To co Kasandra77 mówi o nawyku - to mi otwiera inne pytanie w kontekście pisania. Jeśli piszę regularnie, notatki, dziennik, cokolwiek, to moment kiedy siadam i piszę intencję nie jest już niczym specjalnym z perspektywy nawyku. Czy to pomaga czy przeszkadza? Z jednej strony - nie ma oporu, nie ma ceremonialności. Z drugiej - może właśnie ta zwyczajność jest tym, co trzyma ego z boku.
Może cały ten wątek z markerami i sygnałami idzie w złym kierunku. Nie mówię że jest bez sensu, ale skupiamy się na tym co zewnętrzne - zeszyt, świeca, pora - a może granica między zwykłym pisaniem a rytuałem nie leży w rekwizytach tylko w tym, co się dzieje z oddechem i uwagą w momencie, kiedy zaczynasz. Można napisać intencję na paragonie z marketu i mieć pełną obecność. Można mieć ołtarz i myśleć o tym co na kolację.
Zatrzymuję się na tym "odświeżeniu skojarzenia" bo to jest bardzo praktyczne pytanie i nikt tu nie powiedział co z tym faktycznie robi. Czy ktoś ma jakiś sposób na to że rytuał pisze się stale ale nie robi się pusty? Nie pytam o teorię, pytam co konkretnie ktoś z was robi kiedy zauważa, że robi to mechanicznie.
Wtrącę się z boku, bo ta rozmowa zaczyna mi trochę przypominać dyskusję o tym jak nie rozmyślać. Im więcej metodologii nakładamy na pisanie jako rytuał, tym bardziej oddalamy się od tego co sprawia, że w ogóle działa - jeśli działa. Może jest coś w tym co Rgielka mówiła wcześniej, że nie wiedziała że pisze "według modelu" i właśnie dlatego poczuła efekt.
Kasandra77 ma rację z tym rusztowaniem, ale Czeremcha też coś wyciąga na wierzch. Są tradycje gdzie inicjacja w rytuał pisania polega właśnie na tym, że ktoś ci daje formę i mówisz rób tak bez wyjaśnienia - a wyjaśnienie przychodzi po tym jak masz za sobą kilka miesięcy praktyki. Nie na odwrót. Może właśnie dlatego rozumowanie od metodologii do praktyki jest trudniejsze niż od praktyki do rozumienia.
A mnie zastanawia inne rzecz - czy ta rozmowa sama w sobie jest już jakoś bliska temu o czym mówimy. Piszemy o pisaniu. Nazywamy to co robimy. Czy to nie jest ten sam gest tylko zbiorowy?
To co Czeremcha mówi to jest właściwie serce tego tematu i dziwię się że dopiero teraz to pada wprost. Pisanie jest medium które scala formę i treść. W innych rytuałach możesz wykonywać formę bez treści - zapalić świecę myśląc o zakupach. W pisaniu ciężej uciec od sensu bo żeby pisać, musisz jednak budować zdania. Chyba że piszesz automatycznie, ale to już osobna rozmowa.
Ja miałam oba i to jest inne uczucie, ale nie wiem czy "transformacja" to właściwe słowo dla obu. Po pisaniu intencyjnym jest coś w rodzaju zamknięcia - jakbyś postawiła kropkę. Po automatycznym jest raczej otwarcie, jakieś pytanie zawieszone w powietrzu. Nie wiem czy jedno jest silniejsze od drugiego, po prostu działają w innym kierunku.
To jest dobre pytanie i myślę że tak - sposób pisania zależy od tego co rozumiemy przez zmianę. Jeśli masz konkretną rzecz którą chcesz przekroczyć - piszesz to inaczej niż kiedy opisujesz stan w którym jesteś i nie wiesz dokąd idzie. Pierwsza sytuacja to bardziej deklaracja. Druga to coś bliższego świadectwu.
Ten "zmieniony adresat" to bardzo konkretna obserwacja. Właściwie w wielu tradycjach ustnych zaklęcia były formą bezpośredniego zwrotu - nie opisu stanu, ale mowy do kogoś lub czegoś. Pisanie jako rytuał kiedy jest adresowane ma inną gramatykę niż kiedy jest tylko opisowe. To nawet widać składniowo - zamiast "chcę żeby" piszesz "obejmuję", "oddaję", "przechodzę".
To nie musi być osobowy adresat. Może być proces, stan, czas, zmiana jako abstrakcja. W starszych formach zaklęć pisanych - np. teksty defixiones z antyku albo późniejsze grimoary - nie zawsze był bóg czy duch, czasem było po prostu nazwanie tego co ma nastąpić jakby było już obecne. Adresat to tylko jeden model, nie jedyny.
U mnie sygnałem jest nie to co jest po, tylko co jest podczas. Jak piszę i w połowie zdania nagle wiem coś czego nie wiedziałam kiedy zaczynałam - to jest ten moment. Nie efekt po tygodniu, nie zmiana którą obserwuję. Samo pisanie coś otwiera i to jest sygnał że to nie był tylko zapis.
Myślenie przez pisanie to jest zjawisko które opisywała między innymi Gabriela Rico - nie w kontekście magii, ale w kontekście pisania kreatywnego i tego jak linearny zapis angażuje inne procesy niż myślenie bez zapisu. Jeśli rytuał pisania ma efekt - to może właśnie przez ten mechanizm. Nie musi być sprzeczność między "to jest kognitywne" i "to jest rytualne".
