Zaczęło się od tego, że brałem udział w grupowym rytuale z kilkoma osobami, które praktykują od lat, i wyszło z tego coś zupełnie innego niż się spodziewałem. Ale nie w sensie 'wow super efekt', tylko w sensie chaosu. Każda osoba robiła gesty trochę inaczej, tempo było rozbite, jedna osoba szeptała, druga mówiła głośno. I zamiast wzmocnienia intencji, czułem jakby sygnał się rozpraszał. Temat zaklęć grupowych jest dla mnie od tamtej chwili otwarty na nowo. Czy wielu ludzi rzeczywiście wzmacnia rytuał, czy może pod pewnymi warunkami go rozbija? Szczególnie ciekawi mnie kwestia gestów i synchronizacji ciała, bo zacząłem podejrzewać, że precyzja fizyczna ma tu większe znaczenie niż liczba uczestników.
To co opisujesz z tym chaosem brzmi bardzo znajomo. W praktykach, które znam z tradycji słowiańskiej, zawsze kładziono ogromny nacisk na to, żeby uczestnicy byli wcześniej 'nastrojeni' na siebie. Nie przez rozmowę o intencji, tylko właśnie przez wspólne działania fizyczne, synchronizację oddechu, wspólne rozpalenie ognia. Gesty nie były ozdobnikiem, były częścią struktury. Kiedy ktoś robił coś inaczej, dosłownie wychodził poza rytm grupy i to było widać. Czy w tym rytuale, o którym mówisz, w ogóle były jakieś przygotowania synchronizujące, czy ludzie wchodzili każdy ze swoim nastawieniem?
Ja to zapisałam sobie jako osobną kwestię w notatkach po jednym spotkaniu. Byłam na rytuale gdzie nas było pięć osób i co ciekawe, trzy osoby robiły jeden gest, a dwie zupełnie inny w tym samym momencie. Prowadząca nie reagowała. Po wszystkim pytałam kilka osób osobno co czuły i odpowiedzi były kompletnie różne. Jedna czuła spokój, inna napięcie, inna w ogóle nic. Zastanawiam się, czy to nie znaczy, że każda z nas po prostu przeprowadziła swój własny indywidualny rytuał, tylko fizycznie w tym samym pomieszczeniu.
Mam pytanie do Ulki i w ogóle do wątku, bo to mnie gryzie. Czy ktoś zna przypadek tradycji, w której rytuały grupowe świadomie rezygnowały z ujednolicenia gestów i mimo to dawały spójny efekt? Serio pytam, bo w każdej tradycji jaką znam i czytałam o niej, synchronizacja fizyczna była obecna. Nawet w synkretycznych praktykach karaibskich, gdzie różne osoby śpiewają różne partie, to ciało ma bardzo konkretny zestaw ruchów. Może są tradycje, które to odrzucają świadomie, nie wiem wszystkiego.
Jest jedna rzecz, o której rzadko się tu mówi, a jest kluczowa dla całej tej dyskusji. W psychologii tłumu zbadano, że synchronizacja ruchów między ludźmi zwiększa poczucie wspólnoty i zaufania do grupy, to są wyniki Scotta Wiltermuth i Chip Heatha z 2009 roku. W kontekście rytualnym to oznacza, że nawet jeśli nie przyjmujemy założeń metafizycznych, fizyczna synchronizacja grupy robi coś realnego z psychiką uczestników. Rozbita synchronizacja fizyczna bardzo konkretnie osłabia spójność grupowego skupienia. Więc Zenek, to co czułeś jako 'rozproszenie sygnału', mogło mieć bardzo przyziemne, ale prawdziwe podłoże.
Dodając do swojego wcześniejszego posta, sprawdziłam notatki z kilku innych spotkań grupowych i widzę wyraźny wzorzec. Małe grupy, dwie, trzy osoby, gdzie znałyśmy się dobrze i dużo razem ćwiczyłyśmy, miały zupełnie inną jakość niż większe spotkania otwarte. Nie wiem czy to efekt synchronizacji czy po prostu znajomości gestów nawzajem, bo jak wiesz co zaraz zrobi osoba obok, ciało samo się dostosowuje.
Ja mam do sprawdzenia jedną rzecz i może ktoś tu pomoże. Ostatnio robiłam rytuał w parze i starałyśmy się bardzo precyzyjnie koordynować gesty, ale wybrałyśmy różne rekwizyty. Każda miała inny kamień, inną świecę. Miałam wrażenie, że gesty były spójne, ale jakoś całość nie grała. Czy rekwizyty muszą być ujednolicone tak samo jak gesty, czy to osobna zmienna?
To jest świetny przykład, bo pokazuje że problem z synchronizacją grupową zaczyna się dużo wcześniej niż w momencie samego rytuału. Jeśli uczestnicy nie ustalili co dokładnie rozumieją pod pojęciem intencji i jakich środków używają, fizyczna synchronizacja gestów będzie tylko zewnętrzną warstwą na wewnętrznie rozbitej strukturze. W tradycjach, gdzie rytuały grupowe są rozbudowane, ta praca przygotowawcza potrafi zajmować tyle samo czasu co sam rytuał. Czasem więcej.
Ale czy ktoś ma doświadczenie z rytuałem grupowym gdzie po prostu wszystko zaskoczyło od razu bez takiego długiego przygotowania? Pytam bo czytam i mam wrażenie, że im więcej czytam tym bardziej wychodzi, że żeby zrobić coś w grupie trzeba się do tego przygotowywać tygodniami. A jednak znam osoby które twierdzą że miały bardzo mocne przeżycia grupowe praktycznie bez żadnego wstępu.
