Mam taki kubek po babci. Zwykły, z kwiatkami lekko wyszczerbiony. Juz trzy razy próbowałam go wyrzucić i za każdym razem odkładałam z powrotem. Nie jest ladny, nie pasuje do reszty zastawy, ale coś sprawia, że ręka mi drżeje, jak mam go wrzucić do kosza. i zastanawiam się, czy to tylko sentyment, czy może te przedmioty naprawdę coś w sobie przechowują? Czytałam kiedyś że obiekty mogą absorbować energie miejsca i ludzi, z ktorymi miały kontakt - w różnych tradycjach to jest calkiem poważnie traktowane, nie jako metafora. Czy macie podobnie z jakimiś rzeczami? I co wy w ogóle myślicie - czy przywiazanie do przedmiotu to już jest cos wiecej niż psychologia? 😉
To nie jest tylko sentyment i myślę, że gdzieś w środku same o tym wiecie, jak macie taki przedmiot. W tradycji ludowej mówi się, że rzeczy po osobach bliskich mogą być nośnikami ich obecności - nie w sensie duchów koniecznie, ale jakiegoś śladu. Psychometria jako praktyka polega właśnie na tym, że przedmiot ma coś zapisanego z historii właściciela. Ja miałam podobnie z pierścionkiem po cioci - czułam wyraźny opór, żeby go zdjąć, nawet gdy już był za mały. Zaczęłam go traktować jak amulet ochronny i powiem wam, że to nie był przypadek. Ale mnie bardziej ciekawi, czy ten kubek kojarzy wam się z jakimś konkretnym uczuciem, czy to raczej ogólny niepokój przy myśli o wyrzuceniu?
Szczerze? Ja jestem scetpyczna co do calej tej energii w przedmiotach ale ta rozmowa mnie zatrzymala. Bo mam coś podobnego ze starą mapą ktora dostałam od ojca. Nigdy jej nie wywieszam nigdy nie używam a wyrzucić nie mogę. I teraz się zastanawiam - dobra, nawet jeśli nie wierze w psychometrię, to co to mówi o tym jak my w ogole funkcjonujemy wobec obiektów? Czemu niektore rzeczy są tak trunde do porzucenia? Bo to nie zawsze są najpiękniejsze ani najdroższe
dokładnie o to chodzi. W magii ceremonialnej jest pojęcie obiektów, które stają się naładowane przez powtarzalny kontakt albo silne emocje. Nie muszą być z góry dedykowane - mogą po prostu zbierać. Dlatego mówi się, że rzeczy kupowane na targu ze starzyznami potrafią przynosić cudze echa, bo ktoś trzymał je przez lata z intensywnym uczuciem. Stąd rytuały oczyszczania przedmiotów przed używaniem ich w pracy magicznej.
Ja to przerabialam na własnej skórze z mieszkaniem po dziadkach. Dostałam kilka mebli i zupełnie nie czułam się przy nich swobodnie jakiś czas zajęło mi zanim zrozumialam że to nie jest nostalgia, tylko że te meble były świadkami bardzo trudnych lat nie wiem jak to nazwać ale po tym jak je oddałam, atmosfera w pokoju się zmieniła. Nie twierdzę że to magia w takim technicznym sensie, ale cos w tym jest.
To co piszecie o mówieniu do przedmiotow jest dla mnie jednym z ciekawszych wątków w całej tej rozmowie. Bo śpiew i mruczenie pod nosem to w wielu tradycjach coś zupelnie konkretnego. W praktykach szamańskich Syberii czy u rdzennych ludów Ameryki Polnocnej śpiewanie przy przedmiocie to nie ozdoba rytuału, to sam rytuał. Dźwięk ma fizyczne właściwości - wibracja wpływa na strukture materiału. Kumamoto przeprowadzał eksperymenty z kryształami wody i dźwiękiem, choć te badania są dyskusyjne metodologicznie. Ale abstrahując od nauki: czy ktoś z was próbował świadomie śpiewać przy przedmiocie, który chciał zaktywować albo oczyścić?
