Dostałam ostatnio od znajomej stary różaniec, który należał do jej babci. Znajoma nie jest osobą praktykującą, oddała mi go bo wiedziała, że się interesują takimi rzeczami. I teraz mam dylemat - używam go przy medytacji, ale cały czas zastanawiam się, czy ta historia za nim idąca coś zmienia. Mam na myśli konkretnie to, że obiekt przechodził przez ręce kilku pokoleń kobiet, był używany z intencją, modlitwą, skupieniem. Czy to ma znaczenie przy pracy z nim, czy robię sobie po prostu dobrą historię żeby czuć się lepiej z tym co trzymam w rękach? Bo z jednej strony mogę powiedzieć, że to kawałek drewna i sznurka. Z drugiej - coś przy nim czuję czego nie czuję przy nowych kamieniach które kupuję w sklepie. I nie wiem czy to sugestia, czy coś realnego.
To jest jeden z tych tematów gdzie można iść w dwa zupełnie różne miejsca i obydwa mają sens. Historia obiektu - w różnych tradycjach magicznych to się nazywa różnie, ale chodzi o to samo: obiekt nasiąka intencją i energią osób, które z nim pracowały. W grimoire'ach hermetycznych pisali wprost, że sposób maga musi być przez niego samego przygotowane właśnie dlatego, żeby nie miało obcej historii. Ale to jest tradycja ceremonialnej magii zachodniej, gdzie czystość intencji jest priorytetem. A co innego mówi np. tradycja japońska - tam stare przedmioty nabierają ducha tsukumogami po stu latach użycia. Nie dlatego, że ktoś je zaczarował, tylko przez sam fakt bycia używanym. Więc odpowiedź zależy od tego, w jaką ramę wchodzisz.
Ale czy tutaj chodzi o magię przyjaźni, czy o historię przedmiotu w ogóle? Bo to trochę dwa różne zagadnienia. Różaniec od znajomej to inna sytuacja niż gdybyś dostała amulet od kogoś, kto ci go celowo podarował z jakąś intencją dla ciebie. Pytam, bo jak dostaję coś od bliskiej osoby z intencją 'niech ci to służy', to mi się wydaje, że ta intencja jest w tym obiekcie. Ale różaniec babci przekazany przypadkowo to chyba inna historia?
Jest tutaj coś, o czym warto wspomnieć, a co często gubi się w takich rozmowach. W badaniach nad placebo jest pojęcie 'otwartego placebo' - to znaczy, że efekt działa nawet gdy osoba wie, że dostaje placebo, jeśli rozumie mechanizm i mu ufa. To trochę analogia do waszej rozmowy - pytanie nie brzmi tylko 'czy obiekt ma energię', ale też 'czy twoja wiara w tę energię zmienia coś w twoim działaniu'. Nie mówię, że to redukuje całe zagadnienie do psychologii. Mówię, że rozdzielanie 'to działa bo magia' od 'to działa bo mój umysł reaguje inaczej' może być fałszywą dychotomią. Masz coś do powiedzenia na temat samego odczucia przy różańcu - czy ono jest stałe, czy zależy od twojego nastroju w danym dniu?
Czytam to i mam pytanie, które może być trochę z boku - po co w ogóle zakładać, że obiekt 'ma' cokolwiek, skoro efekt mógłby być identyczny bez tego założenia? Znaczy, medytujesz, skupiasz się, coś czujesz. Dlaczego przedmiot od znajomej jest tu istotny, a nie np. twoja własna praktyka, która do tego doprowadziła? Nie atakuję, szczerze pytam bo sam staram się rozgryźć gdzie kończy się technika a zaczyna coś innego.
Wracając do sedna tematu - chyba zbyt szybko przeszliśmy od 'przedmioty od znajomych' do 'czy magia w ogóle działa'. To trochę różne pytania. Mnie bardziej interesuje ta specyfika przyjaźni. Jest coś w tym, że ktoś bliski daje ci przedmiot ze swoją historią. Nie chodzi tylko o energię czy intencję - chodzi o relację. Jakbyś dostała ten różaniec od przypadkowej osoby na pchlim targu, to może byłaby tylko kwestia historii obiektu. Ale od kogoś kogo znasz, z trudem przekazała ci coś z rodziny - to jest inne. Czy to ma wpływ na pracę z tym obiektem, czy to tylko sentyment?
Mam coś z własnego doświadczenia. Kilka lat temu dostałam od mamy stary wisiorek, zwykły srebrny, bez żadnych kamieni, mama go nosiła latami. Przez długi czas leżał u mnie w szufladzie bo nie wiedziałam co z nim robić - wydawał mi się zbyt osobisty żeby go po prostu nosić, a jednocześnie chciałam mieć do niego dostęp. W końcu zaczęłam go trzymać przy medytacji i zaczęłam mieć bardzo konkretne sny. Nie wiem czy to było cokolwiek poza moją psychiką, bo akurat miałam wtedy trudny czas i dużo myślałam o mamie. Ale te sny były wyraźniejsze niż zwykle i miały dość konkretną narrację. Nigdy do końca nie byłam pewna co myśleć.
