ma konkretne działanie wibracyjne. Ale już w większości zachodnich tradycji magicznych, od Crowleya przez Spare'a aż po współczesną chaos magic, intencja jest centralnym elementem. Bez niej masz piękny teatr, ale nic więcej. Mnie bardziej zastanawia drugie pytanie z pierwszego posta, o precyzję słów. Bo to jest osobny problem.
To mnie zastanawia, bo jeśli dobrze rozumiem, to mówisz, że niedokładne słowa mogą przekierować energię, a nie ją zablokować? Miałam podobne przemyślenie przy afirmacjach, gdzie psychologowie też zwracają uwagę, że mózg ignoruje negacje. Mówisz sobie 'nie chcę się bać' i mózg przetwarza to jako 'bać się'. Zastanawiam się, czy w magii działa podobna logika.
No ale zaraz, jeśli ktoś nie wierzy to jak to niby ma działać? Ja na przykład kompletnie nie wierzę w magię i nic mi się nie dzieje, więc ta teoria z działaniem bez wiedzy odbiorcy chyba się nie sprawdza w praktyce. Albo ja po prostu jestem odporny 🙂
Właśnie i tu wchodzimy na teren, gdzie dyskusja o wierze się komplikuje. Bo z perspektywy praktycznej wierzący i niewierzący mają zupełnie inny system atrybucji. Jeden zobaczy w zdarzeniu potwierdzenie działania rytuału, drugi przypadek. Ale wracając do sedna tematu, bo trochę odpłynęliśmy: czy istnieją tradycje, które explicite mówią, że wiara odbiorcy jest irrelewantna? Bo przekleństwa chyba są tu najczytelniejszym przykładem. Nikt nie prosi ofiary o zgodę ani wiarę.
Dobra, to może konkretyzuję pytanie, bo widzę, że rozmowa idzie w kilka stron naraz. Czy ktoś z was próbował kiedyś świadomie pracować z formułą, którą rozumiał słabo albo w obcym języku, i zaobserwował różnicę w efekcie w porównaniu do czegoś, co sam sformułował? To by dało jakiś empiryczny punkt odniesienia.
Ja miałem cos takiego, używałem przez jakis czas łacińskich formuł, bo gdzieś wyczytałem że łacina jest lepsza do rytuałów. Efekty były dziwne, tzn. coś się działo ale nie do konca to czego oczekiwałem. Później zacząłem używać polskiego i poczułem większą kontrole nad tym co chce osiągnąć. Nie wiem czy to kwestia języka czy tego, że po polsku po prostu myślę precyzyjniej i moje intencje są jaśniejsze.
Ale właśnie, skoro mówimy o świętych językach, to jak to jest z sanskrytem w mantach? Tam ludzie recytują manty bez znajomości Sanskrit i podobno ma działać. Więc albo mój rozum tu nie działa, albo jednak nie chodzi o rozumienie.
Dobra to teraz mam mętlik w głowie. Bo z jednej strony słyszymy, że intencja jest wszystkim, z drugiej że dźwięk działa sam. Z jednej że bez wiary nic się nie zadzieje, z drugiej że przekleństwa lecą bez wiedzy ofiary. Jak to w ogóle zestawić?
Wracając trochę do pytania Tolka z wcześniej, bo chyba nikt nie odpowiedział na to konkretnie. Czy ktoś faktycznie próbował porównać efekty formuły w języku, który zna dobrze, z formułą w obcym? Bo ja miałem takie doświadczenie z litanią do pewnych sił, którą robiłem raz po łacinie, raz po polsku i subiektywnie ta polska dała mi wyraźniejsze poczucie 'zakotwiczenia', jakby coś siedziało głębiej. Ale nie wiem czy to kwestia języka, skupienia, czy po prostu drugiego razu.
Ten wątek o 'loaded words' jest ciekawy, bo w tradycji qlipotyckiej celowo pracuje się ze słowami lub imionami, które mają dla praktykującego silne negatywne ładunki emocjonalne, właśnie po to, żeby uruchomić głębsze warstwy psychiki. To odwrotność bezpiecznych, neutralnych afirmacji. Pytanie do Tolka: czy w tradycjach, które znasz, jest rozróżnienie między słowem, które działa przez swój ładunek emocjonalny u praktykującego, a słowem, które ma działać przez swój byt poza praktykiem?
A czy te dwa modele mogą być równocześnie prawdziwe, tzn. że są formuły, które działają obiektywnie przez strukturę, i formuły, które są tylko nośnikami? Bo może to zależy od samej formuły, a nie od jednej ogólnej zasady?
Właśnie to chciałam napisać coś podobnego, bo czytam tę rozmowę od początku i ten podział na 'działa samo' kontra 'działa przez intencję' chyba zakłada, że musi być jedno albo drugie. A co jeśli to jest spektrum? Jedne rzeczy bardziej obiektywne, inne bardziej subiektywne, w zależności od tradycji, od kontekstu, od osoby?
Wracając do pytania Bronka, bo mi ono nie daje spokoju. Ten pomysł, że oba modele mogą działać równolegle, nie jest wcale taki egzotyczny. W systemach mieszanych, jak na przykład grimuary z XVII-XVIII wieku, masz obok siebie formuły, przy których zaznaczono, że wymagają odpowiedniej dyspozycji psychicznej praktykującego, i formuły oznaczone jako działające przez samą moc zapisu, bez żadnych warunków wstępnych. Autorzy tych tekstów wyraźnie rozróżniali te dwie klasy, jakby sami czuli, że to nie jest jedno i to samo.
a czy te grimuary gdzieś wyjaśniają, skąd mieli wiedzieć, która formuła do której klasy należy? Bo to by mnie bardzo interesowało, czy to była jakaś zasada ogólna, czy po prostu doświadczenie empiryczne metodą prób?
ja miałem raz coś co można by tak interpretować. Powtarzałem mechanicznie fragment tekstu, taki trochę liturgiczny, bo chciałem go zapamiętać. Byłem myślami kompletnie gdzie indziej, dosłownie planowałem co zrobić na kolację. I potem były pewne zbiegi okoliczności, które się nie powtórzyły kiedy robiłem to samo z pełną koncentracją. Nie wiem co z tym robić, bo nie pasuje mi to do żadnego modelu.
Właśnie to mi dało do myślenia, bo kiedy ja robiłam te afirmacje i czułam, że słowa są puste, to może problem był w tym, że nie wiedziałam do której kategorii to należy. Czy próbuję zmienić coś w sobie przez rozumienie, czy powtarzam coś co ma działać samo? I szłam metodą 'może zadziała jak powiem wystarczająco wiele razy', co chyba było bez sensu z obu stron.
A czy ktoś z was pracował z systemami, które mają te ramy dokładnie opisane? Tzn. gdzie jest powiedziane wprost: ta klasa formuł wymaga tego i tego, a ta inna czegoś zupełnie innego? Ciekawi mnie jak to wygląda w praktyce, bo brzmi jak coś co by bardzo ułatwiało orientację.
