Alinka zadała pytanie które mnie też zatrzymało. I myślę że to jest w ogóle kluczowy punkt całej tej rozmowy. Czy to jest placebo czy nie, to może być nierozstrzygalne. Ale czy to zmienia decyzję o tym żeby spróbować? Dla mnie nie zmienia.
Leokadia postawiła pytanie które jest chyba najuczciwsze w tej rozmowie. I moją odpowiedzią jest że nie wiem czy obiektywna, ale wiem że skuteczna inaczej. Kiedy pracuję z przedmiotem który ma historię w moich rękach, efekt jest głębszy i trwalszy. Czy to dlatego że kamień "coś robi" czy dlatego że uruchamia inną część mnie, tego nie rozstrzygnę. Ale ta różnica jakościowa jest dla mnie wystarczająca.
Kappi dobrze to przycisnął bo ja też to zauważam w tej rozmowie, że przeskakujemy między zmianą wewnętrzną a zewnętrzną i traktujemy je jakby były tym samym. A to chyba inaczej działa? Jeśli ktoś bardziej obeznany może to powiedzieć wprost, bo sama nie wiem jak to rozumieć.
Prokop to jest właśnie ten argument który słyszę od sceptyków i rozumiem go. Ale myślę że on nie wyczerpuje tematu, bo opisuje tylko ten jeden mechanizm. Nie mówi nic o przypadkach kiedy zmiana zewnętrzna nastąpiła bez żadnego twojego działania poza intencją. Czy miałeś coś takiego?
Myślę że ta rozmowa doszła do miejsca gdzie jest dużo uczciwości, i to dobrze. Ale chcę wrócić do początku bo zaczynałyśmy od praktycznych odpraw w przestrzeni zawodowej. I mam pytanie do tych którzy mają już jakąś historię z tym: czy macie jakieś stałe miejsce albo moment w dniu pracy kiedy to robicie? Nie rytuał, tylko punkt w czasie.
Dla mnie to zawsze jest rano przed włączeniem komputera. Jakieś dwie, trzy minuty zanim zaloguje się do poczty. To jest moment kiedy dzień jeszcze nie zdecydował co będzie i jest jakieś okno.
Ale to znowu brzmi jakby pierwszym krokiem było coś całkowicie niemagicznego. Obserwacja swojego rozkładu dnia. To mogłaby powiedzieć osoba prowadząca coaching produktywności. Czy naprawdę nie ma czegoś bardziej specyficznego dla magii od czego można zacząć?
Anetta to powiedziała bardzo zwięźle i zgadzam się z tym całkowicie. Ale mam pytanie do Kappiego, bo ciekawi mnie to. Jak wyobrażasz sobie ten "wyraźnie magiczny" pierwszy krok? Co według ciebie powinno być w nim żeby był po właściwej stronie granicy?
Dobrze, ale skąd wiadomo że zaznaczasz właściwie? Tzn. że ten gest cokolwiek oznacza a nie jest po prostu nawykiem nerwowym?
Słuchajcie, mam wrażenie że rozmawiamy o tym jak budować praktykę i co jest potrzebne na początku, ale nikt nie powiedział wprost czy w przestrzeni zawodowej ta praktyka jest w ogóle pełnoprawna, czy jest zawsze tylko skrótem albo substytutem czegoś pełniejszego.
Sławek dotknął czegoś czego właściwie nie powiedzieliśmy explicite przez cały ten wątek. Ja uważam że jest pełnoprawna, ale nie dlatego że uproszczona jest gorsza. Tylko dlatego że kontekst kształtuje praktykę i to jest norma, nie wyjątek. Rytuały od zawsze były dostosowywane do warunków. Ktoś kto pracuje w kopalni, ktoś kto jest w podróży, ktoś kto żyje z innymi ludźmi pod jednym dachem. Przestrzeń zawodowa to tylko jeden z wielu kontekstów który wymaga dostosowania, nie przepraszania za nie.
I tu chyba jest sedno tego wątku, które do tej pory omijaliśmy. Że "od czego zacząć" to jest pytanie które zależy od tego z czym chcesz pracować. I że dla kogoś kto jest na samym początku i nie wie jeszcze z czym, to pytanie jest w zasadzie pytaniem o coś innego, bo jeszcze nie ma tradycji do której by dostosowywał.
Tylko że żeby się zorientować co cię przyciąga, to też coś musisz zacząć robić, nie? Nie siedzisz i nie czekasz aż przyjdzie olśnienie. Więc kółko się zamknęło.
Ale ile czasu ma trwać to "mapowanie terenu"? Bo brzmi jak coś co może ciągnąć się bez końca i nigdy nie dojdzie się do żadnego konkretu.
