Byłem ostatnio w Krzemionkach Opatowskich - te neolityczne kopalnie krzemienia, UNESCO i tak dalej. Nie byłem tam z żadnym konkretnym zamiarem, po prostu wycieczka. Ale coś mnie tknęło, żeby usiąść w jednym miejscu i posiedzieć chwilę w skupieniu. I to było dziwne doświadczenie. Nie wiem jak to opisać - jakby coś pod ziemią buzowało. Miejsca, w których tysiące ludzi przez wieki robiło coś bardzo podobnego i z podobną intencją, chyba rzeczywiście kumulują to jakoś inaczej niż zwykła łąka. Zaczynam się zastanawiać, czy to ma jakiś wpływ na pracę magiczną, którą można tam wykonać. Czy ktoś świadomie chodził w miejsca historyczne z zamiarem pracy?
Ja kilka razy. Najciekawiej wypadło na Ślęży - i nie mówię o tym turystycznie. Weszłam tam mając ze sobą labrador, bo czytałam wcześniej o tej górze jako miejscu kultu. Kamień zachowywał się inaczej niż w domu, trudno to inaczej ująć. Ale mam jedno zastrzeżenie do tego, co piszesz o intencjach ludzi kumulujących energię - bo to brzmi pięknie w teorii, tyle że w tych miejscach przez wieki działy się też rzeczy, które byśmy nazwali mrocznymi. Krzemionki to nie tylko spokojni rzemieślnicy. A Ślęża to była góra ofiar. Więc pytanie, czy to, co się nagromadza, jest tym, co chcemy pociągnąć do swojej pracy.
To jest bardzo ważne rozróżnienie. Koncepcja, którą opisujesz, Kornelia, pojawia się w różnych tradycjach pod różnymi nazwami - w magii ceremonialnej mówi się o egregore, czyli zbiorowym polu myślowym tworzonym przez grupę lub przez powtarzane działania w jednym miejscu. Problem z historycznymi miejscami jest taki, że egregore nie segreguje intencji według naszych dzisiejszych kategorii dobra i zła. Jeżeli w miejscu przez sto pokoleń składano ofiary z przerażenia, to ten przerażony strach jest tam równie głęboko odciśnięty co pobożność. Crowley pisał o tym w kontekście pracy z miejscami naładowanymi - że należy najpierw ocenić, co konkretnie pociągamy, a nie tylko fakt, że coś tam jest. Mam pytanie do Adepcie - w Krzemionkach coś konkretnego robiłeś, czy to było spontaniczne skupienie?
Czekaj, ale czy 'neutralne' miejsca w ogóle istnieją? Każde miejsce ma jakąś historię, tylko że my jej nie znamy. Pole za miastem mogło być polem bitwy, las mógł być miejscem egzekucji. Niewiedzenie o tym nie zmienia tego, co tam ewentualnie jest. Może więc lepiej pełna świadomość mrocznej historii niż komfortowe złudzenie, że gdzieś jest czysto?
Uzupełnię to, bo Igorek mówi o tym z perspektywy bioenergetycznej, a ja chcę dodać coś z perspektywy tradycji ceremonialnej. W Golden Dawn, ale też w starszych podręcznikach grimoirowych, jest wyraźna zasada: nie inicjuj żadnej pracy w stanie choroby, ekstremalnego zmęczenia, silnych emocji lub żałoby. Powód był praktyczny, nie etyczny - stan operatora wpływa na jakość i kierunek każdego workingu. W miejscu naładowanym historycznie ta zasada nabiera dodatkowego wymiaru, bo nie masz do czynienia tylko z własnym polem. Kornelio, to co opisałaś w tym kościele, to klasyczny przykład tego, przed czym te tradycje ostrzegały.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, może trochę podstawowe - jak właściwie wyczuć, co to za 'ładunek' jest w danym miejscu, zanim się wejdzie z jakąś intencją? Bo jak byłam ostatnio w zamku w Bolkowie, to czułam coś ciężkiego przy jednej ze ścian, ale nie wiedziałam, co z tym zrobić ani jak to odczytać. Czy to w ogóle da się nauczyć?
Tak, dokładnie to masz w wielu tradycjach - shamańskie czuwania, sufi zikr do utraty świadomości, chrześcijańskie posty przed objawieniami. Ale zauważ, że w tych tradycjach jest kilka elementów, których nie ma w spontanicznym 'jestem zmęczona i weszłam do kościoła'. Po pierwsze, intencja jest bardzo precyzyjna i ustawiana z wyprzedzeniem. Po drugie, jest jakiś sposób zamknięcia i wyjścia z takiego stanu. Po trzecie, zazwyczaj jest ktoś, kto patrzy i może interweniować. Bez tych elementów ten sam stan fizyczny w ładowanym miejscu to po prostu podatność, bez żadnego kierunku.
Przepraszam, że się wtrącę, bo ja to raczej śledzę niż komentuję, ale mam pytanie do ogółu - czy te historyczne miejsca w Polsce, jak zamki, kościoły, cmentarze, to w ogóle działają tak samo jak miejsca kultu z innych tradycji? Bo czytałam, że np. miejsca takie jak Stonehenge czy świątynie w Indiach były projektowane z myślą o energii, a polskie zamki były projektowane z myślą o obronie. Czy to ma znaczenie, co było zamiarem budowniczych?
