Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie mogę dojść do siebie. Mam na myśli sytuację, gdzie ktoś wyrządził nam realną krzywdę - nie chodzi o drobnostki, ale o coś, co naprawdę wpłynęło na życie. Zaczynam się zastanawiać, gdzie w magii kończy się ochrona, a zaczyna się coś, co już wykracza poza to, co chciałabym robić. Bo z jednej strony mamy całą tradycję magii ochronnej, z drugiej - hex, klątwy, różne formy odwrócenia. I każda szkoła ma na to inną odpowiedź. Wicca mówi o trójkowej zasadzie zwrotu, chaos magic w ogóle to neguje, a tradycje ludowe z różnych kultur w ogóle nie miały z tym problemu - zamawianie chorób, wiązanie, odwracanie uroku na nadawcę to były rzeczy, które babki robiły bez mrugnięcia okiem. Skąd ta różnica? Czy to kwestia czasu, kultury, czy może po prostu każda epoka projektuje na magię własną moralność?
To, co napisałaś o babkach, jest bardzo trafne. W polskiej magii ludowej granica między ochroną a odpłatą była praktycznie nieistniejąca - odmawianie uroku zwrotnie na nadawcę było uznawane za absolutnie legitymizowane działanie. Mam tu na myśli konkretne dokumentacje etnograficzne, m.in. materiały Kolberga i późniejsze badania Pawłowicza nad magią ochronną z Mazowsza i Podkarpacia. Tam nikt nie pytał czy to etyczne - pytano czy skuteczne i czy nadawca był winny. Co ciekawe, ta ocena winy miała znaczenie - babka czy znachor sprawdzała najpierw, czy szkoda była celowa. To trochę przypomina dzisiejsze koncepcje w etyce magii, ale ułożone odwrotnie - nie 'czy mam prawo', tylko 'czy tamten miał prawo'. Mnie to bardziej przekonuje niż ta wicca z trójkowym prawem, które zresztą Gardnerowi wyszło raczej z sufitu niż z jakiejkolwiek tradycji.
Podpisuję się pod tym pytaniem. Ta różnica między odbiciem a własną inicjatywą to jedna z tych rzeczy, nad którymi naprawdę warto się zatrzymać, zanim się w ogóle cokolwiek zacznie. Sam miałem kiedyś sytuację, gdzie czułem się w pełni uprawniony do działania - ktoś naprawdę zasłużył, sprawa była jasna. I zrobiłem coś własnoręcznie. Zadziałało, ale zostało mi z tym coś nieprzyjemnego przez długi czas. Nie żałuję, ale nie powiem, że było czysto. To nie jest kwestia kary kosmicznej ani żadnego 'prawa trójki' - to jest po prostu co innego robić, kiedy jesteś w środku emocji, a co innego kiedy masz głowę spokojną. Emocja jako motywacja wchodzi w pracę i zostaje.
Wchodzę tu trochę z boku, ale od jakiegoś czasu myślę o tym temacie przez pryzmat intencji i tego, co tak naprawdę chcemy osiągnąć. Bo najczęściej jak ktoś pyta o magię wobec osoby, która go skrzywdziła, to tak naprawdę pyta o dwie różne rzeczy: albo o sprawiedliwość, albo o zemstę. I to nie jest to samo. Sprawiedliwość jest jakimś przywróceniem równowagi - twój ból przestał istnieć bezkarnie. Zemsta to potrzeba, żeby tamten cierpiał, i tu już jest ważniejszy jego ból niż twoje wyzdrowienie. Nie oceniam tego drugiego z góry, ale myślę, że warto wiedzieć, co się właściwie robi i po co.
Przepraszam, że się wtrącam, ale kompletnie nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o odbijaniu uroku, jakby to było coś naturalnego i technicznie możliwego. Czy to naprawdę działa w ten sposób, że coś 'wraca' do osoby, która to wysłała? Bo dla mnie to brzmi jak fizyka, a nie magia. Skąd w ogóle wiadomo, kto jest nadawcą i czy można się pomylić?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się, czy nie gubimy czegoś podstawowego. Mówimy dużo o tym, czy wolno, jakie są systemy, jak to uzasadnić. Ale nie słyszałam jeszcze nikogo, kto powiedział wprost: a co jeśli nie działa tak jak myślisz, że działa, i jedyną rzeczą, którą naprawdę robisz, jest to, że zezwalasz sobie na skupienie się na krzywdzie przez następne tygodnie? Bo to też jest wybór, i to z konsekwencjami.
