W Appalachian folk magic, która jest mieszaniną różnych tradycji europejskich i rdzennoamerykańskich, jest coś co się nazywa 'vinegar jar' albo 'sour jar', i to jest skierowane na konkretną osobę. Nie przez jedzenie sensu stricto, ale przez marynowanie albo kiszenie z intencją. Cel jest różny w zależności od wersji, w łagodniejszych chodziło o 'skwaszenie' obecności kogoś w czyimś życiu. To nie jest gotowanie ale to jest praca z żywnością jako medium.
Zenek, to ciekawe z tym vinegar jar, ale wróćmy do pytania Drozdzi bo mam wrażenie że dryfujemy. Jeśli rozmawiamy o magii kuchennej i o jedzeniu które ktoś je, to te tradycje z kiszonkami i słoikami to jednak inna kategoria. Czy istnieje coś gdzie gotowanie posiłku który spożywa konkretna osoba niesie intencję oddalenia? Nie słyszałam o czymś takim.
Ja słyszałam o czymś przy okazji hoodoo, gdzie do jedzenia dodawano coś z intencją że osoba 'idzie swoją drogą', dosłownie. Były do tego używane zioła związane z podróżą albo ruchem. Ale szczerze nie pamiętam skąd to mam i czy to było wiarygodne źródło, więc daję to ostrożnie.
turkusowa ale co to znaczy 'idzie swoja droga', ze idzie fizycznie gdzies czy ze odchodzi z czyjiegos zycia? bo to roznica. i czy to bylo podawane tej osobie bez jej wiedzy? bo to juz by bylo wkladanie czegos do jedzenia
Dobra ale to otwiera coś ważnego. Czy w ogóle można mówić o magii kuchennej skierowanej na kogoś bez jego wiedzy bez wchodzenia w obszar gdzie fizycznie coś dodajemy do jedzenia? Bo jeśli tak, to jaki jest mechanizm? Para? Intencja w przestrzeni? Coraz mniej mi to trzyma kupy.
azalia to piszesz to co ja sobie mysle od kilku postow ale nie wiedzialam jak to ubrać w slowa. moze to nie jest jedna kategoria tylko kilka zupelnie roznych praktyk ktore tylko przez skojarzenie z kuchnia zostaly nazwane tak samo
okej to rozumiem ze nie ma prostej odpowiedzi ale z tego co mowiliscie wynika ze tradycje istnieja, ze sa rozne mechanizmy, i ze kazdy ma swoja etykę. wiec pytanie czy ktos tu kiedykolwiek pracował z czyms podobnym i co z tego wyszlo, nie w sensie efektu magicznego tylko co to robilo z osoba ktora to robilą
celestynka ale ja nie pytam tylko o autorefleksje. pytam czy cos takiego dziala. wiem ze to trudne pytanie i ze nie ma jednej odpowiedzi ale troche sie krecimy.
a ja mam inne pytanie bo może to głupie ale nigdy nie rozumiałam - jak w ogóle miałoby to działać fizycznie? nie mówię że nie działa, pytam serio, jaki jest mechanizm. bo jeśli para z gotowania, to czy ta para leci tylko do tej jednej osoby? czy do wszystkich w pobliżu? i jak intencja wie do kogo ma trafić?
halka zadała dobre pytanie i azalia ładnie to ująła z tymi metaforami. mnie zawsze zastanawiało czy ludzie którzy to robią w tych tradycjach w ogóle sobie ten mechanizm tłumaczyli czy po prostu robili bo tak przekazała babcia i tyle
ale jeśli nie ma mechanizmu to po co w ogóle to robić, szczerze pytam. bo z tego co zenek pisał wychodzi że chodzi o autorefleksję, z tego co azalia pisze wychodzi że metafory, z tego co bronislawa mówi wychodzi że tradycja bez teorii. a gdzie w tym jest praktyczna odpowiedź dla kogoś kto ma konkretny problem?
zenek ale co to znaczy ze 'krzywdę zrobi'? mowisc ze siedzenie przy gotowaniu i myslenie o kimś jest złe? bo jak ktos jest w trudnej sytuacji to i tak myśli. moze lepiej ze ma coś do robienia przy tym
Zenek to właściwie dużo ważniejsza uwaga niż mi się wydawało na początku. Bo jeśli ktoś gotuje z intencją 'odejdź' każdego dnia przez tydzień, to co się dzieje z tą osobą? Czy nie zaczyna całego swojego życia kuchennego organizować wokół tej jednej myśli?
celestynka to brzmi jak że mówisz mi żebym tego nie robiła bez mówienia mi żebym tego nie robiła 🙂 ale rozumiem punkt. tylko wiesz co, czasem człowiek jest tak bardzo w tej sytuacji ze trudno mu w ogóle nie myśleć o tym. przynajmniej rytuał daje jakis ramy.
