Zaczęłam ostatnio notować wszystkie swoje próby z pisaniem i coś mnie uderzyło - mam wrażenie, że kiedy przepisuję to samo zdanie 33 razy, efekt jest inny niż gdy piszę je 7 albo 21 razy. Ale nie wiem, czy to kwestia samej liczby, czy po prostu przy 33 powtórzeniach jestem już tak zmęczona, że przestaję myśleć i zaczynam rzeczywiście czuć to co piszę. Macie podobne obserwacje? Pytam, bo nie znalazłam nigdzie żadnego sensownego wyjaśnienia, skąd w ogóle wzięły się te konkretne liczby w praktykach z wypisywaniem.
To jest ciekawe pytanie, ale zastanawiam się, czy nie odwracasz kolejności przyczyny i skutku. Czy efekt jest inny, bo liczba jest magiczna, czy dlatego że sam akt wielokrotnego pisania wprowadza cię w określony stan? Bo jeśli to drugie, to liczba jest tylko pretekstem do osiągnięcia tego stanu, nie przyczyną.
Dokładnie to samo pytanie mam od lat i nadal nie mam na nie jednoznacznej odpowiedzi. Moje doświadczenie jest takie, że 33 to liczba pojawiająca się głównie w tradycjach opartych na kabale i numerologii chrześcijańskiej - wiek Chrystusa, 33 kręgi kręgosłupa itd. Natomiast 7 i 21 wchodzą mocno przez planetarne systemy magii ceremonialnej. Problem w tym, że większość ludzi miesza te tradycje bez żadnej refleksji i potem się dziwią, że nie wiedzą, dlaczego robią to, co robią.
Trzeba tu chyba rozróżnić kilka warstw, bo rozmawiacie o bardzo różnych rzeczach jednocześnie. Wypisywanie jako praktyka magiczna ma różne korzenie w zależności od tradycji. W grimoirach z XVII-XVIII wieku, takich jak Clavicula Salomonis czy Grimoire du Pape Honorius, liczba powtórzeń modlitw i zapisów wiązała się bezpośrednio z planetarną godziną rytuału - nie chodziło o samą liczbę, ale o to, żeby zapis był wykonywany przez określony czas pod wpływem konkretnej planety. Liczba była więc pochodną czasu, nie odwrotnie. Zupełnie inaczej wygląda to w tradycji japonskiej shikigami czy w praktykach zen, gdzie wielokrotne przepisywanie sutr nie miało mieć żadnego efektu zewnętrznego, a jedynie prowadzić do pustki umysłu. To są dwie zupełnie różne filozofie i wrzucanie ich do jednego worka prowadzi do nieporozumień.
A co w takim razie z dziećmi albo z ludźmi, którzy praktykują rytuały w kulturach, gdzie są one częścią codzienności, nie duchowości? W Japonii przepisywanie sutr w świątyniach robią ludzie, którzy sami przyznają, że nie wiedzą co przepisują. Czy to znaczy, że to w ogóle nie działa? Albo że działa inaczej?
Mam wrażenie, że za bardzo komplikujecie prostą sprawę. Liczba ma znaczenie, bo liczby same w sobie niosą energię - każda cyfra vibruje na innej częstotliwości i tyle. 33 to liczba mistrzowska w numerologii i dlatego akurat ona pojawia się w tylu praktykach.
Właśnie, bo jeśli mamy powiedzieć, że liczba 33 wibruje inaczej niż 34, to potrzebujemy jakiegoś mechanizmu. Sama numerologia jako system jest wewnętrznie spójna, ale spójność wewnętrzna nie oznacza prawdziwości. Pitagorejskie przypisanie właściwości liczbom wynikało z obserwacji proporcji w muzyce i geometrii - to była matematyka, nie mistyka. Późniejsze interpretacje poszły w zupełnie inną stronę i nikt nie potrafił wyjaśnić dlaczego akurat tak.
