Ostatnio wróciłem do starych notatek z pewnego seminarium i trafiłem na coś, co mnie zatrzymało na dłużej. Prowadzący wspominał, że zimno - to znaczy fizyczne odczucie zimna podczas rytuału - nie jest przypadkowe i że niektóre tradycje wręcz celowo je wywołują albo traktują jako sygnał, że coś się dzieje. Nie mówił jednak, co dokładnie. Zaczynam teraz kombinować, czy temperatura w ogóle ma jakiś związek z tym, jak działa magia, albo przynajmniej z tym, jak my ją odczuwamy. I tu pojawia mi się pytanie, które chcę tu wrzucić: czy ktoś w ogóle próbował podejść do tego od strony liczb? Mam na myśli - czy temperatura jako wartość mierzalna może cokolwiek znaczyć w kontekście magicznym? Bo zacząłem gdzieś czytać o tym, że niektórzy praktycy ceremonialny używają konkretnych progów temperatur albo pór roku powiązanych z liczbami w kalendarzu i że to nie jest przypadkowe. Ciekawy jestem, czy ktoś to gdzieś sprawdzał albo stosował.
Temat ciekawy, bo rzeczywiście zimno podczas rytuałów to coś, o czym mało kto mówi wprost. Zazwyczaj skupiamy się na ogniu, świecach, ciepłe - a zimno traktujemy jak przeszkodę albo przypadek. Tymczasem w niektórych tradycjach nordyckich zimno jest wręcz pożądane, bo wiąże się z jakością skupienia i z pewnym rodzajem otwarcia na coś. Nie wiem, czy to kwestia fizjologii, czy czegoś więcej, ale sama kilka razy doświadczyłam wyraźnego zimna w środku pomieszczenia, które było ciepłe. I to nie był przeciąg. Natomiast co do liczb - tu jestem mniej przekonana. Nie twierdzę, że to bez sensu, ale nie wiem, jak miałoby to działać w praktyce. Jak to widzisz od strony numerologii? Bo zakładam, że masz jakiś pomysł na to połączenie.
Zatrzymajcie się chwilę, bo tu mamy dwa zupełnie różne wątki splecione w jeden i warto je rozdzielić. Pierwsze - odczucie zimna podczas rytuałów. To jest opisywane w wielu tradycjach i ma swoje wyjaśnienia zarówno w obrębie samej magii, jak i poza nią. W hermetyce mówi się o tym, że pewne operacje angażują energię w taki sposób, że lokalna temperatura może subiektywnie - albo nawet obiektywnie - spaść. W szamanizmie syberyjskim zimno to jeden ze stanów przejściowych, wejście w przestrzeń między. To nie jest żadna nowinarka. Drugie - matematyka jako element magii. Tu już rozmawiamy o czymś zupełnie innym. Są tradycje, w których liczby mają znaczenie operacyjne, nie tylko symboliczne. Kabała, Agrippa w 'Occulta Philosophia', pewne nurty pitagorejskie - tam liczba nie jest metaforą, tylko tym, przez co coś działa. Ale łączenie tego z temperaturą jako wartością mierzalną to już coś, czego nie spotkałem w żadnym poważnym źródle. Skąd właściwie pomysł, że temperatura jako liczba miałaby znaczenie?
A ja mam inne pytanie do tego co tu piszecie - bo może nie rozumiem. Jeśli zimno podczas rytuału jest 'sygnałem' że coś się dzieje, to skąd wiadomo, że to nie po prostu stres albo skupienie powoduje że czujemy zimno? Tzn. biologicznie, jak się bardzo skupiasz, krew odpływa od kończyn, mozg pobiera wiencej, i człowiek dosłownie może czuć zimno. Myślałam o tym ostatnio i nie wiem jak to odróżnić.
Słucham tej dyskusji i myślę o tym z trochę innej strony. W tarocie jest coś, co nazywa się chłodem kart - to nie jest żaden oficjalny termin, sama tak to nazywam - czyli moment, kiedy talia jakby nie odpowiada, czytanie nie idzie, obrazy nie mówią nic. I zawsze zastanawiało mnie, czy to jest stan mój, czy coś zewnętrznego. Ale to co piszecie o temperaturze skłoniło mnie do myślenia, czy w ogóle warunki fizyczne wpływają na takie rzeczy. Czy ktoś z was zauważył, że przy konkretnej porze roku albo temperaturze pewne praktyki po prostu idą inaczej?
Czytam to od początku i jedna rzecz mnie zatrzymuje. Mówicie dużo o zimnie jako sygnale, ale mało o tym, co to zimno poprzedza albo po sobie zostawia. W praktyce, którą znam, zimno przed rytuałem jest traktowane jako gotowość przestrzeni - coś jakby cisza przed dźwiękiem. Ale zimno w trakcie to już coś innego, to może oznaczać, że praca jest aktywna. A zimno po - to już trzeba brać poważnie, bo może oznaczać, że coś zostało otwarte i nie zostało zamknięte. Czy ktoś z was rozróżnia te trzy momenty, czy traktujesz to zimno jako jedno zjawisko przez cały czas?
To 'przepustowość' jako pojęcie jest ciekawe, bo sugeruje, że nie chodzi o samą temperaturę jako taką, tylko o zestaw warunków, w których temperatura jest jednym elementem. Trochę jak w fizyce falowej - nie wystarczy amplituda, liczy się też medium i czas. Ale nie wiem, czy to nie jest zbyt daleko idąca analogia. Co sądzicie - czy magia w ogóle daje się opisywać językiem fizyki bez utraty czegoś istotnego?
