Zaczęło się od tego, że podczas jednego z rytuałów przy świeczce zauważyłem coś dziwnego - kiedy byłem skupiony, ale bez napięcia, jakby z lekkim uśmiechem wewnętrznym, płomień zachowywał się inaczej niż zwykle. Spokojniej, bez drgań. I zacząłem się zastanawiać, czy to przypadek, czy twarz - dosłownie mimika - ma jakiś wpływ na to, co robimy podczas pracy magicznej. Nie mówię tu o wymuszonym grymasie, tylko o tej naturalnej ekspresji, kiedy jesteś w stanie przepływu. Ktoś z was zwracał na to uwagę?
Akurat to jest coś, o czym rzadko się mówi wprost, a moim zdaniem nie jest to marginalny temat. Stan ciała i twarzy to nie jest ozdoba do rytuału - to część sygnału, który wysyłasz. Ale zanim powiem więcej - co rozumiesz przez 'zachowywał się inaczej'? Płomień reaguje na oddech, na mikrodrgania powietrza, na temperaturę ciała. Więc pytanie jest takie: czy to fizyka, czy coś głębszego - i czy w ogóle ma sens to rozdzielać?
Ja mam podobne obserwacje, choć z trochę innej strony. Praktykuję przy świecach od dłuższego czasu i zauważyłam, że jakość pracy naprawdę zmienia się zależnie od mojego stanu wewnętrznego - i nie chodzi tylko o koncentrację. Kiedyś próbowałam robić rytuał oczyszczający kiedy byłam wściekła. Wszystko technicznie poprawnie, słowa, gesty, czas. I nic. Potem powtórzyłam to samo tydzień później, spokojnie, nawet z jakimś ciepłem w środku - i coś wyraźnie drgnęło. Ale uśmiech jako taki... hmm. Czy chodzi o samą mimikę, czy o stan, który za nią stoi?
Zaraz, zaraz - bo właśnie o tym myślałam czytając poprzednie posty. Ten efekt z mimiką to chyba badania Paula Ekmana albo coś późniejszego z facial feedback. Ale tam chodziło głównie o to, że ołówek trzymany zębami powodował, że żarty wydawały się śmieszniejsze. To trochę inne niż wpływ na rytuał magiczny. Albo nie? Serio zastanawiam się, czy ktoś próbował świadomie wprowadzić uśmiech na początku pracy i sprawdzić, czy to coś zmienia, czy tylko czekamy aż stan przyjdzie sam?
W niektórych tradycjach zachodnioafrykańskich i w części praktyk ceremonialnych - nie tylko tych - stan twarzy praktykującego jest traktowany niemal jak parametr. Nie jako efekt uboczny skupienia, ale jako warunek wstępny wejścia w odpowiednią częstotliwość pracy. W tantrze tybetańskiej też są wskazówki dotyczące 'łagodnego uśmiechu bodhisattwy' podczas pewnych wizualizacji. Więc to nie jest jakiś wymysł - tylko że my w praktykach zachodnich rzadko o tym mówimy, bo skupiamy się na słowach i gestach.
Dobre pytanie i właściwie w tych tradycjach to nie jest rozdzielane. Wewnętrzne i zewnętrzne to nie są oddzielne warstwy. Uśmiech bodhisattwy podczas visualizacji deity-yoga pełni podwójną funkcję - 'kalibruje' praktykującego do jakości bóstwa i jednocześnie jest częścią formy, którą przyzywasz. Ale nie chcę za bardzo wchodzić w terminologię, bo to wymagałoby dłuższego kontekstu. Ważniejsze pytanie do was: kiedy pracujecie przy świetle - przy świecach, w określonym oświetleniu - czy świadomie dobieracie jego kolor lub natężenie do stanu, który chcecie osiągnąć?
