Ostatnio miałam dłuższą rozmowę z kimś, kto twierdził, że najlepsze rytuały robił po kieliszku wina, bo się 'otwierał'. Szczerze? Wzbudziło to mój sceptycyzm, ale też ciekawość, bo zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle temat, który ktokolwiek traktuje poważnie. Jak to jest z tym alkoholem i pracą magiczną - bo słyszę różne podejścia, od zupełnego tabu po 'szamani to robili od zawsze'. A do tego dochodzą jeszcze leki - antydepresanty, coś na sen, coś na lęki. Czy to w ogóle zmienia cokolwiek w praktyce? Mam wrażenie, że mało kto otwarcie o tym mówi, więc rzucam temat.
No właśnie, to jest jeden z tych tematów, gdzie każdy ma jakieś zdanie, ale mało kto mówi głośno. Ja akurat prowadzę notatki z rytuałów od dobrych kilku lat i raz, zupełnie przypadkowo, przeprowadzałam jeden po wypiciu dwóch kieliszków wina na kolacji. Nie planowałam, po prostu wyszło. I szczerość - koncentracja była wyraźnie gorsza. Niby weszłam w jakiś stan, ale nie byłam w stanie utrzymać intencji na jednym miejscu dłużej niż chwilę. Nie wiem, czy to była 'magia pod wpływem' czy po prostu brak skupienia po alkoholu, ale odczułam wyraźną różnicę względem normalnych sesji.
Temat szamanów i substancji psychoaktywnych jest naprawdę złożony, bo to, o czym mówi się w kontekście np. ajahłaski czy peyotlu, to zupełnie inny porządek niż wino do obiadu. W tradycjach rdzennych Ameryki Południowej te substancje były ceremonialnie przygotowywane, stosowane z przewodnikiem, z określonym kontekstem rytualnym i głębokimi przygotowaniami - postem, izolacją, specyficznymi śpiewami. Wyciągnięcie z tego wniosku, że 'alkohol podczas rytuału to podobna sprawa', to duże uproszczenie. Alkohol działa depresyjnie na ośrodkowy układ nerwowy, obniża aktywność kory przedczołowej. Nie wiem, jak to ma wspierać intencję i skupienie.
Myślę, że chodzi o to, że alkohol wycisza ten wewnętrzny hałas, wiesz, te ciągłe myśli analityczne. Jak się lekko odpuści kontrolę, to podobno łatwiej wejść w stan alfa. Czytałam o tym w kontekście pracy z podświadomością - że umysł krytyczny trochę zwalnia i wtedy różne obrazy, intuicje łatwiej przychodzą. Nie mówię, że polecam, bo sama nie próbowałam, ale mechanizm miałby sens.
Zatrzymałabym się przy tym pytaniu, bo wydaje mi się kluczowe w kontekście całego wątku. Jak w ogóle weryfikujemy jakość stanu, w którym pracujemy? Czy macie jakieś własne kryteria? Bo ja osobiście testowałam techniki oddechowe jako alternatywę i tam mam przynajmniej poczucie, że kontroluję głębokość wejścia - mogę zejść głębiej lub pozostać przy powierzchni, zależy od rytmu i długości faz oddechu.
A czy ktoś próbował łączyć techniki oddechowe z rytuałem? Nie mówię o hiperwentylacji, bo to brzmi ryzykownie, ale o prostym rytmicznym oddechu przed pracą. Sama ostatnio wchodzę w kilkuminutowy oddech 4-7-8 przed każdym poważniejszym rytuałem i mam wrażenie, że zmienia mi ustawienie.
Wracając do leków, bo to wątek, który gdzieś zaginął - ktoś ma doświadczenie z pracą podczas brania SSRI albo podobnych? Bo to zupełnie inna rozmowa niż alkohol. Alkohol to kwestia jednorazowego stanu, leki to długotrwała zmiana chemii. Słyszałam różne opinie - od tego, że SSRI tłumią pracę z emocjami i intuicją, po to, że u niektórych właśnie po wyrównaniu nastroju praca magiczna zaczęła w ogóle być możliwa, bo wcześniej byli zbyt rozsypani.
To jest temat, o którym rzadko się mówi otwarcie, a w środowiskach magicznych bywa wręcz stygmatyzowany. Słyszałam opinie, że 'prawdziwa praca wymaga czystego umysłu bez farmakologii', co uważam za szkodliwe uproszczenie. Osoba z nieleczoną depresją nie jest w stanie utrzymać intencji, skupienia ani kontaktu z czymkolwiek. Wyrównana farmakologicznie - owszem. Poza tym SSRI mają bardzo zróżnicowany profil działania - inne efekty daje fluoksetyna, inne escitalopram, inne sertralina. Wrzucanie ich do jednego worka 'leki = przeszkoda' nie ma podstaw.
szczerze? Nie mam twardej odpowiedzi. Mam teorię, że jeśli ktoś wierzy, że leki mu przeszkadzają, to ta wiara sama w sobie może działać jako blokada. Efekt nocebo jest realny i dobrze udokumentowany. Ale czy farmakologia zmienia coś na poziomie energetycznym - nie wiem. Nie mam jak tego zweryfikować w sposób, który byłby dla mnie przekonujący.
