Ostatnio wróciłam do tematu roślin w praktyce i uświadomiłam sobie, że przez lata podchodziłam do tego bardzo mechanicznie — roślina X na cel Y, wrzucić do woreczka, gotowe. Dopiero kiedy zaczęłam czytać więcej o tym, jak różne tradycje postrzegają same relacje z roślinami, coś się zmieniło w tym, jak to odczuwam podczas pracy. Nie chodzi mi tu o żadną mistykę dla samej mistyki, ale o to, że np. w tradycji hoodoo zbieranie rośliny poprzedza rozmowa z nią, zostawienie czegoś w zamian. W ziołolecznictwie ludowym słowiańskim też to jest — ziele zbierane bez słowa nie ma tej samej mocy co to, przy którym coś powiedziano. Ciekawe, że te podejścia są od siebie tak odległe geograficznie, a zbiegają się w tym jednym punkcie.
To co opisujesz z tym "dawaniem w zamian" — to jest coś, co spotykam praktycznie w każdej tradycji, w której rośliny mają jakiekolwiek znaczenie rytualne. Nawet w grimoire'ach europejskich z XV-XVI wieku są fragmenty o tym, że ziele zbierane lewą ręką, w ciszy, po zostawieniu monety lub odrobiny chleba przy korzeniu działa inaczej. Można to oczywiście tłumaczyć psychologicznie — inny stan skupienia, inne nastawienie — ale niekoniecznie to wyczerpuje temat. Mnie bardziej ciekawi kwestia czasu zbioru. Masz jakieś obserwacje co do zbioru w konkretnych fazach księżyca? Bo tu zdania są bardzo podzielone nawet wśród praktyków.
A możesz powiedzieć więcej o tej tarni? Bo to jest roślina, którą mam koło domu i jakoś nigdy nie pomyślałam o niej w tym kontekście. U nas zawsze mówiło się o niej głównie jako o tej z owocami na nalewkę 🙂
Tarnina przy progach to coś, co znam z kilku źródeł, ale zawsze mnie zastanawiało — czy tam chodziło o same kolce fizycznie (żeby coś zablokować, ranić), czy o samą roślinę jako byt? Bo to robi dużą różnicę w tym, jak z tym pracować.
Chmiel to ciekawy przypadek, bo w starszych źródłach słowiańskich był traktowany jako roślina graniczna — rośnie w górę, oplata, wchodzi wszędzie, jest bardzo ekspansywna. Czy przy wyborze brałaś pod uwagę ten aspekt, czy to był bardziej intuicyjny wybór?
Czytam tę rozmowę od początku i mam pytanie, może trochę z boku. Czy w magii botanicznej ma znaczenie, czy roślina jest dzika czy hodowana? Bo czytałam kiedyś, że dzikie zioła mają więcej "siły", ale nie wiem czy to jest jakaś zasada czy po prostu przekonanie konkretnych praktykantów.
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że sporo zależy od tego, jak ktoś w ogóle definiuje magię. Bo jeśli dla kogoś magia to wyłącznie wpływ na zewnętrzną rzeczywistość przez nadnaturalne siły, to rozmawiacie o czymś innym, niż jeśli ktoś traktuje ją jako system pracy z własnym stanem i symbolami.
Wracając do roślin konkretnie — bo trochę odpłynęliśmy — to czy są takie, których byście nie polecali do pracy, jeśli ktoś jest na początku? Pytam, bo z tej dyskusji wychodzi, że nie wszystkie rośliny są tak samo "bezpieczne" w sensie psychologicznym czy rytualnym.
Do tego, co Bryza napisała — i tu fizjologia zaczyna mieć znaczenie nie do pominięcia. Piołun zawiera tujon, bieluń zawiera alkaloidy tropanowe. Tu "bezpieczny w sensie rytualnym" i "bezpieczny fizycznie" to nie są oddzielne pytania. Trochę mnie irytuje, kiedy w dyskusjach magicznych te dwie warstwy są zupełnie rozdzielane.
A macie jakieś źródła, z których korzystacie — niekoniecznie polskie? Bo zaczynam mieć wrażenie, że lepiej sięgnąć po solidne angielskie opracowanie etnobotaniczne niż po polską stronę "o dawnych wierzeniach", która może być zmyślona.
Wracając do samej pracy z roślinami — bo trochę odeszliśmy — mam pytanie praktyczne. Czy ktoś z was ma doświadczenie z roślinami z grupy psychopompów, takich jak bez czarny, cis? Czytałam różne rzeczy i nie wiem, czy to jest coś, do czego warto podchodzić ostrożnie, czy raczej same w sobie są spokojne, a kontekst robi swoje.
