właśnie o to mi chodziło, tylko nie umiałem tego tak powiedzieć. Skąd wiadomo kiedy to jest świadoma praktyka, a kiedy już mechanizm unikania?
Szczerość wobec siebie. Czy odkladam bo czuję że to zły moment, czy odkładam bo się boję wyniku? To nie zawsze jest łatwe do odróżnienia, ale jak się zaczyna szukać kolejnych przeszkód kosmicznych za każdym razem kiedy coś jest trudne, to już jest sygnał.
Ale to jest chyba ogólniejszy problem z każdą praktyką, która daje ci wymówkę żeby nie działać. Medytacja też może stać się sposobem na unikanie trudnych rzeczy. Nie wiem czy to jest specyfika VOC, czy po prostu kwestia tego, co z daną praktyką robi konkretna osoba.
Obie rzeczy chyba. Sama zasada jest elastyczna, bo różne źródła inaczej to opisują. Jedne mówią żeby w ogóle nic nie zaczynać, inne że chodzi tylko o magię, jeszcze inne że tylko o inicjowanie nowych spraw. Przy takiej rozpiętości interpretacji każdy znajdzie wersję, która mu pasuje - i nie zawsze z najlepszych powodów.
To jest realny problem w samej tradycji. W astrologii klasycznej VOC to konkretna definicja techniczna - Księżyc nie tworzy żadnego aspektu z planetami zanim nie zmieni znaku. Ale gdzieś po drodze, szczególnie w zachodnich nurtach XX-wiecznych, to zaczęło żyć własnym życiem i obrastać w dodatkowe znaczenia. Więc teraz masz kilka nakładających się koncepcji pod jedną nazwą.
W klasycznej astrologii horarnej VOC to sygnał, że sprawa "nie dojdzie do skutku" albo że pytanie jest bezprzedmiotowe. To nie było o energii czy o dobrym czasie na rytuały - to był wskaźnik przy konkretnym pytaniu zadanym w konkretnej chwili. Dopiero późniejsze zastosowanie astrologicznego myślenia do magii sprawiło, że zaczęto to przekładać na planowanie działań. To nie jest złe, ale to inne zastosowanie tej samej obserwacji.
I dlatego, jak ktoś pyta "czy VOC działa", to jest to trochę pytanie bez sensu bez kontekstu. W horarii - tak, to sprawdzona obserwacja. W planowaniu rytuałów - to już jest adaptacja, która ma swoje uzasadnienie, ale inne. Myślę że wiele nieporozumień bierze się z mieszania tych dwóch podejść.
Dobra, to mam konkretne pytanie. Jeśli nie wiesz kiedy dokładnie wchodzi VOC i zaczniesz rytuał powiedzmy godzinę przed, a on zakończy się już w VOC - to jest problem czy nie?
Sama się z tym zmagałam i doszłam do wniosku, że liczy się moment intencji i otwarcia, nie zamknięcia. Ale to jest moje podejście wynikające z praktyki, nie z jakiegoś autorytatywnego źródła. Wega, jak ty to rozpatrujesz?
Podobnie. Początek wyznacza czas, nie koniec. To zresztą spójne z tym jak w astrologii horarnej patrzy się na moment zadania pytania - liczy się ten moment, nie moment udzielenia odpowiedzi. Ale to też pokazuje, że tu nie ma jednej wyrocznii - są interpretacje, które mają swoje wewnętrzne logiki.
No dobra, konkretna sytuacja. Mam w pracy pewien rytuał który robię regularnie co nów, i przez ostatnie dwa miesiące zawsze wypadało to w miarę czysto. Ale teraz nów wypada akurat w środku VOC, parę godzin. I nie wiem czy przesunąć na dzień wcześniej, dzień później, czy po prostu robić kiedy robię i tyle.
Jeśli sam nów jest poza VOC, to jest odpowiedź na twoje pytanie. Nów to punkt, nie odcinek czasu. Jeśli ta chwila jest czysta, to ona wyznacza energię inicjacji. To co przychodzi po jest już czymś innym.
Tutaj bym się zgodził z Wegą. W horarii liczy się moment, nie co się dzieje dookoła niego. Nów jako punkt astronomiczny jest konkretny, sekundowy. VOC zaczynający się godzinę później to już osobna sprawa. Chyba że twój rytuał trwa kilka godzin i zaczyna się przed nowiem?