Wracając do tych przedmiotów - słuchajcie, bo mam wrażenie, że to się łączy. Jeśli śpiew albo mruczenie może być zaklęciem, to może te rzeczy, których nie możemy wyrzucić, są w jakimś sensie odpowiednikiem - czyms, co kos kiedyś "zaśpiewał" bez świadomości? Że babcia przez dwadzieścia lat codziennego parzenia kawy w tym samym kubku wkładała w niego swoją obecność?
Kurczę, przepraszam że się wtrącam, ale właśnie to, co napisałaś o babci i kubku to jest pierwsza rzecz w tym wątku, która naprawdę do mnie trafiła bo mam taka haftowana serwetkę po prababci i zawsze czułam, że ona cos w sobie trzyma, ale nie umialam powiedzieć co. A prababcia cały czas cos śpiewała przy robocie. to nie bylo modlitwy to byly stare piesni i teraz się zastanawiam, czy ona to robiła intuicyjnie? Czy kobiety w dawnych czasach w ogóle wiedzialy, że to coś znaczy?
Właśnie ta ostatnia myśl jest dla mnie kluczowa. Bo jak próbować tworzyć coś własnego, skoro nie mamy żadnych wskazówek, jak zbudować takie zaklecie śpiewane od zera? Jak w oógle wiadomo, że to co się tworzy ma jakiś sens, a nie jest po prostu fałszowaniem pod prysznicem z wyobraźnią? Serio pytam bo nie wiem jak do tego podejsc praktycznie.
No właśnie, bo to mnie zatrzymalo przy tym pytaniu Nemezis - jak zbudowac coś własnego, skoro nie mamy zadnego punktu odniesienia? Słyszałam o ludziach którzy po prostu siadają i śpiewają co im przyjdzie, i twierdzą że to działa. Ale jak odróżnić, że to nie jest autosugestia? Pytam szczerze, bo sama probowalam raz śpiewać przy świecy i nic nie poczułam, a potem przyszło mi do głowy, że może po prostu robiłam to za krotko albo bez skupienia.
Mogę się wtrącić, bo miałam podobne pytanie. U mnie przełomem było to, że przestałam spiewac do czegoś - zaczęłam spiewac z siebie. Brzmi abstrakcyjnie, ale różnica byla wyraźna w tym, jak ciało reaguje. Przy tym pierwszym czułam się jak aktorka, przy tym drugim coś się rozluźniało. Nie wiem, czy to jest dowód na cokolwiek magicznego, ale jakościowo to co innego.
Ta rozmowa o serwetce i mapie jest dla mnie ciekawa, bo wraca do pytania, które padło wcześniej - czy przedmiot może być "zaśpiewany" bez świadomości. I tu chcę dopytać: czy sądzicie, że powtarzalne czynności przy przedmiocie - haftowanie godzinami, składanie mapy w ten sam sposób - mają inną jakość niż jednorazowy silny ładunek emocjonalny? Bo w różnych tradycjach to wygląda inaczej.
Wchodze w to, bo numerologicznie interesuje mnie zupełnie inny aspekt tej rozmowy. Czy ktoś zwracał uwagę na to, ile lat ma przedmiot albo ile lat był używany? Pytam, bo w numerologii liczy się cykl i jeśli coś było w stałym użytku przez np. dziewięć lat albo dziewięćdziesiąt to jest jakościowo inne niż przedmiot z pięcioletnim stażem. Nie wiem, czy to się przeklada na ten rodzaj magii, o ktorym mówicie, ale jakoś nie mogę tego wątku pominąć.
Czas jako czynnik pojawia się też poza numerologią. W tradycjach celtyckich przedmioty, które przetrwały w rodzinie przez trzy pokolenia, miały status szczególny - nie dlatego, że ktoś je poświęcił, ale dlatego, że trzy generacje to minimum, żeby coś stało się częścią linii rodzinnej. Trzy pokolenia to taki próg.