To rozróżnienie między intencją a formą jest u mnie wciąż otwarte. Bo można mieć intencję bez żadnej formy i nic z tego nie wyjdzie. I można mieć formę bez intencji i też nic. Ale co jest ważniejsze kiedy jedno z nich jest słabsze? Czy silna intencja ratuje słabą formę?
Dodam że forma może też być za sztywna i wtedy blokuje. Miałam takie okresy kiedy siedziałam z idealnie przygotowaną kartką, właściwym atramentem, właściwą datą i... nic nie wychodziło bo cały czas pilnowałam formy zamiast pisać. To też jest coś o czym rzadko się mówi w kontekście rytuału pisania.
To jest bardzo konkretna obserwacja i właściwie pierwsza rzecz w tej rozmowie która mnie przekonała że za rytuałem pisania stoi jakaś realna praktyczna logika. Bo różnica między permanentnym a wymazywalnym - to jest coś czego naprawdę można doświadczyć, nie trzeba w to wierzyć.
A co z cyfrowym pisaniem? Pytam serio bo dużo osób dzisiaj pisze na telefonie albo w notatniku online i zastanawiam się czy to w ogóle wchodzi w grę jako rytuał. Brakuje tej fizyczności. Ale może dla kogoś kto pisał cyfrowo przez całe życie, to jest bardziej naturalne.
Cyfrowe pisanie to ciekawy problem i nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Fizyczność nośnika robi różnicę, ale nie dlatego że papier jest "bardziej magiczny" - raczej dlatego że angażuje inne pętle sensoryczne. Piszesz ręcznie i czujesz opór narzędzia, temperaturę, rytm. To wszystko wchodzi do doświadczenia. Na klawiaturze tego nie ma. Ale z drugiej strony - znam osoby które od lat prowadzą bardzo świadome praktyki całkowicie cyfrowo i nie widzę żeby to im przeszkadzało. Więc może pytanie nie jest czy cyfrowo czy analogowo, tylko czy twoje ciało jest zaangażowane w to co robisz?
ja piszę dużo na telefonie i szczerze to nigdy nie traktowałam tego jako rytuał, właśnie przez brak tej fizyczności o której piszecie. ale teraz się zastanawiam czy robiłam sobie krzywdę czy po prostu nie próbowałam. czy ktoś to w ogóle testował - ten sam tekst, raz ręcznie raz na klawiaturze, i sprawdzał czy cokolwiek czuje inaczej?
Sama robiłam coś takiego, choć nie metodycznie. Przez jakiś czas pisałam deklaracje transformacyjne w notatniku na laptopie bo miałam tam wszystko poukładane. I fizycznie było wygodniej. Ale zawsze po jakimś czasie wracałam do zeszytu - nie dlatego że z góry zakładałam że to lepsze, tylko że coś mi się nie domykało przy tym cyfrowym. Może to jest właśnie ta różnica o której pisze Lurisk - nie tyle nośnik co czy coś się domknęło czy nie.
To domknięcie to jest ciekawy wątek. Przy pisaniu ręcznym jest jakiś moment kiedy skończysz i odłożysz długopis - i to jest fizyczny sygnał końca. Na klawiaturze... zamykasz zakładkę? To nie jest to samo. Rytuał potrzebuje jakiegoś gestu zamknięcia i przy cyfrowym jest z tym problem strukturalny.
Ja to robiłam trochę inaczej - pisałam na komputerze pierwsze wersje, żeby w ogóle wyrzucić co mam w głowie, a potem przepisywałam ręcznie tylko to co zostało jako ważne. Przepisywanie było dla mnie tym momentem który coś selekcjonował. Nie wiem czy to rytuał ale działało jako filtr.
To co opisuje Teodozja.2 przypomina mi trochę praktykę lectio divina - to czytanie medytacyjne z tradycji benedyktyńskiej gdzie tekst czyta się wielokrotnie, za każdym razem inaczej, i dopiero w którymś podejściu coś zaczyna naprawdę trafiać. Może w pisaniu transformacyjnym ta wielokrotność - szkic, przepisanie, finalne słowa - ma podobną funkcję? Nie wiem, ale coś w tym siedzi.
Dobra, ale wróćmy do tego czego mi tu brakowało przez chwilę - mówicie o procesie, o fizyczności, o metodach. Ale nadal nie wiem jak rozpoznać że transformacja przez pisanie rzeczywiście się wydarzyła. Bo mogę mieć piękny rytuał, ręczne pismo, świeczkę, papier który potem spalę - i dalej nie wiedzieć czy coś przeszło czy piszę do szafy.
ale Dominisia to nie może być po prostu to że upłynął czas i zmieniłaś zdanie naturalnie? Pytam bez złośliwości, naprawdę nie wiem jak to odróżnić.
Ten akt notarialny to dobra metafora. W antropologii rytuału jest coś takiego jak "performatyw" - wypowiedź która nie opisuje rzeczywistości ale ją tworzy w momencie wypowiedzenia. "Ogłaszam was mężem i żoną" nie opisuje faktu, ten fakt tworzy. Pisanie transformacyjne może działać podobnie - nie opisujesz zmiany która już zaszła, tylko ją deklarujesz i tym piszesz ją w istnienie. To Austin, filozofia języka, nic ezoterycznego, ale myślę że mechanizm jest ten sam.
Ja bym powiedziała że wiara nie musi być pełna na starcie, tylko nie może być aktywnego sabotażu. Pisałam kiedyś przez mocne wewnętrzne opory i nic z tego nie wyszło - nie dlatego że forma była zła, ale dlatego że połowa mnie pisała "zmieniam się" a druga połowa krzyczała "nieprawda". To nie był rytuał, to była kłótnia z kartką.