Bryza, a możesz rozwinąć to, co napisałaś o bezie — że relacja jest "wymagająca"? Bo mam wrażenie, że piszesz o czymś konkretnym, a nie o ogólnym wrażeniu.
Chodzi mi o to, że bez czarny ma w sobie coś, co trudno zignorować, kiedy się z nim regularnie przebywa. Nie mówię o halucynacjach ani niczym spektakularnym — bardziej o tym, że ta roślina bardzo wyraźnie "wchodzi" w pewne przestrzenie, kiedy dasz jej tę możliwość. Sny stają się cięższe, czasem dosłownie mam poczucie, że coś stoi za progiem i czeka. Może to tylko moja psychika reaguje na kontekst, jaki jej przypisuję, ale po kilku latach pracy z nim przestałam to zbywać jako "tylko skojarzenie".
Czyli mówisz, że to może być bardziej psychologiczne niż cokolwiek innego? Czy jednak uważasz, że jest coś w samej roślinie, niezależnie od tego, co jej przypisujesz?
To jest właśnie ta granica, o której mało kto mówi wprost — gdzie kończy się roślina jako obiekt rytualny, a zaczyna roślina jako coś, co działa na ciebie przez samą swoją obecność. Bez czarny zawiera sambunigrin i inne glikozydy, które w pewnych warunkach mogą wpływać na sen nawet bez bezpośredniego spożycia. Nie mówię, że to tłumaczy wszystko, ale warto mieć to z tyłu głowy, zanim pójdziemy w kierunku czysto metafizycznym.
Czytam to i zastanawiam się, czy praca z takimi roślinami wymaga jakiegoś specjalnego protokołu — bo chyba nie chodzi tylko o ostrożność zdrowotną? Mam wrażenie, że mówicie o czymś więcej.
A co z roślinami, które nie są niebezpieczne? Bo słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że cały czas mówimy o skrajnych przypadkach — cis, bez czarny, bieluń. Większość osób zaczyna od lawendy, rozmarynu, szałwii. Czy ten protokół "nawiązania relacji" ma sens też przy zwykłych roślinach?
Czytałam, że w niektórych tradycjach ważne jest też, o jakiej porze się zbiera rośliny — fazy księżyca, pora roku, godzina dnia. Czy wy faktycznie bierzecie to pod uwagę, czy to bardziej taka teoria?
A jak połączyć jedno z drugim? Bo wydaje się, że to są dwa różne języki opisu tej samej rzeczy — jeden naukowy, drugi symboliczny. Czy można je stosować jednocześnie bez poczucia, że się gdzieś kłamie?
Okej, ale chcę to trochę przycisnąć — bo mam wrażenie, że ta zgoda na "dwa języki jednocześnie" jest w praktyce trudna do utrzymania. Kiedy siedzisz przy roślinie i mówisz do niej, to robisz to, bo wierzysz, że ona słyszy, czy robisz to jako rytuał dla siebie? Bo to są dwie zupełnie różne rzeczy i nie wiem, czy można je mieć jednocześnie bez jakiegoś wewnętrznego rozłamu.
A czy jest jakaś roślina, z którą ta "praca" jest wyraźniej odczuwalna niż z innymi? Pytam, bo słucham tej rozmowy i staram się to odnieść do czegoś konkretnego, a nie zostać tylko z abstrakcją.
Stójcie — grobów? Wrotycz był sadzony na cmentarzach?
Nie wiedziałam, że wrotycz ma taką historię. Wydawało mi się, że to po prostu chwast z ogródka.
To znaczy, że łatwiej budować relację z czymś, co rośnie dosłownie pod nogami, niż z czymś importowanym z drugiego końca świata?
Więc to, że teraz kupujemy palo santo czy kadzidło, jest w sumie kontynuacją czegoś, co zawsze istniało? Nie jest jakimś współczesnym wynaturzeniem?
Bryza, mam do tego dokładnie ten sam stosunek. Pracuję z tym, co znam z widzenia, co rośnie w promieniu kilometra, bo przynajmniej wiem, w jakim kontekście to rośnie, jak pachnie na żywo, jak wygląda w różnych porach roku. Ale mam pytanie do Ciebie i do Barni — czy ta bliskość geograficzna to jedyny argument, czy jest jeszcze coś, co sprawia, że lokalne rośliny działają inaczej w praktyce?
A czy ta ciągłość jest w ogóle osiągalna dla kogoś, kto nie wie, jak ta historia wyglądała? Bo ja na przykład nie mam dostępu do żadnej przekazywanej ustnie tradycji — wiem tyle, ile wyczytam.