Pół godziny po nowiu to wchodzisz już w VOC w tym przypadku, nie? Skoro wchodzi godzinę po, to masz okienko pół godziny między nowiem a VOC. Pytanie tylko czy te pół godziny ci wystarczy.
A właściwie dlaczego w ogóle robimy cokolwiek "po" nowiu, a nie na sam nów? Zawsze mnie to zastanawiało - słyszę żeby "pracować z nowym księżycem" ale w praktyce chyba nikt nie siedzi z zegarkiem i nie startuje dokładnie w sekundę nowiu.
Bo nikt nie widzi nowiu gołym okiem. To ciemność, księżyc jest niewidoczny. Astrologicznie nów to koniunkcja Słońca i Księżyca, dokładna do minuty, ale praktycznie okno nowiu to kilkanaście, kilkadziesiąt godzin. Tradycja mówi różnie - jedne źródła dają 48 godzin, inne tylko dzień nowiu. Stąd ta rozbieżność.
Dobra, ja się tu trochę gubię. Seba, masz pół godziny między nowiem a wejściem VOC. To wydaje się bardzo ciasne. Co się stanie jeśli po prostu przesuniesz cały rytuał na dzień wcześniej? Nów jest umowny i tak, nie do sekundy, więc jeden dzień chyba nie robi różnicy?
Myślę że różnica między dniem przed nowiem a dniem po nowiu jest realna, ale różnica między dwoma dniami po nowiu a trzema jest już dużo mniejsza. Nie każde przesunięcie jest równie istotne. Seba pyta o konkretny dylemat, a nie o teorię faz ogólnie.
No i właśnie. Chcę to po prostu zrobić i nie myśleć o tym przez tydzień. Rozumiem że to pół godziny okienka brzmi ryzykownie ale może po prostu warto spróbować? Najgorsze co może się stać to że to nie zadziała tak jak zwykle.
To jest zdrowe podejście. Jeśli masz pół godziny, zacznij punktualnie, zamknij intencję wyraźnie przed wejściem VOC i gotowe. Dokumentuj wynik. Praktyka jest lepsza niż nieskończone planowanie. I odpowiada też na pytanie czy w twoim konkretnym systemie to ma znaczenie.
Mnie ciekawi co znaczy "nie zadziała tak jak zwykle". Seba, co obserwujesz po tym rytuale, że możesz powiedzieć kiedy zadziałał, a kiedy nie? Bo to jest pytanie bazowe - jak mierzysz efekt?
To jest ta sama pułapka co z VOC jako wymówką, tyle że odwrotna. Tutaj szukasz korelacji wstecz - "sypało się, więc zły moment". Ale może po prostu w tamtym tygodniu sypało się niezależnie? Nie mówię że się mylisz, mówię że ciężko to zweryfikować bez jakiegoś dziennika.
I tu dochodzimy do miejsca gdzie magia i empiryzm się rozchodzą. Nie ma możliwości ślepej próby we własnej praktyce. Albo akceptujesz że to działa inaczej niż metoda naukowa, albo pozostajesz w wiecznym sceptycyzmie. Seba, jak ty to rozstrzygnąłeś dla siebie - czy w ogóle?
No i to jest właśnie mój problem. Ninka pyta jak rozstrzygnąłem kwestię empiryzmu, ale szczerze to nie rozstrzygnąłem. Po prostu w pewnym momencie przestałem się nad tym zastanawiać i zacząłem robić. Efekty są takie, że coś czuję że działa, ale nie mam twardych dowodów i pewnie nigdy nie będę miał. Chyba muszę to po prostu zaakceptować?
Wracając do Seby i jego pół godziny - czy ktoś w ogóle pracował z tak ciasnym okienkiem i ma jakieś obserwacje? Bo to nie jest czysto teoretyczny problem. Pół godziny to pół godziny, można zdążyć albo nie w zależności od tego jak długo trwa sam rytuał i ile czasu zajmuje wejście w odpowiedni stan.
Mam jedno pytanie do Seby zanim pójdziemy dalej - ten rytuał który robisz przy nowiu, czy on ma sztywną strukturę z przebiegiem który musisz utrzymać, czy jest bardziej płynny? Bo to ma znaczenie dla tego czy pół godziny wystarczy.
Bardziej płynny, nie ma sztywnego scenariusza. Ale mam elementy których nie pomijam - zapalenie świecy, określenie intencji na głos, trochę ciszy na koniec. Łącznie może 15-20 minut jeśli nie gonię, może 10 jeśli spieszę. Więc w te pół godziny powinno wejść.
