Ostatnio rozmawiałam ze znajomą, która zaczęła się interesować magią i od razu miałam ten odruch - chciałam jej opowiedzieć wszystko, co wiem, pokazać książki, pożyczyć notatki, zaciągnąć na kilka rytuałów. I w połowie zdania sama siebie zatrzymałam, bo pomyślałam: po co? Ona zapytała o jedną konkretną rzecz, a ja już szykowałam się do wykładu. Zaczęłam się zastanawiać, czy ten impuls 'muszę ją nauczyć' to w ogóle o nią, czy bardziej o mnie. Czy ktoś miał podobnie? Bo wydaje mi się, że to dość powszechna pułapka - zanim ktoś zdąży cokolwiek poczuć, już dostaje gotowe odpowiedzi.
To jest chyba jeden z trudniejszych momentów w ogóle, bo entuzjazm jest szczery, prawda? Chcesz się podzielić czymś, co dla ciebie dużo znaczy. Ale właśnie to bywa problemem - druga osoba widzi twój entuzjazm, a nie samą praktykę. I zaczyna reagować na ciebie, nie na temat. Albo co gorsza, czuje presję żeby być równie przejęta, bo inaczej cię zawiedzie.
Mnie zastanawia co innego - czy w ogóle da się kogoś 'nauczyć' magii w klasycznym sensie? Jak sobie przeglądam różne tradycje, to raczej wszędzie pojawia się ten motyw, że wiedza jest przekazywana stopniowo, na żądanie ucznia, nie inicjatywy nauczyciela. W grimoire'ach, w tradycji cunning folk w Anglii, nawet w bardziej zestrukturyzowanych systemach jak Golden Dawn - wszędzie to uczeń musiał się dopominać, nie nauczyciel narzucać.
Ten środek to według mnie odpowiedź tylko na to, o co zapytała. Dosłownie tylko to. Nic więcej. Ona pyta o świece - mówisz o świecach. Nie przeskakujesz do korzeni tradycji, do księżycowych faz, do doboru kolorów według systemu, który akurat ty preferujesz. To brzmi prosto, ale w praktyce jest naprawdę trudne kiedy temat cię wciąga.
A co z sytuacją, kiedy widzisz, że ktoś bliski robi coś w sposób, który może mu zaszkodzić? Mam na myśli nie jakieś mistyczne niebezpieczeństwo, tylko po prostu - ktoś zaczyna od czegoś, co wymaga pewnego kontekstu, którego nie ma, i może to pójść w złym kierunku psychicznie albo emocjonalnie. Czy wtedy też milczysz?
To jest inny problem niż przekazywanie wiedzy, moim zdaniem. Tu mówimy już o tym, czy wchodzić w czyjąś praktykę ze swoją oceną sytuacji życiowej tej osoby. I to jest bardzo śliski grunt. Sama kilka razy dostałam 'dobre rady' od osób, które myślały, że widzą mnie lepiej niż ja sama siebie, i zawsze to bolało niezależnie od intencji.
Ale chyba jest różnica między oceną a informacją? Możesz komuś powiedzieć 'hej, to czego szukasz zazwyczaj wymaga też takiego i takiego gruntu' bez mówienia 'ty tego gruntu nie masz'. Dajesz informację, a co osoba z nią zrobi - jej sprawa.
Przepraszam że wchodzę z trochę głupim pytaniem, ale - czy w ogóle magia jest czymś, co się 'przekazuje'? Myślałam, że każdy wypracowuje to sam i że to jest bardzo indywidualne. Skąd w ogóle ten pomysł, że można kogoś tego nauczyć jak matematyki?
I właśnie dlatego to przekazywanie jest takie problematyczne. Bo jeśli uczysz kogoś techniki bez kontekstu, to dajesz formę bez treści. A jeśli próbujesz przekazać też treść - no to albo wchodzisz głęboko w czyjeś wnętrze bez zaproszenia, albo mówisz o swoim własnym doświadczeniu jakby było uniwersalne.
To może być właśnie klucz - mówić o swoim, a nie o ogólnym. 'U mnie to działało w ten sposób, zaczęłam od tego i tamtego, miałam takie odczucia' - to nie jest narzucanie. To jest dzielenie się. Czy ktoś to weźmie, zmodyfikuje, odrzuci - to już jej droga. Ale przynajmniej nie udaję, że mam monopol na słuszną wersję.
Mi sie wydaje że jest jeszcze jedna warstwa tego problemu - czesto my sami nie wiemy dokladnie dlaczego coś robimy tak a nie inaczej. Przejęłam praktyki od kogoś, potem coś zmieniłam, coś dodałam, i teraz jak miałabym to opisać to powiem 'robię tak bo tak' bez głębszego uzasadnienia. I co wtedy? Przekazuję komuś przepis, który sama do końca nie rozumiem?