Jest pewien wątek w szamanizmie syberyjskim - przedmioty przekazywane w linii mogą przenosić coś co można nazwać mocą rodu. Nie 'mocą magiczną' w sensie bajkowym, ale jakimś wzorcem, niemal informacją o tym kto i jak żył z tym obiektem. W kulturach gdzie przodkowie są aktywną częścią rzeczywistości, przedmiot jest łącznikiem a nie tylko pamiątką. Co mnie uderza w całej tej rozmowie - wszyscy pytacie o mechanizm, a może ważniejsze jest pytanie po co. Czy chcecie żeby przedmiot wzmacniał waszą praktykę, chronił, łączył z kimś konkretnym? Cel może zmienić to, jak z nim pracujecie, niezależnie od tego co 'naprawdę' w nim jest.
Słucham tej rozmowy i mam uczucie, że część z was zakłada, że energia przyjaźni czy historii 'wchodzi' w obiekt automatycznie, a część zakłada, że to my ją tam 'wkładamy' przez własne nastawienie. Czy ktokolwiek tutaj ma jakiś sposób żeby te dwa podejścia od siebie odróżnić? Bo jak dla mnie wyniki byłyby identyczne w obu przypadkach.
Mam wrażenie że wszyscy mówimy o tym jakby magia przyjaźni to był osobny rodzaj magii z własnym zestawem zasad. Ale czy tak to działa? Czy raczej chodzi o to, że intencja kogoś życzliwego jest po prostu silniejsza niż intencja obcej osoby, bo jest bardziej osobista? Jeśli tak, to przedmiot od wroga byłby równie mocny, tylko ze złą intencją. Czy ktoś o tym myślał?
Ja się zastanawiam czy oczyszczanie nie jest trochę jak... zapisanie pliku nad poprzednim. Czyścisz - i jest puste, gotowe na nowe. Ale właśnie to 'poprzednie' było dla ciebie ważne. U mnie z wisiorkiem mamy było podobnie - bałam się go czyścić przez długi czas, bo czułam że to jakby zacieranie.
To zależy jak rozumiesz oczyszczanie. Jeśli patrzysz na to przez model wibracyjny - to tak, ryzyko jest, że zrównoważysz coś czego nie chciałaś ruszać. Ale jeśli pracujesz intencyjnie - 'usuwam to co nie moje i nie służące' - to w teorii to co twoje i służące zostaje. Tylko że ta teoria działa o tyle o ile naprawdę masz tę precyzję intencji.
okej ale ja mam pytanie bo trochę gubię się w tej dyskusji - czy to znaczy że dopóki nie mam tej pewności co do intencji, nie powinnam używać kamienia który dostałam? Czy mogę po prostu... nosić i zobaczyć co się dzieje?
Dokładnie. Ja z tym wisiorkiem po prostu zaczęłam go nosić bez żadnego ceremoniału i dopiero po czasie zaczęłam coś czuć. Gdybym czekała aż 'będę gotowa' albo 'będę wiedzieć jak', pewnie leżałby w szufladzie do dziś.
W runach jest na to swojego rodzaju odpowiednik - gifu, ósma runa, to dar ale rozumiany jako relacja, nie jednostronne dawanie. Dar tworzy zobowiązanie, wymianę energii, więź. Dlatego w nordyckich tradycjach dar od osoby bliskiej nie jest neutralny - on wplata cię w jej sieć relacji. To nie jest zła rzecz, ale warto zdawać sobie sprawę że bierzesz coś więcej niż przedmiot.
W tradycji elder futhark nie ma gotowej procedury na 'oddzielenie' aspektów gifu. Można by pracować z algiz jako ochroną granic - ale to nie usuwa zobowiązania, raczej daje ci świadomą pozycję wobec niego. Różnica jest taka: nie odmawiasz relacji, ale wchodzisz w nią z otwartymi oczami, nie jako bierny odbiorca daru.
Właśnie to mnie od początku zastanawiało w tym temacie - czy ta złożoność relacji sprawia, że przedmiot może coś rozwiązywać na głębszym poziomie, czy raczej tylko odbija to co już jest między nami. Bo moja znajoma i ja przechodziłyśmy razem przez różne rzeczy i ten kamień który mi dała ma dla mnie zupełnie inny ciężar niż cokolwiek co kupiłam sama.
To co opisuje Ewelinka to ciekawy przykład tego że przedmiot nie działa jednostajnie - ma jakiś swój rytm albo jest wrażliwy na twój stan. To pasuje do modelu w którym on nie jest nośnikiem stałej energii, tylko czymś co wchodzi w interakcję z tym gdzie jesteś w danym momencie. I wtedy pytanie Henryki o 'magię przyjaźni' dostaje nowy wymiar - może chodzi właśnie o tę wrażliwość na kontekst, a nie o zakodowaną w nim właściwość.
okej ale wracając do początku bo trochę mi się wszystko zlewoa - czy to oznacza że jak przyjmuję kamień od kogoś bliskiego, to powinam jakoś zadeklarować co akceptuję a co nie? Bo brzmi jakby przekazanie było aktem z dwiema stronami, a ja czasem po prostu mówię dzieki i wkladam do szuflady 🙂
