Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad czymś, co mi nie daje spokoju. Pracuję od jakiegoś czasu z zaklęciami wspomagającymi koncentrację i zapamiętywanie, i działa to u mnie całkiem nieźle. Problem w tym, że jestem osobą kompletnie areligijną - nie wierzę w żadnych bogów, nie odwołuję się do żadnych sił wyższych, a mimo to coś się dzieje. Czy to w ogóle jeszcze jest magia, czy już tylko autosugestia? Zastanawia mnie szczególnie ten wątek z edukacją, bo przygotowuję się teraz do dość trudnego egzaminu i kombinuję, co jeszcze mogę do tego zestawu dołożyć. Może ktoś miał podobną sytuację - praktykuje bez żadnego zaplecza religijnego i po prostu sprawdza, co działa?
To jest właśnie ten podział, który od lat robi mi w głowie zamęt. Część tradycji magicznych nigdy nie zakładała istnienia bóstw jako koniecznego warunku. Weźmy chociażby chaos magic - tam intencja i skupienie na celu są ważniejsze niż jakikolwiek panteon. Ale mam do Ciebie pytanie: gdy robisz te zaklęcia pod naukę, na czym konkretnie się skupiasz? Bo dla mnie różnica między 'wierzę, że ta energia zadziała' a 'proszę kogoś o pomoc' jest spora i może to właśnie determinuje, jak cały proces wygląda.
Wydaje mi się, że to pytanie o areligijność w magii jest trochę postawione od tyłu. Najpierw trzeba by odpowiedzieć, co w ogóle rozumiemy przez 'działanie' magii. W podejściu psychologicznym, które propagował np. Dion Fortune czy później Austin Osman Spare, magia operuje na podświadomości - bóstwa są archetypami, a rytuał to protokół komunikacji z własnym umysłem. Z tej perspektywy areligijność nie jest żadną przeszkodą, wręcz przeciwnie, może być zaletą, bo nie ma dodatkowych warstw symbolicznych, które mogłyby zaciemnić intencję. Ale to oczywiście jedna z możliwych interpretacji.
Żółta świeca i rozmaryn pod Merkurego to klasyka, nic w tym absurdalnego. Merkury to planeta komunikacji, intelektu, nauki, więc pod egzaminy to wręcz podręcznikowe zestawienie. Dodam tylko, że warto do tego dołożyć agat żółty albo cytryn - Merkury lubi te kamienie, a przy nauce pomagają w porządkowaniu myśli. Środa to jego dzień, więc rytuał najlepiej robić w środę, ewentualnie o świcie.
Wchodzę w to, bo mnie to temat akurat bardzo interesuje. Jestem sceptyczna wobec całego zaplecza teologicznego, ale zauważam, że pewne praktyki po prostu na mnie działają. Czytałam o badaniach nad expectancy effect i placebo w kontekście rytuałów - jest kilka prac z psychologii eksperymentalnej, które sugerują, że sam akt wykonywania rytuału przed zadaniem poznawczym poprawia wyniki, niezależnie od treści rytuału. Mnie to trochę uspokaja, ale z drugiej strony - czy to nie rozbrojenie całego tematu?
Mam swoje zdanie w tej kwestii, bo sama przez lata byłam praktykującą ateistką i jakoś to szło. Dla mnie przełomem było zrozumienie, że symbole są umowne - nie trzeba wierzyć w Merkurego jako boga, żeby jego symbolika coś robiła z Twoją głową. To trochę jak z flagami albo mundurami - nie mają mocy same w sobie, ale uruchamiają coś w psychice. Przy nauce robiłam coś prostego: zanim usiadłam do podręcznika, przez chwilę trzymałam w dłoniach labradoryt i mówiłam sobie konkretnie, co chcę zapamiętać. Nie do żadnej siły, do siebie. I to mi pomagało utrzymać uwagę.
Moim zdaniem prędzej czy później każdy trafia na jakiś system, bo bez systemu to po prostu improwizacja. A improwizacja w magii bywa skuteczna na krótką metę, ale potem efekty się rwą. Zresztą sam Merkury to nie jest tak, że musisz wierzyć w boga - możesz traktować go jako archetyp albo zasadę. Hermesowa zasada korespondencji nie wymaga wiary w grecki panteon. Ale kompletnie bez żadnego systemu - nie wyobrażam sobie, żeby to długo trzymało.
Nie brzmi banalnie, brzmi jak bardzo czysta intencja magiczna. To co opisujesz to w zasadzie zaklęcie afirmacyjne z elementami rytualnymi. Świeca i rozmaryn służą jako kotwica sensoryczna - mózg uczy się kojarzyć te bodźce ze stanem skupienia. To się nakłada na siebie po kilku sesjach i zaczyna działać warunkowo, jak Pawłow. To nie jest ujmowanie magii, to jest po prostu jeden z jej mechanizmów. Ciekawe byłoby, czy efekt jest silniejszy przy świecy niż bez - próbowałaś kiedyś tej samej procedury, ale z pominięciem elementu fizycznego?
odpowiadając na Twoje wcześniejsze pytanie - moje podejście się zmieniło, ale nie w stronę teizmu. Poszłam w kierunku pracy ze snami i symboliką, która jest dla mnie bardziej osobista niż przypisana z zewnątrz. Czyli nie 'Merkury' jako bóg, ale moje własne skojarzenie z czymś, co dla mnie znaczy naukę i klarowność myślenia. Dla mnie to był fluor na ławce w laboratorium chemicznym, który pamiętałam z liceum - śmieszne, ale to był mój osobisty symbol skupienia. Każda osoba areligijna może sobie zbudować taki prywatny słownik.
Czytam to z zainteresowaniem, bo sam mam podobny problem. Sny mi podpowiadają symbole, które potem chciałbym jakoś wykorzystać, ale nie wiem, czy to nie jest za osobiste, żeby działało jako zaklęcie. Jak przekłada się coś tak indywidualnego na skuteczność?
Nie jestem przekonany do tej tezy o własnych symbolach jako coś lepszego. Tradycyjne systemy są przetestowane przez setki lat przez dziesiątki pokoleń praktyków. Mają w sobie coś, czego indywidualna inwencja nie ma - zbiorową pamięć, archetypową głębię. Osoba, która wymyśla sobie własny system od zera, pracuje bez tego zaplecza. Może jej działać, ale to jakby samemu budować dom bez znajomości statyki - stać może, ale nie wiadomo do kiedy.
Mnie to 'dwa opisy tej samej rzeczy' nigdy nie przekonuje, bo zakłada symetrię, której nie ma. Jeśli ktoś bez systemu osiąga efekty, to jestem w stanie to przyjąć. Ale są rzeczy, których nie zrobisz bez zaplecza - choćby praca z określonymi energiami, które mają konkretne właściwości niezależnie od tego, czy w nie wierzysz. Rtęć jest pierwiastkiem bez względu na to, czy znasz układ okresowy. Merkury rządzi intelektem bez względu na to, czy uznajesz astrologię. I tu mi się opór pojawia przy tym całym 'areligijnym' podejściu - dobrze to działa przy prostych zaklęciach afirmacyjnych, ale przy poważniejszej pracy zaczyna kuleć.