Czytam to od początku i bardzo mi to pomaga, bo sama jestem w środku takiej sytuacji. Ktoś mi zrobił coś, co trudno opisać bez szczegółów, i myślałam o magii ochronnej. Ale czytając was zaczynam się zastanawiać, czy to co chcę zrobić to rzeczywiście jest ochrona, czy jednak coś więcej. Nie mam jeszcze jasności. Czy ktoś ma jakiś sposób na to, żeby się w sobie rozeznać zanim się cokolwiek zacznie? Nie czekam na gotową odpowiedź, ale może ktoś miał podobny moment i coś mu pomogło.
Czytam i myślę o tym 'pieczętowaniu' - czy ktoś miał tak, że zrobił to fizyczne zamknięcie i naprawdę poczuł różnicę? Pytam szczerze, bo sama jestem raczej po stronie afirmacji i pracy z myśleniem, i zawsze byłam trochę sceptyczna wobec tych fizycznych gestów. Ale słuchając was zastanawiam się, czy właśnie o to nie chodzi - że ciało i symboliczny gest robią coś, czego sama myśl nie zrobi.
Czytam to od dłuższego czasu i mam jedno głupie pytanie - czy jeśli ktoś w ogóle nie wierzy w magię, ale robi taki rytuał 'na zamknięcie', to czy to cokolwiek da? Pytam, bo mam koleżankę, która jest bardzo sceptyczna, ale przeżyła coś trudnego i szuka jakiegoś gestu. Nie wiem, jak jej to wytłumaczyć.
To jest ciekawa strona tej dyskusji, którą wcześniej pomijaliśmy. Czy granica, o której jest ten wątek, jest tylko etyczna - to znaczy co wolno robić innym - czy jest też taka granica 'robię sobie krzywdę', niezależnie od metafizyki? Bo to są dwa różne pytania i chyba cały czas je mieszamy.
Chcę dodać coś z trochę innej strony, bo patrzę na tę rozmowę przez pryzmat horoskopów i symboliki planet, i jest coś, co rzadko pada w dyskusjach o magii ochronnej. Saturn jako planeta sprawiedliwości i karmy ma tę właściwość, że w wielu tradycjach astrologicznych 'kara' nie jest czymś, co ty wywołujesz - jest czymś, co następuje samoistnie, o ile nie blokujesz przepływu. Część praktyków uważa, że aktywna praca magiczna może wręcz zakłócać ten naturalny proces. Nie mówię, że to prawda, ale to ciekawe pytanie do grupy.
Wracam do tytułu, bo trochę odeszliśmy - 'gdzie jest granica'? Po tej całej rozmowie mam wrażenie, że nie ma jednej odpowiedzi, ale za to są dobre pytania, które możesz sobie zadać zanim zaczniesz. To co tu padło - kartka Tekli, pytanie Kapturek o pierwsze uczucie, kwestia Iwo o dwie warstwy - to są rzeczy, które moim zdaniem powinny poprzedzać każdą decyzję o takiej pracy. Nie mówię, żeby nie robić. Mówię, żeby najpierw wiedzieć po co.
To jest bardzo konkretne pytanie i dobrze, że padło. Z mojej perspektywy - są sytuacje, gdzie koszt osobisty jest wliczony świadomie. To jest inna kategoria niż działanie z impulsywnej złości. Jeśli ktoś podejmuje decyzję na zimno, po czasie, z pełną świadomością że coś bierze na siebie - to jest zupełnie inna rozmowa niż 'chcę żeby go spotkało coś złego, bo jest mi źle'.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, które może być naiwne - czy ktoś z was miał sytuację, gdzie podjął taką zimną decyzję, zrobił pracę, i potem żałował? Nie mówię o wyrzutach sumienia z nerwów, tylko o refleksji po czasie.
Czyli wychodzi na to, że rytuał zamknięcia jest ważniejszy od samego rytuału na kogoś? Bo to mnie trochę przewraca to, co myślałam przez całą tę dyskusję.
