Mieszkam w bloku od zawsze i przez długi czas miałam wrażenie, że cokolwiek robię, to trochę na niby. Że bez ogrodu, bez ziemi pod stopami, bez możliwości rozpalenia ogniska to jakby połowa praktyki. Ale ostatnio zaczęłam to inaczej układać w głowie. Babcia mieszkała we wsi, ale jej sąsiadka, wdowa po kolejarzu, robiła wszystko w kawalerce na czwartym piętrze i nikt jej nie odmawiał skuteczności. Pamiętam jak mała słyszałam, że ta kobieta zna się na rzeczy. Ciekawi mnie, jak wy to ogarniacacie przestrzennie. Dosłownie gdzie w mieszkaniu coś robicie, jak radzicie sobie z sąsiadami za ścianą, z dymem ze świec, ze wszystkim co w bloku jest nie tak jak powinno być wedle klasycznych opisów?
To jest dobry temat i bardzo praktyczny. Przez lata widziałem, że mnóstwo osób rezygnuje z praktyki albo odwleka ją w nieskończoność właśnie dlatego, że czeka na idealne warunki. Ogród, cisza, pełnia na otwartym niebie. A te warunki nigdy nie nadchodzą. Ja sam pracuję w mieszkaniu i przestałem się tym przejmować gdzieś z dziesięć lat temu. Kluczowa kwestia to według mnie granice przestrzeni. Nie chodzi o to, żeby mieć oddzielny pokój, ale o świadomą separację. Nawet kąt w sypialni może być miejscem pracy, jeśli konsekwentnie traktujesz go inaczej niż resztę przestrzeni. To, czego nie da się zastąpić, to regularność. Blok wymaga dyscypliny bardziej niż wiejska chatka, bo nie ma naturalnych rytmów wzmacniających intencję.
Wiecie co mi siedzi w głowie od jakiegoś czasu w związku z mieszkaniem w bloku? Sąsiedzi. Nie w sensie praktycznym jak dym czy hałas, ale dosłownie ich obecność po drugiej stronie ściany. Mieszkam w starej kamienicy, ściany cienkie, w weekendowe wieczory słyszę rozmowy. I zastanawiam się czy to w ogóle nie wpływa na jakość praktyki, że tyle obcych ludzi jest tak blisko. W domu wolnostojącym masz ziemię dookoła jako bufor. Tu masz beton i czyjeś życie trzydzieści centymetrów dalej.
Dorzucę coś z trochę innej perspektywy. Jeśli traktujemy przestrzeń jako pole energetyczne, to gęstość zamieszkania może działać w dwie strony. Owszem, masz dużo obcych energii dookoła, ale masz też dużo życia, ruchu, ludzkich emocji. To nie jest czysta przeszkoda. Zależy co robisz i z jakim zamiarem. Przy pracy skupionej na ochronie, oczyszczeniu czy stabilizacji wewnętrznej to może być wręcz dobry kontekst, bo masz realny materiał do pracy. Co innego gdybyś chciał pracować z naturą w rozumieniu leśnym, tam blok rzeczywiście odbija.
Przepraszam że się wtrącę, bo jestem zupełnie na początku i może głupie pytanie, ale co wy konkretnie robicie w tych mieszkaniach? Pytam bo czytam różne opisy rytuałów i tam jest zawsze mowa o otwartej przestrzeni, zioła na żywej glebie, takie rzeczy. Nie wiem jak to przekładać na realia.
To co mówi Wiciol o ziemi ze skrzyżowania przypomina mi coś, co widziałam w opisach hoodoo, tam skrzyżowania to w ogóle ważna rzecz symboliczna i materialna jednocześnie. Ale mam pytanie do tych, którzy rzeczywiście zbierają takie materiały w mieście, jak wy to traktujecie higienicznie i energetycznie? Ziemia z chodnika w centrum to jednak co innego niż z polany.
Czytam ten wątek z zainteresowaniem bo sam mieszkam w bloku z lat siedemdziesiątych i zawsze miałem wrażenie że to miejsce ma jakąś swoją historię. Stare budownictwo, kilkadziesiąt lat różnych ludzi, różnych wydarzeń. Zastanawiam się czy to nie wpływa na to co się robi w środku. Nie w sensie złośliwym, ale po prostu jako kontekst. Czy ktoś zwraca uwagę na historię budynku kiedy zaczyna tam praktykować?
A co z ochroną samego mieszkania? Pytam bo przeprowadziłam się do nowego bloku niedawno i słyszałam, że można powiesić coś nad drzwiami albo przy oknach. Jakie kamienie albo inne rzeczy sprawdzają się w warunkach blokowych? Nie mam miejsca na dużo, ale chciałabym żeby coś było.