Przeczytalem całą tę romowę od początku i jedno mnie nurtuje - mówimy o przedmiotach, o spiewaniu o warstwach i cyklach, ale nikt nie powieddzial wprost: jak sie zabrac za świadome tworzenie takiego spiewanego zaklęcia od zera? Tzn. skoro babcie robiły to bezwiednie, a my chcemy to robić swiadomie, to co jest pierwszym krokiem? Pytam, bo mam stary zegarek po dziadku i mam ochotę jakos z nim popracować ale nie wiem od czego zacząć.
Mnie ten watek o transmisji i recepcji jakoś porządkuje to, co czułam przy kredensie. Bo przy nim bylam chyba tylko w trybie recepcji - odbierałam te dwa sprzeczne sygnały o których pisalam. Nigdy nie próbowałam czegos od siebie tam zostawić. I teraz myślę, czy gdybym spróbowała zaspiewac cos do tego kredensu, to czy tamte stare warstwy by to utrudnialy?
Przepraszam że znowu z tą serwetka, ale to co piszecie o warstwach nagle mi cos uklada. Prababcia haftowała przez lata ale ona też plakala przy tej serwetce, bo ją jej matka uczyła i ona już nie żyła. Czyli w tej serwetce jest i radość i zaloba jednocześnie? I ja trzymam to na wierzchu i nie wiem dlaczego... może właśnie dlatego że to jest jakieś nierozwiązane?
Zerkam na tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam jeno pytanie bo jestem sceptyczna. Czy ktoś tu nparawde odroznai swoje wlasne skojarzenia i emocje od czegoś, co "jest w przedmiocie"? Bo mnie sie wydaje że wszystko co opisujecie, da się wyjasnic tym że to my projektujemy. nie mowie że to zle - ale czy to nie jest po prostu praca z własną psychiką?
no właśnie - nie wiem czy zmienia. Ale zmienia to jak mowisz o tym innym jeśli mówię "pracuje z wlasna psychika" to nikt nie ma obiekcji. Jeśli mowie "przedmiot ma warstwy po prababci" to juz jest inna rozmowa.
Dla mnie to rozróżnienie psychika/przedmiot jest akurat drugorzędne. Ważniejsze jest to, że samo śpiewanie - bez względu na to, "skąd to przychodzi" - zmienia stan. I ten zmieniony stan działa. słyszałam kiedyś o praktykach ze śpiewem w kontekście sufickim, gdzie głos traktuje się jako coś, co dosłownie przebudowuje przestrzeń wewnętrzną. Nie ducha w przedmiocie, ale właśnie czlowieka spiewajacego.
Dobra ale czy ktoś moze powiedziec konkretnie jak zacząć? Czytam to wszystko i wszystko brzmi super ale mam wrażenie że żeby to działa to trzeba byc jakaś wyjątkową osobą albo mieć jakieś specjalne predyspozycje. Czy to jest coś, co kazdy może spróbować?
Wrocmy na chwilę do tych przedmiotów bo mam poczucie, że ta rozmowa o śpiewaniu trche nam odpłynęła od tytulu. Chcę zapytać konkretnie: jesli mam taki przedmiot, którego nie moge wyrzucic i postanawiam zaspiewac z nim - to co dokładnie śpiewam? Slowa? Dźwięki? Własną melodie? Czy jest jakaś zasada? 🙂
Właściwie Niezłe pytanie, bo ja jak zaczynałam przy konkretnym przedmiocie to nie miałam żadnego tekstu. Zaczęłam od samego dźwięku - coś w rodzaju mruczenia, monotonnego, bez słów. I to wystarczyło. Słowa pojawiły się później, same, jakby wychodziły z tego co czułam. Nie planowałam ich wcześniej.
Mnie w ogóle ciekawi czy te słowa które "wychodzą same" są w jakimś jezyku. Bo kiedyś czytałam, że w wielu tradycjach śpiewało się w językach, których nie rozumiano - i o to chodziło, żeby rozum nie przeszkadzał. Może tu jest podobnie?
