Ale właśnie, czy to nie jest zwykłe dziennikowanie wtedy? Bo terapeuci też mówią żeby pisać żeby zobaczyć co siedzi w głowie - i nikt tego nie nazywa magią. Gdzie jest ta granica między pisaniem jako autorefleksją a pisaniem jako rytuałem transformacyjnym? Pytam serio, bo mi ta granica zaczyna być coraz mniej wyraźna.
To nie jest takie dowolne jak brzmi. Rama to konkretne działania przed i po - coś co odcina czas zwykły od czasu rytuału. Może to być zapalenie świeczki, może cisza przez minutę, może specjalny zeszyt który służy tylko do tego. Chodzi o to żeby twój układ nerwowy też wiedział że to nie jest kolejny wpis w notatniku. Van Gennep pisał o progach w kontekście rytuałów przejścia - ten próg jest też w pisaniu, tylko musisz go fizycznie zaznaczyć.
Mam wrażenie że im dłużej rozmawiamy tym bardziej wychodzi że transformacja przez pisanie to nie jest jeden moment tylko cały łuk. Zaczyna się przed - od decyzji że to będzie rytuał, przez próg o którym mówi Lurisk, przez sam akt pisania gdzie wychodzi opór albo zgoda, i kończy się jakimś gestem domknięcia. I dopiero ten cały łuk razem robi robotę. Bo jak brakuje któregoś elementu - na przykład nie ma domknięcia albo nie ma intencji na początku - to może być ładnie napisane ale coś nie gra.