Wracając do mojego pierwotnego pytania, bo chcę zobaczyć, czy mogę wyciągnąć z tego coś praktycznego - skoro nie ma zgody co do mechanizmu, to jak wy podchodzicie do tego w praktyce? Trzymacie się konkretnych liczb z jakiegoś systemu, czy robicie tyle powtórzeń, ile sami czujecie, że wystarczy?
Mam jeszcze inne pytanie, które się tu kręci niezadane wprost - czy wypisywanie w ogóle różni się od mówienia? Bo jeśli efekt jest czysto psychologiczny i chodzi o skupienie oraz stan, to dlaczego akurat pisanie miałoby być lepsze od głośnego powtarzania?
Są badania psychologiczne, nie magiczne, dotyczące ręcznego pisania notatek kontra pisanie na laptopie i te badania pokazują, że ręczne pisanie poprawia zapamiętywanie i rozumienie. Mechanizm jest prawdopodobnie właśnie taki jak mówi Gabrysieńka - wolniejszy proces, przetwarzanie każdego słowa. Pytanie oczywiście, czy to cokolwiek mówi o magicznym wypisywaniu, ale może wyjaśniać, czemu tradycje nalegają na ręczne pismo.
Weszłam tu przez wątek o medytacji i zostałam, bo to jest pytanie, które mnie od dawna nurtuje. Czy ktoś próbował wypisywania z zamkniętymi oczami, czyli tak żeby w ogóle nie widzieć co pisze? Brzmi dziwnie, ale chodzi mi o to, żeby odciąć właśnie ten wzrokowy kanał i sprawdzić, czy coś odpada. Może się okazałoby, że jednak wzrok jest kluczowy albo że w ogóle nie ma znaczenia.
Nie wiem po co tyle analizować. Pisałam 55 razy przez kilka tygodni i zmieniło się konkretnie to, o czym pisałam. Czy to był próg zmęczenia, czy skupienie, czy liczba - nie wiem i szczerze nie potrzebuję wiedzieć. Działa i tyle.
To nie jest to samo. Można wierzyć, że coś działa, i jednocześnie pytać dlaczego - te pytania się nie wykluczają. A mechanizm jest ważny właśnie dlatego, że jeśli efekt zależy od skupienia, to wiem, że muszę zadbać o skupienie. Jeśli zależy od liczby, to wiem, że muszę liczyć dokładnie. Jeśli zależy od wiary, to wiem, że sceptyczna próba niczego mi nie powie. To są praktyczne różnice.
Chcę wrócić do pytania, które postawił Szeptacz wcześniej, a które trochę zginęło w tej dyskusji - Latawica, pisałaś o tym, że po kilku tygodniach pisania tego samego zdania zaczęłaś je czuć inaczej, że zdanie 'żyje własnym życiem'. Czy możesz powiedzieć więcej o tym? Bo to brzmi jak coś konkretnego, co mogłoby powiedzieć coś o samym procesie.
Właśnie. A do tego dochodzi czas gramatyczny - 'mam spokój' działa inaczej niż 'będę mieć spokój', i nie chodzi tylko o afirmacyjny trik, że teraźniejszość jest lepsza. Chodzi o to, że 'będę mieć' zakłada dystans, brak, pożądanie. To może budować napięcie, które paradoksalnie utrzymuje człowieka w stanie pożądania zamiast w stanie bycia. Pamiętam, że czytałem o tym gdzieś w kontekście magii chaosu, ale nie pomnę gdzie.
Chyba nie wywraca, tylko dodaje zmienną. Bo może odpowiedź brzmi: liczba ma znaczenie, ale nie jest jedyną zmienną i nie jest zmienna niezależna. Zależy od formy zdania, od stanu w jakim piszesz, od tego czy masz fizyczny przedmiot czy nie, od tego czy liczysz czy nie liczysz. To trochę frustrujące, bo szukam czegoś, co mogę zastosować w praktyce, a wychodzi na to, że każda odpowiedź to nowe pytanie.
