Zastanawiam się ostatnio nad czymś, co chyba rzadko się omawia wprost. Chodzi mi o przedmioty, które wcześniej należały do kogoś innego albo były przez kogoś używane - czy naprawdę niosą ze sobą jakiś ślad tej osoby? Pytam, bo kupiłam ostatnio na targu staroci stary mosiężny świecznik i od kiedy go mam w domu, czuję się jakoś inaczej. Nie umiem tego lepiej opisać. Nie jest to złe uczucie, ale wyraźne. Jakby coś się zmieniło w przestrzeni. Zrobiłam przy nim jeden rytuał oczyszczający z solą i dymem, ale nie wiem, czy to wystarczy, czy w ogóle ma sens przy metalowych przedmiotach. Czy ktoś miał podobne doświadczenia ze starymi rzeczami z rynku?
Metal generalnie jest specyficzny, bo dobrze "trzyma" energię - przynajmniej taka jest ogólna opinia w środowisku bioenergoterapeutów, z którymi rozmawiałem. Miedź i mosiądz to zresztą klasyka, były używane w różnych tradycjach właśnie do gromadzenia i przekazywania energii. Ale to, co opisujesz, brzmi jak coś bardziej konkretnego niż tylko "ślad" poprzedniego właściciela. Bardziej jak imprint, czyli odcisk emocjonalny. Czy świecznik wyglądał na bardzo używany? Mocno przypalony, ze śladami regularnego użytkowania?
Słyszałam różne teorie na ten temat i szczerze nie jestem przekonana, że to działa tak samo dla każdego przedmiotu i każdej osoby. Jedni mówią, że imprint zanika z czasem sam z siebie, drudzy twierdzą, że im bardziej naładowany emocjonalnie był kontekst użytkowania, tym trudniej go wyczyścić. Czymś z klasztoru czy kaplicy podobno prawie nie da się oczyścić do końca - to samo słyszałam o przedmiotach z domów, gdzie działo się coś traumatycznego. Karolka, a ty skąd wiesz, że to właśnie ten świecznik, a nie na przykład coś innego, co ostatnio zmieniłaś w swoim otoczeniu?
Dobre pytanie, bo ja sama kilka razy myślałam, że jakiś przedmiot na mnie wpływa, a potem okazywało się, że to zbieżność z czymś innym. Chociaż z drugiej strony - miałam jedną starą książkę po babci, totalnie nieezotoryczną, zwykły zielnik, i za każdym razem jak ją wyjęłam z szafy, czułam bardzo specyficzny spokój. To było tak powtarzalne, że trudno mi to tłumaczyć przypadkiem. Może to były moje wspomnienia z babcią, może coś więcej - nie wiem. Ale właśnie to mnie zastanawia: gdzie kończy się nasze własne przywiązanie do przedmiotu, a zaczyna coś, co jest w nim "obiektywnie"?
Ja się trochę nie zgadzam z tym rozróżnieniem na "obiektywne" i "subiektywne", jakby to były osobne kategorie. W praktyce bioenergetycznej - przynajmniej w tym, co znam - mówi się raczej o tym, że nasze pole energetyczne reaguje na coś, co jest w przedmiocie, i ta reakcja jest właśnie tym, co czujemy. Więc to "subiektywne" czucie jest jednocześnie odczytem czegoś realnego. Tylko że nie mamy dobrego języka, żeby o tym mówić bez wpadania albo w naukowe zaprzeczenie, albo w bajkowy opis. Mnie bardziej interesuje co innego: Karolka zrobiła oczyszczenie. Czy po nim coś się zmieniło, czy to uczucie nadal jest takie samo?
Przy metalu dużo osób poleca wodę z solą zamiast tylko suchej soli - zanurzenie na kilka godzin, jeśli przedmiot na to pozwala. Mosiądz znosi wodę bez problemu. Jest też metoda ze światłem słonecznym, ale to bardziej do kamieni. Natomiast uczciwie mówiąc: jeśli imprint był tam przez lata albo przez intensywne użytkowanie, jedno oczyszczenie może nie wystarczyć. Niektórzy robią to trzy razy w odstępach. Nie twierdzę, że to zasada bez wyjątków, ale taka praktyka jest dość powszechna.
Ja mam pytanie trochę z innej strony. Czy jeśli przedmiot był używany do czegoś pozytywnego - modlitwy, medytacji, regularnych rytuałów - to ten imprint też wymaga oczyszczenia? Bo intuicyjnie myślałabym, że nie, ale z drugiej strony to nadal jest energia kogoś innego, nie moja.
To porównanie ze strojem mi się podoba. Mam znajomą, która od lat zbiera stare dewocjonalia i nigdy ich nie czyści, właśnie dlatego że uważa, że modlitwy wielu ludzi to coś, co wzmacnia działanie przedmiotu. Ma różańce po przodkach, stare ikony. I faktycznie, kiedy wchodzę do jej domu, jest tam bardzo specyficzny klimat. Natomiast ja osobiście nie potrafiłabym tak funkcjonować - za dużo nieznanych zmiennych. Wolę wiedzieć, co wnoszę do swojej przestrzeni.
A czy ktoś miał sytuację odwrotną - tzn. że sam przekazał komuś przedmiot i potem się zastanawiał, co zostało w nim "po tobie"? Bo to jest chyba taka sama strona medalu, o której się rzadziej mówi. Ja ostatnio oddałam koleżance talię tarotową, której przestałam używać, i przez chwilę miałam dziwne poczucie, jakbym się z czymś rozstała. Nie żal w sensie materialnym, bo talia nie była szczególnie droga. Ale coś było.
