Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy w ogóle ma sens pracować magią na rzecz kogoś, kto jest na zupełnie innym poziomie energetycznym. Nie mówię o wyższym czy niższym, bo to nie hierarchia, tylko o tym, że niektóre osoby mają tak inaczej ułożoną wewnętrzną strukturę, że cokolwiek wyślesz, odbija się od nich albo wraca do ciebie zdeformowane. Mnie akurat bardziej interesuje, jak przedmioty w tym pośredniczą. Mam kilka rzeczy, które dostałam od osób z ciężką historią, i zawsze mam wątpliwość, czy energia, którą niosą, pochodzi od tej osoby, od minionych zdarzeń czy od samego materiału. Ktoś to kiedyś rozgryzł?
To jest jedno z tych pytań, na które nie ma jednej odpowiedzi i myślę, że dobrze, że nie ma. Energetyczna historia przedmiotu to nie jest coś, co da się jednoznacznie przypisać do właściciela. Sama mam pierścionek, który należał do kobiety z mojej rodziny, i od lat nie wiem, co w nim jest jej, co jest złota, a co jest jakiegoś zdarzenia, przy którym ten pierścionek był obecny. Ale wracając do twojego pytania o pracę z innymi, to myślę, że ten 'poziom' o którym mówisz, ma znaczenie głównie wtedy, kiedy pracujesz bez zgody drugiej osoby. Wtedy energia musi gdzieś trafić, a jeśli nie trafia w cel, to właśnie szuka drogi powrotu.
Zatrzymałabym się chwilę przy tych przedmiotach, bo wątek jest ciekawy sam w sobie. Istnieje coś, co w magii ceremonialnej nazywa się imprintingiem, czyli odciskiem intencji na materiale. Nie każdy materiał trzyma to samo. Kamienie, szczególnie te o zwartej strukturze krystalicznej, trzymają bardzo długo. Metal podobnie, ale inaczej, bo reaguje też na pole elektromagnetyczne ciała. Drewno jest bardziej porowate, szybciej 'oddycha' i szybciej się oczyszcza albo wchłania nowe. Kiedy mówisz o rzeczach od osób z ciężką historią, to pytanie brzmi: czy ta ciężkość była w nich, czy wokół nich? Bo to dwie różne sytuacje dla przedmiotu.
Właśnie, to rozróżnienie jest kluczowe. Miałem kiedyś zegarek po dziadku i przez długi czas czułem przy nim coś, co trudno opisać jako jego obecność. Ale z perspektywy czasu zastanawiam się, czy to nie było po prostu moje własne wspomnienie, które nakładałem na ten przedmiot. Skąd właściwie wiemy, że to co czujemy przy starym przedmiocie, to nie jest autosugestia? Naprawdę pytam, bo sam nie rozstrzygnąłem.
Przepraszam, że wejdę z boku, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o energii w przedmiotach tak, jakby to było coś, co można zmierzyć albo opisać konkretnie. Ale co to właściwie znaczy, że przedmiot 'ma energię'? Nie pytam złośliwie, naprawdę mi umknęło, skąd to założenie się bierze.
A mnie od początku tego wątku zastanawia coś innego. Lubomila napisała o rzeczach od osób z ciężką historią, a Izar rozróżniła ciężkość w osobie od ciężkości wokół osoby. Ale jest jeszcze trzecia opcja, prawda? Ciężkość samego przedmiotu, niezależna od właściciela. Jakieś rzeczy są wykonane w takich okolicznościach, z takim przeznaczeniem, że mają swoje własne obciążenie. Szubienica, pole bitwy, narzędzia tortur. Czy przedmioty sakralne mają to samo z plusem?
To co Pelagiusza opisuje, brzmi trochę jak praca z archiwem zamiast z osobą. Ale wracam do pierwotnego pytania z tytułu wątku, bo mi ciągle siedzi w głowie. Czy kiedy pracujemy magią na kogoś, kto jest energetycznie bardzo różny od nas, to jest to problem etyczny, techniczny, czy obydwa na raz? Lubomila mówiła o strukturze, Pelagiusza o zgodzie. Które z tych ma według was pierwszeństwo?