Albo jeszcze gorzej - budowanie autorytetu na przekonaniu, że rozumie się więcej niż się rozumie. Widziałam to na żywo kilka razy i efekty bywają opłakane, zarówno dla osoby uczącej jak i dla tej uczonej.
Wracając do początku wątku - ten odruch żeby od razu wszystko przekazać, o którym Martusia pisała. Mam wrażenie, że on się bierze z czegoś bardzo konkretnego: z braku możliwości rozmowy o tym w codziennym życiu. Jeśli większość osób wokół ciebie nie interesuje się tematem albo reaguje sceptycznie, to jak tylko ktoś okazuje zainteresowanie, to chcesz to wykorzystać, zanim okno się zamknie.
To chyba najważniejsza rzecz w tym wątku jak dotąd. Że zanim zaczniesz przekazywać cokolwiek komukolwiek, warto sprawdzić co ty sama z tego czerpiesz. Czy chcesz jej pomóc w jej drodze, czy chcesz mieć kogoś do rozmów? Jedno nie wyklucza drugiego, ale świadomość motywacji bardzo zmienia sposób działania.
Mnie sie wydaje że to wychodzi po fakcie prawie zawsze. Jak juz przekażesz za dużo albo zbyt wcześnie, to dopiero wtedy widzisz że chodziło ci o towarzystwo, nie o pomoc tej osobie. Trudno to ocenić z wyprzedzeniem.
To jest dobry test. Chociaż uczciwie - większość z nas chyba nie zrobiłaby go z wyprzedzeniem. Dopiero jak coś zgrzyta w relacji, zaczyna się szukać skąd to przyszło.
Jest jeszcze taka kwestia, o której nikt nie powiedział - że czasem ta osoba, z którą chcesz się podzielić, wcale nie potrzebuje twojej konkretnej tradycji ani systemu. Potrzebuje może tylko - nie wiem - rozmowy o tym że w ogóle coś takiego istnieje. I to jest już coś innego niż nauczanie.
Właśnie. I ta granica między rozmową a nauczaniem jest według mnie jedną z trudniejszych do wyczucia. Bo jak zaczynasz tłumaczyć to skąd pochodzi, jakie ma założenia, jakie są warianty - to już jesteś w trybie nauczyciela. A ona może chciała tylko posłuchać.
To jest jak w każdej rozmowie tak naprawde. Nie tylko w magii. Nie słuchamy kiedy mowimy, a jak sie kogoś słucha naprawdę to widać kiedy stracił zainteresowanie.
Mam wrażenie, że im więcej ktoś wie na dany temat, tym trudniej mu uchwycić kiedy druga osoba przestała nadążać. Coś jak - jak jesteś w środku, to nie czujesz kiedy wychodzisz za daleko.
Tak, to jest znane zjawisko. I w magii chyba jest nawet silniejsze, bo dochodzi jeszcze to, że twoja praktyka jest osobista - więc trudno z niej wyjść i spojrzeć na nią jak na coś neutralnego.
Ale może właśnie dlatego warto nie udawać, że się jest neutralnym? Powiedzieć wprost - 'to jest moje, subiektywne, wyrosło z konkretnych doświadczeń' - to chyba uczciwe zaproszenie do rozmowy, nie wykład.
Zgadzam się z tym, ale zastanawiam się co wtedy z osobami, które właśnie oczekują czegoś bardziej obiektywnego. Spotkałam kilka takich, które chciały żebym im powiedziała jak jest 'naprawdę', co jest 'właściwą' drogą. I jak mówiłam że nie wiem, to odbierały to jako nieszczerość.
Albo może szukały kogoś z autorytetem, kto im powie co mają robić. I żadna rozmowa o dzieleniu sie bez narzucania tego nie zastąpi, bo to nie o to im chodziło.
To jest chyba moment, kiedy najlepsze co można zrobić to po prostu powiedzieć wprost że nie jesteś w stanie dać tego czego szuka. Bez owijania w bawełnę, bez tłumaczenia filozofii. Czasem nie ma wspólnego języka i to też jest odpowiedź.
To co Anetta napisała na końcu - że czasem nie ma wspólnego języka i to też jest odpowiedź - jakoś mi to zostało. Bo ja chyba przez długi czas myślałam, że jak ktoś czegoś nie rozumie albo nie przyjmuje, to znaczy że źle tłumaczę. I że muszę szukać lepszych słów. A może po prostu niektóre rozmowy nie mają się odbyć?
Ale to rodzi pytanie - czy w ogóle jest sens zaczynać taką rozmowę, jeśli widzisz, że ktoś jest w tym trybie? Bo ja miałam tak z bliską osobą, że widziałam że ona potrzebuje po prostu czegoś konkretnego tu i teraz, a ja zaczęłam mówić o intencji, o pracy wewnętrznej, o czasie. I ona patrzyła na mnie jak na kogoś kto jej odmawia pomocy.