A jak wyglata takie zamknięcie w praktyce? Bo nieraz musiałam sie pozbyc starych rzeczy i nigdy nie wiedziałam, cz trzeba coc przy tym robic czy to jest zbyteczne. Mam stary wisiorek po cioci i sie zastanawiam, czy mam w nim coś po niej czy to tylko moje wspomnienia.
Zastanawia mnie, czy to wszystko nie sprowadza się do tego, że my sami jesteśmy wrażliwi na pewne rzeczy i interpretujemy je przez tę siatkę przekonań, którą mamy. Nie mówię, że to złe - mówię, że może mechanizm jest bardziej psychologiczny niż energetyczny, a efekt jest realny bez względu na to, która interpretacja jest "prawdziwa". Czy ktoś tu próbował kiedyś sprawdzić to bardziej metodycznie - na przykład dać komuś do potrzymania dwa przedmioty bez powiedzenia, który z czego pochodzi, i zobaczyć, czy wychwyci różnicę?
No ale to jest trochę argument nie do obalenia, prawda? Jeśli ktoś wyczuwa - to dowód że działa, jeśli nie wyczuwa - to znaczy że jest mniej wrażliwy. Tak można każdą teorię uchronić przed weryfikacją. Mnie bardziej ciekawi coś innego: czy wy, którzy pracujecie z tymi przedmiotami regularnie, naprawdę czujecie różnicę między oczyszczonym a nieoczyszczonym? I czy ta różnica jest powtarzalna, tzn. zawsze taka sama, czy za każdym razem inna?
Chciałam dorzucić jedno małe doświadczenie, bo ten wątek z wisiorkiem po cioci mnie tknął. Dostałam kiedyś od mamy stary bursztyn, który należał do jej mamy. Nigdy go nie czyściłam, bo intuicyjnie czułam, że nie chcę. I noszę go czasem i jest przy nim spokój, nie niepokój. Ale teraz zastanawiam się po tej dyskusji - czy to właśnie jest ta granica, o której pisała Salomejka? Że są przedmioty, z którymi po prostu nie chcesz zrywać ciągłości, bo ta energia jest częścią tego, dlaczego je masz?
Wracam do tego bursztynu, bo mnie to nie daje spokoju od rana. Faye, to co opisujesz - ten spokój bez oczyszczania - to chyba coś innego niż to, z czym ja miałam do czynienia ze świecznikiem. Masz ciągłość z tą linią rodzinną, czujesz że to twoje. Ja tego przy świeczniku nie miałam - obca historia, obca energia. I chyba dlatego oczyszczenie miało sens. Ale to rodzi pytanie: czy w ogóle da się to z góry ocenić, zanim się dotknie? Czy zawsze jest ten moment, że po prostu siedzisz z przedmiotem i czekasz, co poczujesz?
To mnie zastanawia, czy nie ma tu jakiegoś efektu oczekiwania. Tzn. jeśli ktoś ci mówi 'ten przedmiot był używany do złych rzeczy', to już jesteś nastawiony negatywnie zanim go dotkniesz. A jeśli mówi 'to pamiątka rodzinna z modlitwami' - odpowiednio odwrotnie. Jak odróżnić własne odczucie od efektu sugestii?
To jest chyba centralny dylemat tego tematu. I uczciwie - nie ma prostej odpowiedzi. W bioenergetyce mówi się o tym, żeby prowadzić coś w rodzaju dziennika reakcji, właśnie po to żeby z czasem wyfiltrować własne tendencje od rzeczy, które się powtarzają niezależnie od nastroju. Ale to wymaga czasu i naprawdę skrupulatnego notowania. Większość ludzi tego nie robi.
Trochę słucham tej rozmowy i mam pytanie z innej strony - czy wy generalnie czyścicie rzeczy kupione fabrycznie, nowe? Bo mi zawsze mówiło się żeby tak, ale nigdy nie rozumiałam dlaczego, skoro nikt tego nie używał.
Dobra to mam pytanie bo wróciłam do wisiorka po cioci. Znaczy trzymam go i próbuje czuć coś świadomie, ale nie wiem czy czuję ciocię czy po prostu siebie jak myślę o cioci. To chyba niemozliwe do odróżnienia? Czy ktoś ma na to jakiś sposób?
To jest bardzo ciekawy wątek z tą intencją darowania. Mam wrażenie, że świadome przekazanie robi różnicę - to nie to samo co rzecz kupiona od obcego albo znaleziona. Jakby akt dawania był czymś w rodzaju wyraźnego zamknięcia jednej relacji z przedmiotem i otwarciem nowej. Ale to tylko moje odczucie, nie mam żadnej podstawy żeby twierdzić że tak jest.
A może intencja darowania to po prostu informacja, którą my - odbiorcy - używamy do interpretacji? Tzn. wiesz, że ciocia chciała tobie dać ten wisiorek, więc go inaczej czujesz. Nie mówię że to zła rzecz - psychologicznie to ma sens. Tylko pytam czy to ta sama rzecz co 'energetyczne zamknięcie'.
Myślę że Runiarka nie mówiła, że to to samo - raczej że granica między nimi nie jest ostra. Mogą się nakładać. Efekt nocebo i placebo są zresztą fizycznie mierzalne - zmieniają ciśnienie, układ odpornościowy, reakcje bólowe. Psychologiczne nie znaczy 'nie działa'. Tylko mechanizm jest inny.