Etyka i technika to tutaj nie są oddzielne warstwy, przynajmniej w żadnym systemie, który znam. Jeśli pracujesz bez zgody, to już samo to zmienia dynamikę energetyczną, bo twoja intencja jest w jakimś sensie niespójna. Chcesz wywołać zmianę w kimś, kto nie zaprosił tej zmiany. To jest jak próba wtargnięcia do zamkniętego systemu, zawsze coś tracisz na tym.
Wróćmy na chwilę do samych przedmiotów, bo mam konkretną sytuację, o której chciałam zapytać. Dostałam jakiś czas temu stary różaniec od osoby, która sama miała bardzo burzliwe życie, ale była też głęboko religijna. Dwie silne, bardzo różne energie w jednym przedmiocie. I kiedy go trzymam, to jest coś, co mogę opisać tylko jako napięcie. Nie nieprzyjemne, ale jakby dwa bieguny były zbyt blisko siebie. Czy ktoś miał coś podobnego? Czy to w ogóle ma sens to, co opisuję?
Ma sens. To co opisujesz, ma w psychometrii coś w rodzaju swojej nazwy, choć nie jestem pewna, czy jest jedna ustandaryzowana. Mówi się czasem o 'nawarstwieniu sygnatur', kiedy przedmiot przez długi czas był nośnikiem sprzecznych intencji albo przeżyć. Różaniec jest tu specyficznym przypadkiem, bo to przedmiot, który był celowo ładowany modlitwą, czyli regularną, kierunkową intencją. Burzliwe życie właścicielki siedziało obok tej modlitwy, nie zamiast niej. Pytanie, czy to napięcie jest między tymi dwoma warstwami, czy może między jej energią a twoją własną?
Słucham tej rozmowy od początku i mam jedno pytanie, może naiwne. Skoro mówicie, że przedmioty mogą trzymać energie bardzo długo, to czy jest jakiś naturalny punkt, w którym to po prostu wygasa? Czy musi być aktywne oczyszczenie, czy czas sam w sobie coś robi?
A możę to zależy od intencji z jaką sam przedmiot był tworzony? Bo na przykłąd jakiś amulet zrobioy celowo z czyjąś krzywdą w tle chyba inaczej trzyma to obciążenie niż zwykły zegarek ktory był przy kimś w trudnym momencie. Chodzi mi o to że w jedym przypadku jest to jakby wbudowane a w drugim przypadkowe.
Próbowałam raz, nie polecam bez przygotowania. Dostałam przedmiot, o którym wiedziałam, że był używany w rytuale, który miał komuś zaszkodzić. Sama praca z nim była fizycznie nieprzyjemna, i to zanim jeszcze cokolwiek aktywnie zrobiłam. Po samym trzymaniu miałam kilka dni bardzo ciężkich snów. Skończyłam na zakopaniu w ziemi, co jest starą metodą, i faktycznie po jakimś czasie przestałam to czuć. Ale czy to oczyszczenie, czy zakopanie? Nie wiem. Może problem wróci do kogoś, kto to przypadkiem odkopie za sto lat.
Przepraszam, że wyskakuję z czymś z innej beczki, ale to mnie zastanawia od kilku postów. Mówicie o przedmiotach stworzonych celowo ze złą intencją kontra takich, które po prostu były przy kimś w złym momencie. Ale czy jest jakaś metoda, żeby to w ogóle odróżnić, jeśli nie masz historii przedmiotu? Bo zakupujesz coś na pchlim targu i skąd masz wiedzieć, z którą kategorią masz do czynienia?
Jak sie w ogóle uczy tego rozróżniania? Mam na myśli to żeby wiedzieć czy coś czujesz bo to naprawdę w przedmiocie czy bo sam to generujesz w głowie. Mnie to zawsze w takich rozmowach gubi.
To odróżnianie to jest chyba jeden z najtrudniejszych elementów tej pracy i nikt uczciwy nie powie, że ma na to niezawodną metodę. Ale jest kilka praktycznych podejść. Jedno to ślepa próba, sprawdzasz przedmiot nie wiedząc nic o nim, a potem weryfikujesz. Drugie to praca z wieloma przedmiotami naraz i porównywanie, jak różnie reagujesz. Trzecie to dokumentowanie przez długi czas i szukanie wzorców we własnych błędach. Żadne z tego nie daje pewności, ale każde zmniejsza margines.