I do tego dochodzi coś, o czym jeszcze nie rozmawialiśmy wprost - wiara. Bo jeśli forma zdania i stan podczas pisania są ważne, to wiara w to, że cokolwiek z tego wyniknie, też musi być gdzieś w tym równaniu. Pytanie tylko w jakim miejscu. Jako warunek wstępny, jako wzmacniacz, czy może jako oddzielna zmienna, która może kompensować słabe skupienie?
Dokładnie to samo napięcie istnieje w pracy z czakrami - są ludzie, którzy absolutnie nie wierzą w czakry jako struktury energetyczne, a mimo to efekty ćwiczeń są u nich wyraźne. I odwrotnie - są tacy, którzy wierzą głęboko, a nic się nie zmienia. To podważa prostą zależność wiara-efekt.
To jest stara debata i ma kilka poważnych wejść filozoficznych. William James pisał o 'will to believe' - że samo otwarcie się na możliwość, bez pewności, może wystarczyć do uruchomienia procesu. To nie to samo co wiara rozumiana jako pewność. Bardziej jak zawieszenie aktywnego oporu. Pytanie do praktyków tu obecnych: czy mieliście doświadczenie, gdzie sceptycyzm wyraźnie interferował z praktyką?
Mnie to zastanawia inaczej. Jeśli mechanizm działa niezależnie od wiary, to wypisywanie jest czymś w rodzaju techniki, nie praktyki duchowej. A to całkowicie zmienia podejście do liczby powtórzeń - bo wtedy liczy się precyzja wykonania, nie intencja.
Właśnie tu się nie zgadzam, bo z moich obserwacji wynika, że to nie jest ani-ani. Kiedy byłam w stanie, który nazwałabym sceptycznym ale otwartym, wyniki były zbliżone do tych z pełnym zaangażowaniem. Ale kiedy aktywnie myślałam 'to jest bez sensu' podczas pisania - i to jest kluczowe, podczas - efekt był inny. Jakby opór wchodzący w trakcie robił coś ze skupieniem.
Czekaj, bo to jest istotne. Mówisz, że opór w trakcie pisania zmieniał efekt. Ale jak rozróżniasz między 'opór zmienił coś energetycznie' a 'opór rozbił skupienie i to skupienie było zmienną'? Bo te dwa wyjaśnienia prowadzą do bardzo różnych wniosków.
To brzmi jakbyście potrzebowali kontrolowanego eksperymentu z grupą ludzi piszących to samo zdanie z różnymi nastawieniami. Co oczywiście jest niewykonalne w domowych warunkach, ale w zasadzie to jest dokładnie to, co psychologia afirmacji próbuje robić w badaniach. Tylko że tam 'efekt' mierzy się inaczej niż w magii.
Wchodzi tu też kwestia placebo i to jest ciekawsze niż się wydaje - bo efekt placebo nie jest 'udawaniem', on jest mierzalny fizjologicznie. I działa nawet kiedy pacjent wie, że dostaje placebo. Może wypisywanie działa przez podobny tor - uruchamia coś realnego przez samą strukturę praktyki, niezależnie od meta-przekonań.
Słyszałam kiedyś o tak zwanym open-label placebo, że właśnie o to chodzi - pacjenci wiedzą że dostają placebo i to nadal działa. Jeśli to można przenieść na wypisywanie, to może wiara jako przekonanie poznawcze jest w ogóle mniej ważna niż rytualna struktura samego działania?
Wracam do liczby, bo chyba za bardzo odpłynęliśmy. Jeśli przyjmujemy, że struktura rytualna ma znaczenie niezależnie od wiary, to liczba powtórzeń jest częścią tej struktury. I wtedy znowu wraca pytanie - czy konkretna liczba, czy próg, za którym coś się zmienia?
W sumie to jedyna uczciwa odpowiedź na pytanie z tytułu jest właśnie taka niejednoznaczna. Ale nadal uważam, że dla konkretnej osoby, w konkretnej praktyce, można empirycznie znaleźć swój próg. Moje 55 może być czyimś 33 albo 108. Sprawdzasz i wiesz.
