To jest dla mnie za abstrakcyjne. Jeśli wszystko może być praktyką, to nic nie jest praktyką. Czy nie ma czegoś co odróżnia intencjonalne działanie od zwykłego myślenia życzeniowego? Bo jak nie ma, to po co w ogóle cokolwiek robić.
Ok ale to jest problem, bo brzmi jakby intencja była czymś co ustawiasz raz i zapominasz. Jak to się różni od zwykłego postanowienia? Wstałem rano i powiedziałem sobie że będę spokojny w pracy, to też jest intencja. Nie rozumiem gdzie tu wchodzi coś więcej.
Ale wracając do tego co pytałam o biuro, czy ktoś ma przykład czegoś naprawdę dyskretnego? Nie czegoś filozoficznego, tylko czegoś fizycznego, co można mieć przy sobie albo robić i nikt się nie zorientuje? Bo ta rozmowa o intencjach jest ok, ale ja pytałam bardziej o coś namacalnego.
A co to daje, jak już ten kamień jest? Pytam szczerze, bo sama mam kilka w domu ale nijak nie wiem co z nimi robić żeby to miało sens.
To ciekawe, bo czytałam ostatnio że w praktykach sigil sporo osób robi rysunki albo znaki które nikomu nic nie mówią, a dla nich są konkretnym zamiarem. Można je mieć na karteczce, notatniku, gdziekolwiek. Nikt nie wie co to jest, nawet jakby patrzył.
Aktywacja to jedno podejście, ale są tradycje gdzie sam akt skupionego tworzenia sigilu jest wystarczający. Kwestia sporna. Część szkół mówi że po stworzeniu powinnaś go wyrzucić albo schować żebyś przestała się skupiać na zamiarze, co wróci nas do tej dyskusji o puszczaniu.
I nie powinno być. To nie jest zarzut, to jest opis tego czym jest praktyka prywatna. Jeśli chcesz weryfikowalności w sensie eksperymentu kontrolowanego, to magia nie jest w tym miejscu. Ale to nie znaczy że nic nie możesz obserwować. Twoje zapiski z kilku miesięcy to więcej niż jedno wrażenie.
Tylko ile trzeba czekać żeby cokolwiek zobaczyć? Bo te kilka miesięcy zapisków, kamień na biurku, intencje, to wszystko brzmi jak bardzo powolna droga. Czy nie ma czegoś co daje jakiś sygnał szybciej że się jest na właściwym tropie?
Zbieg okoliczności to akurat najsłabszy punkt odniesienia, bo ludzki mózg widzi wzorce nawet tam gdzie ich nie ma. Ale frustracja którą opisujesz jest realna i myślę że wiele osób jej nie nazywa po imieniu, tylko po prostu odpuszcza praktykę po kilku tygodniach. Co nie jest ani złe ani dobre, po prostu jest.
To trochę zniechęcające jak tak powiesz. Czyli po prostu robisz i nie wiesz czy cokolwiek ma sens?
To jest akurat bardzo ludzkie. Ja się wstydziłam tego przez długi czas, że zanim cokolwiek zaczęłam to chodziłam po pokoju i myślałam że sąsiedzi przez ścianę jakoś to czują. W biurze jest to samo. Ten wstyd przed własną praktyką jest przeszkodą której prawie nikt nie nazywa.
Ale jak to przed sobą ukryć? To chyba niemożliwe, wiesz że to robisz.
To ciekawe kryterium. Myślałam o tym sigilu którego wspominałam i właśnie tak to ze mną działa, robię to niezależnie od tego czy ktoś patrzy czy nie. Ale nie wiem czy to znaczy że "wierzę" czy po prostu że mam ten nawyk.
To rozróżnienie między nawykiem a wiarą jest moim zdaniem fałszywe na tym poziomie praktyki. Rytuał działa przez powtórzenie. Jeśli coś robisz regularnie, ciało i uwaga uczą się tego wzorca. Nie musisz każdego razu na nowo decydować że wierzysz.
Ale to brzmi jak opis warunkowania, nie magii.