Słucham Was i mam wrażenie że to co mówi Wandzia o wierzbinie albo Wiciol o pudełku z rzeczami to łączy się w coś co chyba jest kluczem do magii w bloku, czyli rytuał zamiast miejsca stałego. Nie masz ogrodu więc musisz mieć działanie zamiast przestrzeni. Czy to ma sens? Nie wiem czy dobrze to rozumiem.
Ja nigdy nie myślałam o tym w takich kategoriach, zawsze mi się wydawało że do tego potrzeba specjalnego miejsca, świętego gaju albo przynajmniej ogrodu. Ale jak czytam tę rozmowę to zaczynam myśleć że może moje mieszkanie jest po prostu nieświadomie pozbawione tego co mogłoby w nim być. Nie wiem nawet od czego bym zaczęła, ale to jest ciekawe że można coś zrobić bez wychodzenia z domu.
Mnie też interesuje ten wątek z Surą bo ja mam podobne odczucia w swoim bloku. Raz miałem taki sen, bardzo wyraźny, że w moim pokoju stoi ktoś przy oknie. Nie groźny, ale obecny. Zastanawiam się czy to nie jest właśnie ta historia miejsca o której Wiciol mówił wcześniej, że stare budynki mają swoją warstwę po poprzednich mieszkańcach.
Słucham tego i chcę zapytać o coś praktycznego, bo właśnie o to mi chodzi w tym wątku. Sura mówi że nie wie od czego zacząć, i ja mam podobnie. Czytam opisy oczyszczania i tam jest dużo o paleniu ziół, o dymie, o przechodzeniu z kąta w kąt. Ale w bloku dym to problem, bo mam czujnik dymu który reaguje na prawie wszystko. Czy jest jakieś oczyszczanie które nie polega na dymie? Coś co działa podobnie ale bez ryzyka że sąsiedzi wezwą straż?
Jak czytam o tej sypialni przy klatce to przyszło mi do głowy coś co babcia mówiła o drzwiach. Że drzwi to nie jest tylko wejście dla ludzi, że przez drzwi wchodzi wszystko. I że właśnie przy drzwiach wejściowych i przy każdym przejściu powinno być coś co pilnuje. Nie wiem czy to pasuje do ściany przy klatce, ale może właśnie ta przenikalność jest tu problemem, coś co ciągnie przez tę ścianę. Ciekawe co o tym myśli Wiciol.
Powiem szczerze że ściana przy klatce jako problem to jest coś co słyszę nie pierwszy raz. Niezależnie od tego jak to tłumaczyć, energetycznie czy czysto psychologicznie, klatka schodowa to przestrzeń niczyja. Nie jest prywatna, jest przejściowa, przez całą dobę coś się tam zmienia. Bliskość takiej przestrzeni do sypialni, gdzie człowiek jest najbardziej otwarty, może mieć znaczenie. Co do radzenia sobie z tym, najprostsze co kojarzę to właśnie praca z tą konkretną ścianą. Czy Sura ma możliwość postawienia czegoś na parapecie od środka albo zawieszenia czegoś?
Przepraszam że się wtrącam między Wiciola i Surę, ale chcę zapytać o ten dźwięk co Edek wspomniał. Nigdy o tym nie słyszałam jako metodzie oczyszczania. Klasnięcie po kątach, to coś konkretnego? Czy to jest coś co trzeba robić w jakiś sposób albo po prostu klasnąć i tyle? Bo wydaje się za proste żeby działało, i jednocześnie chętnie bym spróbowała.
A wracając na chwilę do moich kamieni bo nie dostałam pełnej odpowiedzi, zapytam konkretnie. Edek mówił o czarnym turmalinie, Wandzia o wierzbinie. Ale gdybym miała wybrać jedno do sypialni, to co? Pytam bo mam wrażenie że zbieram coraz dłuższą listę i nie wiem co z tym zrobić. Nie chcę mieć całego muzeum, chcę coś sensownego na początek.
Czytam od początku i mam jedno pytanie które mnie gnębi. Wy wszyscy mówicie o tym co robić żeby poprawić sytuację, oczyszczanie, kamienie, dźwięk. Ale czy ktoś się zastanowił nad tym żeby najpierw sprawdzić co w ogóle jest? Nie działać od razu tylko posiedzieć chwilę i zobaczyć czego to miejsce potrzebuje. Może coś co Bogdan opisuje przy tej ścianie to nie jest coś złego, tylko coś co jest i chce być zauważone.
Przepraszam ale to co Czarek napisał trochę mnie przeraziło. Że może coś chce być zauważone. Co to znaczy w praktyce? Jak coś jest i chce uwagi to co się wtedy robi? Pytam bo Sura mówiła że czuje się jakby mieszkanie jej nie przyjęło i to brzmi podobnie i nie wiem czy o tym samym rozmawiamy.