Halka to jest pytanie które przeszło mi przez głowę już dużo wcześniej w tej dyskusji. Myślę że granica jest w intencji i w tym czy osoba traktuje to jako symboliczne czy jako przyczynowo-skutkowe. Choć przyznam że sama nie wiem czy ta granica jest wyraźna w praktyce.
ale czy to nie jest trochę tak, że każda tradycja magiczna ma to założenie że intencja coś robi? bo jeśli zdejmiemy z magii kuchennej efekt zewnętrzny i zostanie tylko praca z własnymi emocjami, to czy to nie jest wtedy po prostu medytacja z garnkiem w roli głównej
drozdzia sie nie odzywa od kilku postów, mam nadzieje ze dyskusja jej czymś pomogła a nie tylko zamieszała bardziej. drozdzia jesteś tu jeszcze?
fela jestem, czytam 🙂 zamieszała troche tak ale to nie jest zle. chyba potrzebuję jeszcze czasu żeby to poukładać. na razie zaczne od tego co zenek pisał wcześniej, od sformulowania intencji na piśmie zanim w ogóle cokolwiek zrobie. zobaczymy co z tego wyjdzie.
drozdzia to jest dobry pomysł z tym zapisaniem intencji najpierw. bo to zmusza do konkretności. nie możesz napisać 'chcę żeby odeszła' i skończyć, musisz odpowiedzieć sobie - co właściwie chcę żeby się stało, w jakim czasie, co z tego będzie dla mnie i dla innych. i często już na etapie pisania okazuje się że intencja jest bardziej skomplikowana niż się wydawało.
a mnie zastanawia coś innego - jeśli cała ta rozmowa doprowadziła nas do wniosku że rytuał to głównie praca z własnym wnętrzem, to czy drozdzia w ogóle potrzebuje do tego jedzenia? bo z tego co zenek pisał, i z tego co azalia dodała o ramie dla emocji, to wydaje się że format jest dowolny. czemu akurat kuchnia?
halka to dobre pytanie i szczerze nie znam dobrej odpowiedzi. w appalachian granny magic i podobnych tradycjach to faktycznie był kontekst bardzo kobiecy, ale to wynikało z realiów społecznych, nie z jakiejś zasady że mężczyzna nie może gotować z intencją. w hoodoo mężczyźni też pracowali z jedzeniem. myślę że to jest jeden z tych obszarów gdzie tradycja i jej historyczny kontekst rozjeżdżają się z obecną praktyką i każdy jakoś to dla siebie rozstrzyga.
a wracając do drozdzi - drozdzia napisała że zaczyna od intencji na piśmie. ciekawi mnie co dalej, bo zakładam że do tej sytuacji z osobą trzecią nie dojdzie od razu do żadnego gotowania, skoro zenek sam mówił żeby się zatrzymać i pomyśleć. drozdzia planuje w ogóle jakiś konkretny rytuał czy to zostanie na etapie pracy z intencją?
galaktyka jeszcze nie wiem. zenek miał rację ze mnie trochę poniosło na początku i chciałam gotowac od razu nie myśląc po co i co to właściwie ma dać. teraz jak to wszystko czytam to widzę że nie miałam nawet sprecyzowanego co chcę osiągnąc. nie 'odejście' konkretne tylko w ogóle - co? żeby mi było lepiej? żeby sytuacja się rozwiązała? żeby ta osoba zniknęła z życia kogoś? to są rożne rzeczy.
zenek jak to rozroznic w praktyce? bo jak ktos mowi ze chce żeby jej było lepiej, to moze to oznaczac ze ta osoba zniknie z zycia jej partnera. to niby jest intencja dla siebie ale skutek jest dla kogoś innego. jak to rozgranczyc?