A właśnie, oświetlenie to osobna sprawa. Ja pracuję wyłącznie przy świecach, bo nawet zwykłe żarówki mnie rozpraszają - jest w nich coś zbyt 'stałego', za dużo pewności. Płomień daje zmienność, jest żywy. Ale kolor świecy to też robi różnicę. Przy żółtej czy złotej mam zupełnie inny stan niż przy białej. Nie wiem, czy to sugestia wizualna, czy coś więcej.
Ja coś podobnego robiłam, choć nieświadomie. Mam przed każdą pracą coś w rodzaju krótkiej sekwencji - kilka oddechów, rozluźnienie ramion i właśnie coś z twarzą, choć nigdy tego nie nazywałam. Po prostu odpuszczam napięcie z żuchwy i okolic oczu. I faktycznie potem jest inaczej. Ale nie wiem, czy efekt bierze się z tego, czy z całej sekwencji. Trudno to rozdzielić, bo robię wszystko razem.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, które mnie drąży: czy to ma znaczenie, że pracujemy przy świetle w ogóle, a nie w ciemności? Bo czytałem gdzieś, że część tradycji celowo pracuje w ciemności właśnie po to, żeby twarz - i to, co wyrażamy - nie rozpraszało ani nas, ani czegokolwiek na zewnątrz. Coś jakby neutralność. Czy to ma sens z perspektywy tych, co praktykują?
To bardzo celna obserwacja. Maska w ciemności to obiekt, maska w świetle płomienia staje się aktorem. I tu wracamy do początku wątku - bo o co chodzi z tym uśmiechem przy pracy? Chodzi o to, że twarz przestaje być pasywna. Staje się częścią rytuału tak samo jak gest ręki. Pytanie, które mnie interesuje: czy wy w ogóle myślicie o swojej twarzy podczas pracy, czy to dzieje się samo?
Chcę tu wrócić do wątku oświetlenia, bo mi się coś skojarzyło. Przy świetle świec jest to bardzo widoczne - jak ktoś ma napięcie na twarzy, płomień to jakby 'odbija'. Ale przy mocnym białym świetle tego się w ogóle nie czuje. Może właśnie dlatego pewne tradycje tak mocno stawiają na konkretne oświetlenie - nie tylko dla atmosfery, ale dlatego że ono samo wymusza pewną jakość skupienia i inaczej eksponuje stan wewnętrzny? Nie wiem, czy to ma sens, ale jakoś tak to czuję.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, może naiwne: czy można się tego nauczyć? Znaczy - świadomego używania twarzy, tego stanu przy pracy? Bo to brzmi jakby był to rodzaj umiejętności, a nie coś, co się po prostu ma albo nie ma.
To jest właśnie ten moment, kiedy oświetlenie robi realną różnicę, bo przy świecach widzisz ruch, coś się zmienia w otoczeniu i to wciąga ciało inaczej niż siedząc przy zimnym LED-owym świetle. Ja przynajmniej tak to czuję - płomień coś uruchamia w percepcji, zanim zdążę się zastanowić czy 'jestem w rytuale'.
U mnie to rzeczywiście przyszło samo, ale już wiem dlaczego - miałam dużo ćwiczeń z samym ciałem poza rytuałami, przez co zaczęłam czuć różnice w stanach fizycznych. Twarz była potem łatwa do zauważenia, bo miałam już punkt odniesienia. Bez tego pewnie bym tego nie złapała.
Czytam to i jestem sceptyczna co do jednego: czy to nie jest tak, że każdy z was mówi o czymś subiektywnym i indywidualnym, i z tego budujemy jakąś ogólną teorię? Tzn. może to działa u osób z dużą wrażliwością ciała, a u innych twarz po prostu jest twarzą i nie ma większego znaczenia?
Do wątku z oświetleniem - mam inne podejście niż większość tutaj. Świece są świetne, ale byłem też na sesjach przy pełnej ciemności i przy sztucznym świetle, i różnica w jakości pracy wynikała głównie z tego, ile skupienia wnosiłem na wejściu. Oświetlenie wspiera, ale nie decyduje. Tak samo z twarzą - jeśli jest spójna z resztą, wzmacnia. Jeśli jej nie ma w równaniu, nie rozsypuje wszystkiego.