Ja bym powiedział z własnego doświadczenia, że alkohol przy rytuale działa jak skrót na manowce. Kilka razy próbowałem, bo miałem wrażenie, że 'się nie mogę wyciszyć', a po kieliszku jest łatwiej. I faktycznie, pierwsze 15 minut jest spoko, ale potem albo zasypiam albo kompletnie tracę wątek. A i tak rano mam wrażenie, że nic z tego wieczoru nie zostało. Żadnego efektu, zero. Jak kontra z pustą ręką.
Ale to nie rozstrzyga pytania z tytułu wątku, czy alkohol jest bezpieczny 🙂 Bo techniki oddechowe to fajny kierunek, tylko że część osób po prostu sięga po alkohol właśnie dlatego, że nie chce się bawić w żadne przygotowania. I mam wrażenie, że ta rozmowa trochę omija pytanie, czy alkohol robi realną szkodę, czy tylko 'nie jest optymalny'.
Właśnie ten podział na 'co robimy' jest dla mnie kluczowy. Bo inne wymagania ma rytuał odprawiany w tradycji ceremonialnej, gdzie liczy się precyzja i świadomość każdego gestu, a inne np. praca z afirmacjami przy świecy. Pytanie do Eremitki - czy uważasz, że przy tej bardziej ceremonialnej pracy alkohol jest po prostu dyskwalifikujący, czy raczej zależy od osoby?
Zastanawiam się, czy nie pomijamy jednej warstwy tego tematu - kontekstu, w jakim ktoś w ogóle sięga po alkohol przed pracą. Jeśli to jest przyzwyczajenie albo sposób na obniżenie lęku, to mamy do czynienia z czymś innym niż świadomy eksperyment. I to 'coś innego' ma znaczenie nie tylko terapeutyczne, ale też w kontekście samej pracy. Stan lękowy przed rytuałem to sygnał, który warto czytać, nie zagłuszać.
To by tłumaczyło kilka moich doświadczeń, szczerze mówiąc. Były rytuały, które po alkoholu szły gładko i nic z nich nie wyszło, i teraz zastanawiam się czy przypadkiem nie było tam czegoś, co blokowałem. Nie miałem tego języka wcześniej żeby tak to opisać.
Ja prowadzę notatki właśnie po to, żeby mieć jakiś punkt odniesienia. Zapisuję stan przed rytuałem, technikę, intencję i potem po kilku tygodniach wracam. Nie daje to pewności, ale przynajmniej widać pewne wzorce. I z tych notatek mam dosyć spójne obserwacje, że rytuały robione w spokojnym stanie dają więcej zbieżności niż te robione w chaosie, niezależnie od przyczyny tego chaosu.
Czytam tę rozmowę od początku i jedno zdanie Czeslawej mnie zatrzymało - to o tym, że stan lękowy to sygnał, który warto czytać. Sama mam tendencję do tego, że jak czuję opór przed pracą, to próbuję go przepchnąć albo zagłuszyć, żeby 'nie zmarnować przygotowań'. Nigdy tak nie myślałam, że to może być informacja.
I właśnie tu widzę, dlaczego techniki oddechowe mogą być w tym pomocne w sposób, o którym rzadko się mówi. Nie tyle jako przygotowanie do rytuału, co jako moment diagnostyczny. Kilka minut świadomego oddechu może wystarczyć, żeby te dwie kategorie oporów stały się rozróżnialne - bo jeden odpuści po uspokojeniu układu nerwowego, a drugi zostanie. Alkohol zrobi odwrotnie - wytłumi oba i nie będziesz wiedzieć, co właściwie zagłuszyłaś.
To jest dla mnie nowe spojrzenie na oddech w tym kontekście. Ja go traktowałam wyłącznie jako sposób na wejście w stan skupienia, a nie jako coś, co może mi cokolwiek powiedzieć przed podjęciem decyzji o pracy. Mam pytanie do Eremitki - jak długo według ciebie taki 'diagnostyczny oddech' powinien trwać, żeby w ogóle cokolwiek z tego odczytać? Bo kilka minut to dla mnie zbyt ogólne.
Wchodzę w to bo mam konkretne pytanie. Mówicie o oddechu jako diagnostyce - ale co, jeśli ktoś jest w stanie ciągłego napięcia i to jego linia bazowa? Znam takich ludzi, dla których 'spokojny' to wciąż stan gotowości. Czy techniki oddechowe u kogoś takiego w ogóle dają tę diagnostyczną wartość, czy raczej fałszują wynik bo punkt wyjścia jest przekrzywiony?
I to mi się wydaje sensowniejszym podejściem niż próba 'przezwyciężenia' wpływu leku. W kontekście całej tej rozmowy - może pytanie nie powinno brzmieć 'czy to bezpieczne', tylko 'do jakiego rodzaju pracy jestem teraz zdolna przy tym konkretnym stanie'. To inaczej stawia problem i odpowiedź przestaje być binarna.