Mnie to zdanie Czarka też zatrzymało. I odpowiadając Frei, nie, nigdy nic celowo nie robiłam w tym mieszkaniu. Ale teraz jak myślę, to może w tym jest właśnie problem. Może przychodząc po prostu nie przywitałam się z miejscem w żaden sposób. Babcia znajomej miała zwyczaj że jak wchodziła do nowego domu to przez chwilę stała przy wejściu i cicho coś mówiła. Zawsze myślałam że to starszy zwyczaj bez znaczenia.
Moja babcia robiła to samo i to co opisuje Sura pasuje do tego co wiem o starym podejściu do nowego miejsca. Wejście do nowego domu wymagało jakiegoś gestu, nawet małego, coś w rodzaju przedstawienia się. Że tu jestem, że chcę tu mieszkać, że szanuję to co było przed mną. To nie był rytuał w sensie skomplikowanym, to było bardziej zachowanie niż ceremonia. I jestem ciekawa czy coś takiego da się zrobić z opóźnieniem, po dwóch latach.
To co Wandzia opisuje, to jest coś co ja znam z kontekstu run, ale w innej formie. Fehu i Othala, te dwie runy są właśnie o tym, o zaznaczaniu swojego terytorium i o dziedzictwie miejsca. Kiedy rysuję rozkład dla kogoś kto się przeprowadza, te dwie razem pojawiają się nie przypadkowo. Ale bardziej mnie tu interesuje ta konkretna forma gestu powitalnego, bo Wandzia mówi 'coś w rodzaju przedstawienia się' i Sura mówi o babci znajomej. Jakie to dokładnie były gesty? Bo w różnych tradycjach to wygląda inaczej i ciekawi mnie czy to ma jakiś wspólny mianownik.
Ja jak czytam ten wątek o przywitaniu się z miejscem, to mam takie uczucie że to jest właśnie to czego mi brakuje. Ale jednocześnie nie wiem czy to co teraz zrobię ma sens skoro minął już rok. Czy można to jakoś naprawić po czasie, czy to jest coś co trzeba zrobić na wejściu i koniec?
Ja się zastanawiam nad czymś innym. Mówicie o nowym mieszkaniu i przywitaniu się z miejscem. Ale moje mieszkanie jest stare, mieszkam tu od urodzenia właściwie, i ten dyskomfort przy ścianie czuję dopiero od jakiegoś czasu, nie od zawsze. Jakby coś się zmieniło. To w ogóle jest możliwe że coś co długo było w porządku nagle przestaje być?
Słucham o tym przywitaniu z miejscem i mam pytanie do Wandzi. Czy babcia mówiła jak to konkretnie wyglądało? Bo Wandzia powiedziała wcześniej że babcia mówiła o drzwiach jako przejściu dla wszystkiego, więc mam wrażenie że miała jakiś bardziej rozbudowany system myślenia o przestrzeni. Czy był jakiś całościowy sposób na wchodzenie do nowego domu, coś więcej niż tylko ten gest powitalny?
To co Wandzia mówi o snach na nowym miejscu to w ogóle osobny temat. Pamiętam że gdzieś czytałem o tym że w różnych tradycjach szamańskich pierwsze sny po przybyciu do obcego miejsca były wróżebne, traktowane jako informacja od samego miejsca o tym czy jest przyjazne czy nie. To nie jest tylko polska tradycja. W kulturze Navajo podobno przed rozbiciem obozu w nowym miejscu było coś w rodzaju konsultacji ze snem, choć szczegółów dokładnie nie pamiętam. Czy Bogdan pamięta czy ten sen z postacią przy oknie był na początku czy po dłuższym czasie mieszkania?
Wandzia, te sny z pierwszych nocy, to mnie zatrzymuje. Czy to znaczy że jeśli ktoś nie pamiętał snów albo spał wtedy bardzo twardo, to jakby przepuścił tę informację? Pytam bo niedawno się przeprowadziłam i w ogóle nie pamiętam żadnych snów z pierwszego tygodnia, raczej spałam jak kamień ze zmęczenia.
Wracam do praktycznej strony bo trochę odpłynęliśmy. Mamy już: dźwięk po kątach, wodę z solą na progi, kamienie, gesty powitalne przy wejściu. Edek wspomniał wcześniej o czarnym turmalinie, Wandzia o wierzbinie. Chcę zapytać Wiciola, bo ma chyba największe pojęcie o samych rytuałach, czy te elementy można łączyć w jedno działanie, czy lepiej je robić osobno? Pytam bo mam małe mieszkanie i trochę komicznie by wyglądało gdybym chodziła po nim z kamieniem, klaszcząc i śpiewając.