Przepraszam że wchodzę, ale jestem trochę zagubiona. To wychodzi na to że rytuał grupowy jest trudniejszy niż solo? Zawsze myślałam że razem łatwiej bo jest więcej energii. To nie tak działa?
okej, to ma sens. Ale skąd wiadomo że energia 'ciągnie w innym kierunku'? Po czym to czuć w trakcie?
Ja to zawsze czuje przez nogi, serio. Jak jest spójność to niby głupio powiedzieć ale mam wrażenie że stoję bardziej stabilnie, nawet jeśli nic spektakularnego się nie dzieje. A jak jest rozjazd to jest taki jakby 'szum', jakbyś miała złe połączenie i coś gra ale nie tak.
Wracając do pytania Mimozy, bo to ważne, ja miałam kiedyś taki rytuał gdzie dwie osoby siedziały z zamkniętymi oczami i trzecia wchodziła ze zdenerwowaniem bo spóźniła się na transport. I fizycznie nikt nic nie widział, ale obie osoby z zamkniętymi oczami otworzyły oczy prawie jednocześnie kiedy ta trzecia przekroczyła próg. Potem mówiły że poczuły 'coś'. Nie wiem co to było, ale ten moment był bardzo konkretny.
To co Gienia opisuje to jest właśnie jeden z powodów, dla których w tradycjach rytualnych takich jak wicca czy ceremonial magic tak bardzo podkreśla się stan uczestników przed wejściem w przestrzeń. Nie chodzi o perfekcję emocjonalną, ale o to żeby osoba była w środku, a nie pół myśli gdzieś indziej. Spóźnienie samo w sobie nie jest problemem, problem jest rozproszenie które za nim idzie.
Ale czy wy mówicie tu o synchronizacji w sensie fizycznym, oddech, gesty, czy o czymś głębszym? Bo mi się wydaje że jak już masz prawdziwe połączenie energetyczne z grupą, to ta fizyczna strona jest wtedy naturalna, nie trzeba jej ćwiczyć oddzielnie.
Wracam do swojego wcześniejszego pytania o rekwizyty, bo mi to nie daje spokoju. Blanka mówiła że kamienie wnoszą swoje przypisania i to jak dwie osoby mówią tym samym rytmem ale w różnych językach. To znaczy że dobór rekwizytów powinien być ustalony zanim w ogóle myślimy o gestach? Mam wrażenie że u większości grup ten krok w ogóle nie istnieje.
Dokładnie i to jest coś, co próbowałem wcześniej opisać przez brak struktury. W grupie o której mówiłem na początku wątku, każdy przyniósł co chciał. Organizatorka nawet to podkreśliła jako zaletę, że 'każdy pracuje swoim systemem'. Ale to jest sprzeczne z samą ideą rytuału grupowego, bo wtedy de facto robisz kilka równoległych rytuałów solo w jednym pokoju.
Ojj to brzmi znajomo, byłam na czymś takim raz i miałam właśnie takie poczucie że niby jesteśmy razem ale każda jest jakby w swojej bańce. Prowadząca mówiła że to jest podejście 'ekumeniczne', ale efekt był taki że po wszystkim każda miała totalnie inne odczucia i nawet trudno było o tym porozmawiać bo jakby nie miałyśmy wspólnego punktu odniesienia.
To jest osobny typ spotkania niż rytuał grupowy w ścisłym sensie. Można to nazwać praktyką w obecności, ale to nie jest to samo co rytuał grupowy. Różnica jest istotna szczególnie jeśli intencją jest zbiorowe działanie w jednym kierunku, wtedy 'każdy swoje' jest po prostu błędem koncepcyjnym na etapie planowania.
Ale jak to wygląda w tradycjach gdzie rytuały były robione od pokoleń, jakieś stare obrzędy, tam przecież nie siedzieli i nie ustalali kto jaki kamień przyniesie. Jakoś działało?
To jest coś o czym nie myślałam w takim ujęciu. Czyli te stare rytuały były 'proste' do synchronizacji nie dlatego że były proste, ale dlatego że wszyscy znali je od zawsze i ciało po prostu wiedziało co robić. To jest zupełnie inna sytuacja niż jak zbierają się cztery osoby z różnych tradycji i próbują zrobić coś razem.
Przepraszam że wchodzę z trochę innego kąta, ale czy ktoś tu myślał o tym jak numerologia imion albo dat urodzenia uczestników wpływa na skład grupy? Piszecie o synchronizacji fizycznej i energetycznej, ale może jest coś takiego jak naturalna zgodność między ludźmi zanim w ogóle otworzą usta.
To nie jest przypadek i to ma swoją nazwę w różnych tradycjach. W kontekście ceremonialnym mówi się o 'settling' jako fazie poprzedzającej właściwą pracę. W praktykach rdzennych Ameryki Północnej podobną funkcję pełni wspólne siedzenie przy ogniu zanim zacznie się cokolwiek innego. Nie jest to element dekoracyjny, to część samego rytuału, tylko taka która nie wygląda jak rytuał.
Ale czy to nie jest tak, że jeśli ktoś jest energetycznie otwarty, to ta faza ciszy nie jest mu potrzebna? Mam na myśli, że są osoby które 'wskakują' od razu i dla nich te kilka minut siedzenia w ciszy może być wręcz rozpraszające, bo czują że coś już się zaczęło i że ta cisza sztucznie to hamuje.
Miałem dokładnie taką sytuację i skończyło się tak, że reszta grupy nieświadomie podążała za tą jedną osobą zamiast za uzgodnioną strukturą. Efekt był taki, że rytuał przeszedł w zupełnie innym kierunku niż było zaplanowane. Dla niektórych to brzmi jak coś pozytywnego, ale jeśli masz konkretny cel grupowy, to rozjechanie się na starcie potrafi zdezorientować całą pracę na długo.
