Siedziałam ostatnio nad starymi zdjęciami z dzieciństwa i coś mi kliknęło w głowie. Wiele rytuałów, które znam, opiera się na koncentracji, na skupieniu uwagi na konkretnym obrazie, miejscu, czasie. Ale nostalgia to coś innego niż zwykłe wspomnienie - to jakiś specyficzny stan emocjonalny, trochę smutny, trochę ciepły jednocześnie. I zastanawiam się, czy ten stan sam w sobie może być czymś więcej. Czy ktoś kiedykolwiek celowo używał nostalgii w pracy magicznej? Nie mówię o wspomnieniu jako obiekcie skupienia, ale właśnie o tym uczuciu tęsknoty za czymś, co minęło. Mam wrażenie, że to jest coś specyficznego energetycznie, ale nie umiem tego do końca uchwycić.
To ciekawe co piszesz, bo ja akurat ostatnio dużo myślałam o tym, że w magii bardzo często pracujemy z teraźniejszością albo z przyszłością, a przeszłość traktujemy jako coś zamkniętego. A nostalgia to jest właśnie takie przywołanie przeszłości do teraźniejszości - nie przez intelekt, tylko przez ciało i emocje. Jak mnie łapie taka fala tęsknoty, to czuję to dosłownie w klatce piersiowej. Czy takie fizyczne odczucie mogłoby być jakimś punktem wejścia do pracy rytualnej? Sama nie próbowałam tego świadomie, ale teraz mam ochotę poeksperymentować.
Mam podobne odczucia jak wy, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem co Salomejka miała na myśli. Bo jest różnica między rytuałem, w którym świadomie wywołujesz nostalgię jako stan, a tym, że nostalgia cię po prostu nachodzi i przy okazji coś robisz rytualnie. Które z tych dwóch miałaś na myśli? Bo wydaje mi się, że to dwie różne sprawy z zupełnie inną dynamiką.
W tradycjach rdzennych, na przykład u Celtów, pamięć przodków była czymś aktywnym, żywym - nie sentymentem, ale realnym połączeniem. Dziady u Słowian też nie były tylko upamiętnieniem, to był konkretny kontakt. Pytanie, czy nostalgia jako doświadczenie osobiste to ten sam mechanizm, tylko w skali jednostkowej? Tzn. czy tęsknota za własną przeszłością może otwierać podobne kanały co rytuały pracy z przodkami?
To co Martynka pisze o Celtach to jest ważny trop, ale chcę dodać jeden element. W walijskiej tradycji jest pojęcie 'hiraeth' - to jest coś więcej niż nostalgia po angielsku czy polska tęsknota. To jest tęsknota za miejscem albo czasem, który mógł nie istnieć, albo do którego nie można wrócić. Część badaczy folkloru opisuje to jako specyficzny stan, który otwierał wrażliwość na awen - natchnienie, które Celtowie traktowali jako coś przepływającego przez świat. Czy to nie jest właśnie ta energia, o której mówi Salomejka? Ten stan 'między'?
Ja bym tutaj uważała z tym hiraeth, bo to jest pojęcie mocno romantyzowane w internecie i często oderwane od kontekstu. Czytałam, że walijscy językoznawcy sami narzekają, że to słowo stało się memem i straciło swoją głębię. Więc zanim zaczniemy budować rytuały na tym fundamencie, warto sprawdzić czy to co o tym czytamy to faktyczna tradycja, czy już popkulturowa nadbudówka.
Ja sobie zapisałam ten wątek z hiraeth, bo to mi daje nowy kąt do numerologii - ale nie będę teraz odpływać za daleko. Wróćmy do sedna: czy ktoś z was próbował praktycznie pracować z pamięcią w kontekście magicznym? Nie teorię, ale konkret. Co robiłaś, co poczułaś, co się stało? Pytam, bo mam wrażenie, że ta dyskusja jest trochę zbyt abstrakcyjna i dobrze byłoby ją zakorzenić w jakimś doświadczeniu.
Dobra, to mogę podzielić się czymś konkretnym. Mam taki rytuał, który zaczął się przypadkowo - zaczęłam palić kadzidło, które miała moja babcia, jeszcze z jej czasów. Nie robiłam nic szczególnego, po prostu go zapaliłam. I ten zapach wywołał takie przywołanie jej obecności, że po prostu zaczęłam do niej mówić jak do żywej. Nie modlitwa, nie wezwanie, po prostu rozmowa. I to co poczułam potem - takie dziwne uspokojenie i klarowność - było inne niż po zwykłej medytacji. Czy to była magia? Nie wiem. Ale coś się wydarzyło przez ten zapach i przez tę pamięć razem.
Hej, ale jak mam to połączyć ze swoją praktyką? Bo to brzmi teraz bardzo naukowo i trochę gubię wątek. Czyli co - mam się nie starać? Jak niby nie starać się starać? To brzmi jak paradoks.
Nawiążę do tej warstwy dźwiękowej, bo temat wątku wspomina o brzmieniach. W tradycji nordyckiej, którą się zajmuję, galdr - pieśni runiczne - były śpiewane często właśnie z elementem reminiscencji, przywołania konkretnych sił czy opowieści. Nie jako wspomnienie sentymentalne, ale jako uaktywnienie wzorca. Hávamál opisuje jak Odyn 'śpiewa' runy w sposób, który przywołuje ich pierwotną moc - to nie jest kreacja od zera, to jest przypomnienie czegoś co już istnieje. Czy nostalgia jako stan psychiczny może działać podobnie - jako przypomnienie, a nie tworzenie?