Dlaczego te dwa poziomy miałyby być oddzielne? Masz jakiś powód żeby tak zakładać że mechanizm fizyczny i znaczenie symboliczne wzajemnie się wykluczają?
Ale to brzmi jak mindfulness, nie jak magia.
A gdzie jest granica? Pytam serio.
To jest naprawdę dobre pytanie i nie mam na nie jednej odpowiedzi. Według mnie intencja nie jest jak zaklęcie które trzeba podtrzymywać siłą woli co pół godziny, bo to by było wyczerpujące i mało kto by wytrzymał. Ale też nie uważam że wystarczy pomyśleć raz o siódmej rano i potem zapomnieć. Gdzieś pośrodku jest coś co bym nazwała zakorzenieniem, że to siedzi głębiej niż świadoma myśl i nie odpływa razem z rozkładem jazdy autobusu. Pytanie czy u ciebie tak jest. Jak się czułeś przed tą rozmową z szefem kiedy już byłeś w pracy?
Wracając do pytania Kappiego o odpływanie intencji, bo to jest praktyczny problem i warto się przy nim zatrzymać. Mam jedno obserwowanie z własnej praktyki: intencja ustawiona rano nie odpływa jeśli jest wystarczająco konkretna. "Chcę żeby ten dzień był dobry" odpływa. "Chcę wyjść z tej rozmowy z szefem nie tracąc swojej pozycji" jest konkretniejsze i siedzi inaczej. Nie twierdzę że to jedyna metoda, ale u mnie konkretność robi różnicę.
No dobrze, ale ile czasu to trwa? Kilka tygodni obserwowania to dużo jak ktoś chce po prostu zacząć i zobaczyć czy cokolwiek w ogóle ma sens. Nie mówię że to zła rada, ale jak masz zaczynać od tygodni obserwacji to połowa ludzi odpuści zanim w ogóle coś spróbuje.
No ale to jest właśnie moje pytanie w tym całym wątku. Skąd wiem co "już robię" w sensie magicznym? Bo mogę obserwować siebie miesiącami i nie wiedzieć czy coś co robię to praktyka czy po prostu nawyk. Leokadia wcześniej pytała mnie o to samo właściwie i nie umiałem odpowiedzieć.
Dziennik to też kilka tygodni zanim cokolwiek z niego wyniknie. Serio, rozumiem że to pewnie ma sens, ale rozmawiamy tu o tym od jakiegoś czasu i cały czas wychodzi to samo: czekaj, obserwuj, zapisuj. A mi chodzi o to żeby coś poczuć, zobaczyć że to w ogóle działa w jakikolwiek sposób. Nie po miesiącu, teraz. Czy to jest niemożliwe?
Otylka zadała pytanie które ja miałem od dawna i nikt mi go porządnie nie odpowiedział. Jak weryfikujecie że coś działa? Bo "zmieniło się jak siedzę z problemem" to jest zawsze do przypisania do czegoś innego, do rozmowy z kimś, do przespanej nocy, do czegokolwiek. Skąd wiecie że to magia a nie po prostu to że coś zrobiliście i poczuliście sprawczość?
dla mnie tak, bo inaczej nie wiem czego się uczę. Ale dobra, odstawiam to na bok. Wracam do pytania Otylki bo ono jest praktyczne. Co można zrobić dzisiaj, w miejscu pracy, bez żadnego przygotowania, bez dziennika, i poczuć cokolwiek co jest inne niż codzienny reset. Czy ktoś ma odpowiedź na to konkretnie?
Czekajcie, bo się trochę zgubiłam. Rozmawiamy o tym co zrobić w miejscu pracy, bez przygotowania, bez rytuału. I teraz wyszło że najpierw medytacja, potem magia. Czy to nie jest znowu to samo co dziennik przez miesiąc, czyli trzeba się najpierw długo przygotować zanim cokolwiek można zrobić?
Słucham tej rozmowy od chwili i mam pytanie które może brzmieć sceptycznie, ale serio chcę zrozumieć. Jak odróżniacie że to jest efekt przedmiotu albo intencji od tego że po prostu wzięłaś oddech i na chwilę przestałaś myśleć o problemie? Bo z zewnątrz to wygląda tak samo.