I tu jest sedno całego wątku, bo jeśli twarz jest kanałem, a nie tylko termometrem, to pytanie Piotrka z początku - czy uśmiech zmienia pracę - ma odpowiedź twierdząca, ale nie dlatego, że uśmiech coś 'wysyła na zewnątrz'. Raczej dlatego, że zmienia spójność między tym, co wewnętrzne, a tym, co wyrażone. A ta spójność to osobna jakość w rytuale.
To jest naprawdę dobre pytanie. Z mojego doświadczenia - tak, twarz jako pierwsza daje sygnał, że coś się posypało. Zanim zdążę to przetworzyć głową, już czuję, że szczęka zaciska się albo coś odpływa z okolic oczu. Jakby ciało raportowało stan szybciej niż świadomość.
Czekajcie, ale Edek mówi o obserwacji siebie, Paprotka o tym, że ktoś z zewnątrz jej wskazał, a Glifmistrz o hermetycznej tradycji. To są trzy różne porządki wyjaśnień. Czy one się tutaj na siebie nakładają, czy mówicie o tym samym zjawisku z różnych stron?
I tu wracamy do oświetlenia, bo mnie to nurtuje od jakiegoś czasu. Przy świecach dużo łatwiej mi zauważyć własną twarz - nie dosłownie, ale jakby mniej bodźców przeszkadza. Przy mocnym sztucznym świetle mam tyle innych sygnałów wizualnych, że ta subtelna informacja z twarzy po prostu ginie.
Dokładnie, i myślę, że to jest jeden z tych podziałów, który więcej zaciemnia niż wyjaśnia. Ja przestałem się zastanawiać, 'czy to działa przez fizykę czy przez coś więcej', i zacząłem sprawdzać, co faktycznie zmienia wynik. Oświetlenie zmienia. Twarz zmienia. Reszta to interpretacja.
To bardzo konkretne. A czy twarz zachowywała się inaczej przy tej latarce? Czyli czy to 'coś innego' czułeś też w twarzy, czy bardziej ogólnie w całym ciele?
Szczerze? Nie wiem. Wtedy w ogóle nie zwracałem uwagi na twarz. To jest właśnie to, o czym mówisz - nie miałem tego punktu odniesienia. Dopiero ta rozmowa sprawia, że myślę wstecz i próbuję rekonstruować coś, czego wtedy nie obserwowałem.
Ciekawe, że rekonstrukcja pamięci po fakcie w ogóle jest tu przydatna. Z tego co wiem o tym jak działa pamięć epizodyczna, to każde 'przypomnienie' jest trochę nową rekonstrukcją, nie odtworzeniem. Nie mówię, że doświadczenie Piotrka nie było realne, tylko że 'co czułem w twarzy trzy lata temu' jest naprawdę trudne do odzyskania rzetelnie.
Właśnie wróciłam do pytania Piotrka o tę latarkę. On mówił, że coś było 'inne' - i teraz zastanawiam się, czy ruch płomienia nie robi czegoś z uwagą, dosłownie fizycznie. Śledzenie migającego płomienia angażuje inaczej niż patrzenie na statyczne źródło. Może to nie jest kwestia nastroju, tylko po prostu jakości uwagi, która wchodzi w rytuał?
Dokładnie to samo pytanie miałam. I z mojego doświadczenia - płomień ułatwia, ale nie jest jedynym wyjściem. Robiłam podobne stany przy oknie z deszczem, przy wodzie w misce. Ruch nieregularny, nieprzewidywalny. Może chodzi o właśnie tę nieprzewidywalność, a nie o ciepło czy kolor?
Bo ogień jest jedynym elementem, który 'oddycha' - w sensie, że reaguje na ciebie. Przysuniesz twarz bliżej i płomień odpowiada. To jest jakiś rodzaj sprzężenia, którego deszcz za szybą nie daje. Może dlatego twarz przy świecy robi coś innego niż przy oknie - bo jest w dialogu z tym źródłem.