Czytam to i myślę o tym jak wikingowie w filmach wyją przed bitwą, ale chyba to nie to 🙂 Czy te dźwięki miały jakiś związek z konkretnymi runami? Tzn. czy każda runa miała swoje brzmienie?
To jest naprawdę dobre pytanie i właściwie dotyka czegoś, o czym mało kto mówi wprost. W wielu tradycjach śpiew czy recytacja pełnią dokładnie tę rolę - absorbują uwagę analityczną, żebyś nie 'myślał za głośno'. Robisz coś ustami i skupiasz się na dźwięku, a intencja działa gdzieś pod spodem, bez ciągłego monitorowania. To nie jest paradoks - to jest mechanizm.
Ja mam podobne doświadczenie z dźwiękiem, choć zupełnie innym. Mam starą szkatułkę muzyczną po prababci i jak ją nakręcam i słucham, to jest taki stan zawieszenia między teraźniejszością a czymś bardzo odległym. Nigdy nie robiłam z tym rytuału jako takiego, ale zastanawiam się czy to ma sens żeby spróbować. Pytanie tylko jak - czy po prostu być w tym stanie i mieć intencję, czy jakoś to bardziej ustrukturyzować?
No i właśnie tu mam problem praktyczny. Bo nie mam szkatułki po prababci ani kadzidła babci. Jak ktoś nie ma tych 'kluczy' - przedmiotów, zapachów, dźwięków z przeszłości - to czy w ogóle może pracować z nostalgią magicznie? Czy to jest technika tylko dla tych, którzy mają do czego wracać?
Ale czy to jest to samo? Czuję że jest różnica między 'moje kadzidło babci' a 'stary zapach który kojarzę z dawnymi czasami'. Pierwsze ma jakiś ładunek osobisty, historię, konkretną osobę w tle. Drugie jest bardziej... ogólne. Nie twierdzę że jedno jest lepsze od drugiego, ale mam wrażenie że to jednak inne stany.
Mi się wydaje że obydwa mają sens, tylko do różnych rzeczy. Jak pracujesz z czymś osobistym - własna linia, własni przodkowie, własna historia - to jest jeden rodzaj pracy. A jak wchodzisz w coś bardziej ogólnego, kolektywnego, to jest inny zasięg. Nie mówię że szerszy albo węższy, bo nie wiem, ale jakościowo inny.
Właśnie to miałam na myśli mówiąc o Halbwachsie - pamięć zbiorowa nie jest dostępna każdemu w równym stopniu. Możesz wejść w coś przez empatię kulturową, przez wieloletni kontakt, przez studiowanie - ale to nie to samo co wyrastanie wewnątrz tej tradycji. Choć z drugiej strony Halbwachs pisał też, że każda pamięć zbiorowa jest żywa tylko dopóki istnieje wspólnota która ją podtrzymuje. Więc może właśnie wchodzenie z zewnątrz jest teraz jedyną opcją dla wielu tradycji.
Dobra, ale czy ktoś próbował to celowo wykorzystać? Bo rozmawiamy dużo o tym co się dzieje samo, spontanicznie - szkatułka, kadzidło, muzyka. A temat wątku jest o magii przez pamiętanie. Czy ktoś świadomie konstruował jakiś rytuał wokół wspomnień z tym komponentem somatycznym? Bo jeśli nie, to jesteśmy wciąż w teorii.
Ja robiłam - i właśnie dlatego zaczęłam ten temat. Ale mój wniosek po kilku próbach jest taki, że im bardziej 'konstruuję', tym mniej działa. Najlepsza praca jaką zrobiłam z nostalgią była zupełnie nieplanowana. Miałam stary sweter, poczułam ten stan i zostałam w nim zamiast go przeganiać. Nic nie robiłam formalnie. A mimo to coś się zmieniło - nie wiem jak to lepiej opisać.
To jest chyba jedno z najważniejszych pytań w całej tej dyskusji i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Dla mnie różnica polega na tym, czy coś zewnętrznego wobec twojego stanu emocjonalnego się zmieniło - albo czy zmiana była tylko wewnętrzna. Choć oczywiście możesz powiedzieć że zmiana wewnętrzna wystarczy. Ale wtedy magia i psychologia stają się trudne do rozróżnienia.
To mnie zastanawia - czy ta cała rozmowa o nostalgii i magii nie zakłada milcząco że chodzi o wspomnienia z dzieciństwa albo z bliskiej rodziny? Bo moje pierwsze skojarzenie z nostalgią to właśnie babcia, dom, woń, ale czy to musi być tak osadzone? Pytam bo nie mam takich wspomnień które by 'robiły' cokolwiek. Moje dzieciństwo było po prostu dzieciństwem, nic szczególnie naładowanego.
Anemoia to ciekawy trop, ale chciałabym tu zadać pytanie które mnie trochę nęka w tej dyskusji od jakiegoś czasu. Czy mówimy o nostalgii jako stanie który 'uwalnia' coś w nas - jakiś potencjał, otwartość, przepuszczalność jak wcześniej powiedziałam - czy o nostalgii jako treści, czyli konkretnym wspomnieniu z konkretną energią? Bo to są dwa różne mechanizmy i myślę że mieszamy je w tej rozmowie.
Zapisuję sobie to co Martynka powiedziała bo to jest chyba klucz do całego wątku. Dźwięk jako wejście w stan bez konieczności przechodzenia przez konkretne wspomnienie. Mam pytanie do Seraphiny i Zodiakli - czy w pracy z runami są konkretne fonemy które są bliżej tej 'nostalgicznej' jakości, tego zawieszenia między czasami? Bo Isa brzmi jak coś zatrzymanego, ale czy są inne?