Ja mam inne doświadczenie z tym tematem, które może być interesujące. Pracowałam kiedyś przy starym młynie z XVIII wieku, zupełnie przypadkowo, bo byłam tam na warsztacie rzeźbiarskim przez kilka dni. Budynek był absolutnie powszedni, żadnego kultu, żadnej czarnej historii, zwykłe miejsce pracy przez dwa wieki. I to było jedno z najbardziej stabilnych i spokojnych środowisk, w których cokolwiek robiłam energetycznie. Jakby wieloletnia rutyna spokojnej pracy zostawiła coś bardzo wyrównanego. Więc chyba nie tylko duże dramatyczne miejsca mają swój ładunek.
Dobra, ale wróćmy do tego stanu fizycznego, bo Adept to poruszył i Igorek odpowiedział, ale mam jeszcze jedno pytanie - czy są jakieś praktyczne sposoby na to, żeby jednak wejść do historycznego miejsca z intencją, gdy nie jest się w najlepszej formie, i żeby to było bezpieczne? Pytam praktycznie, bo nie zawsze się ma wybór co do terminu i miejsca. Czy jest coś, co można zrobić przed albo w trakcie?
Słucham tych praktycznych wskazówek Igorka i mam jedno zastrzeżenie. On mówi o tym, jak się zabezpieczyć wchodząc w słabszej kondycji, ale ja się zastanawiam nad czymś innym - czy przypadkiem ten stan fizycznego wyczerpania nie otwiera czegoś, co normalnie jest zamknięte? Nie jako coś, czego należy unikać, ale jako pewien próg. Widzę to trochę jak z deprywacją snu w kontekście snów lucydnych - nie jest zalecana, ale zdarzają się przy niej rzeczy, których nie ma przy normalnym śnie.
To rozróżnienie, które robisz, jest kluczowe. Tak, ten stan 'otwiera' - ale pytanie, na co. W tradycjach inicjacyjnych deprywacja jest elementem sekwencji, która ma przygotowanie przed, prowadzącego w trakcie i integrację po. Wyrwana z tego kontekstu jest po prostu dysregulacją układu nerwowego, która skutkuje większą przepuszczalnością - ale 'przepuszczalność' nie jest tożsama z 'odbiorem'. To może być szum, który bierzesz za sygnał.
Czy to nie jest trochę jak różnica między otwartymi a zamkniętymi czakrami w sensie regulacji? Jak czakry są pracujące i zbalansowane, to masz i odbiór, i granicę. Jak jesteś wyczerpany, to wszystko jest otwarte bez regulacji. Pytam, bo nie jestem pewien, czy dobrze to rozumiem.
A co to znaczy 'zabrać coś, czego nie chciałeś'? Dosłownie? Jak jakiś ślad energetyczny, który zostaje przy tobie po wyjściu?
Właściwie to po raz pierwszy słyszę, że wyjście z zamku czy kościoła może skutkować snami o tym miejscu. Myślałam, że to po prostu dlatego, że byłam pod wrażeniem. Czy jest jakiś sposób, żeby to rozróżnić? Że to normalne 'byłam w ciekawym miejscu' od czegoś głębszego?
Tak, i nie bałbym się tego powiedzieć wprost. Miejsca intensywnego zbiorowego cierpienia mają inny typ zapisu niż miejsca regularnego kultu. Kult - nawet wiekowy - jest zazwyczaj ustrukturyzowany, ma pewien porządek. Miejsca tragedii mają to, co niektórzy opisują jako 'nieskończoną pętlę' - jakby coś było urwane, niedokończone. Wchodzić tam w złym stanie fizycznym to jak wchodzić do pomieszczenia z niedomkniętym oknem podczas wichury. Nie ma sensu, jeśli nie masz wyraźnej intencji i środków do zamknięcia tego okna po sobie.
Ale czy to nie jest zbyt paternalistyczne podejście do takich miejsc? Mam na myśli - mnóstwo ludzi chodzi po Auschwitz, po polach bitew, po ruinach, i nikt nie stosuje żadnych zabezpieczeń, i wraca do domu. Skąd wiemy, że to, co opisujecie, to nie jest po prostu efekt tego, że do takich miejsc idziemy już z nastawieniem, że 'coś tam jest', i mózg to odgrywa?
Dobra, ale jeśli tak, to w ogóle trzeba było ruszać ten wątek o magii? Bo jeśli wyjaśnienie jest przez psychologię i układ nerwowy, to po co w ogóle rozmawiać o tym w kontekście pracy magicznej, a nie w kontekście zdrowia psychicznego?
Może głupie pytanie, ale czemu historia miejsca jest aż tak istotna dla tego, co ktoś chce tam zrobić? Tzn. rozumiem, że jeśli coś tragicznego się tam działo, to jest jakiś ślad - to było wyjaśniane wcześniej w tym wątku. Ale klasztor to przecież miejsce modlitwy i skupienia, nie powinno tam być raczej czegoś 'dobrego'?
Wróćmy do twojego pytania, bo jest konkretne - ile czasu zajęło mi rozpoznanie. Około trzech tygodni. I przez ten czas zakładałem, że to moje własne - stres, zmęczenie po podróży, może sezonowy dołek. Dopiero gdy po trzech tygodniach nic się nie zmieniło, zacząłem cofać się do momentu, kiedy to się zaczęło. Co do twojego planu - nie mówię ci żebyś rezygnował, ale myślę, że wejście tam bez żadnego przygotowania i bez planu co robisz jeśli coś zostaje z tobą, to jest ryzyko, które możesz ograniczyć. Czy masz miejsce, do którego masz mocne osobiste zakorzenienie? Coś swojego, czego jesteś pewien?
