Zrobiłam ostatnio rytuał ochronny, dość złożony, z użyciem soli, czarnej świecy i kilku run. Chodziło o to, żeby pewna sytuacja w pracy po prostu... się rozwiązała. Nie chciałam nikomu zaszkodzić, naprawdę, ale efekt przyszedł tak szybko i tak dosłownie, że teraz siedzę i myślę, czy nie przesadziłam. Osoba, wobec której kierowałam intencję, straciła stanowisko. Dosłownie kilka dni po rytuale. Czuję się z tym okropnie. Nie tego chciałam, a przynajmniej nie w taki sposób. I zastanawiam się, czy to w ogóle było moje zaklęcie, czy zbieg okoliczności, ale w sumie to chyba nie zmienia tego, co czuję. Czy ktoś miał podobnie? Że efekt był, ale zamiast ulgi przyszło coś w stylu wyrzutów sumienia?
To jest jeden z tych tematów, o których rzadko się mówi otwarcie, więc dobrze, że go poruszasz. W wielu tradycjach magicznych istnieje coś, co można by nazwać zasadą niespodziewanego wykonania - intencja trafia do rzeczywistości, ale droga, którą wybiera, nie zawsze jest tą, którą sobie wyobrażałaś. Pytanie, które sam sobie w takich sytuacjach zadaję, to czy efekt był zgodny z intencją, nawet jeśli forma była inna. Ty chciałaś, żeby sytuacja się rozwiązała. Rozwiązała się. Ale rozumiem, że to nie jest pocieszenie. Mam do ciebie jedno pytanie: kiedy projektowałaś ten rytuał, czy stawiałaś jakieś granice temu, co może się wydarzyć?
Czytam to i mam takie samo pytanie jak chyba wiele osób tutaj: skąd w ogóle wiadomo, że to było zaklęcie, a nie przypadek? Serio pytam, bo sama robię różne rzeczy i zawsze mam ten dylemat. Jak odróżnić, że coś zadziałało, od tego, że po prostu tak wyszło?
A czy ktoś próbował coś zrobić po fakcie? Jakiś rytuał odwrócenia albo przynajmniej zamknięcia tej energii? Zastanawiam się, czy to w ogóle ma sens, skoro skutek już nastąpił. Trochę jak zamykanie stajni po... no wiecie. Ale może chodzi bardziej o własne oczyszczenie niż o realną zmianę tego, co się stało?
To co piszesz o tym obserwowaniu mnie uderzyło. Gdzieś czytałam, że właśnie to czuwanie po rytuale może zakłócać efekt albo go intensyfikować w nieprzewidziany sposób. Że intencja, która nie zostaje odpuszczona, nadal pracuje i szuka kanału. Ale nie wiem, czy to jest uzasadnione, czy tylko taka ładna metafora. Czy ktoś ma jakieś konkretne zdanie na ten temat?
Przepraszam, że może niemądre pytanie, ale czy jak ktoś robi zaklęcie i potem żałuje, to czy nie można po prostu przeprosić tej osoby albo jej jakoś pomóc? Bez całej magii, normalnie, ludzko? Bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że gdzieś umknęło to, że ta osoba z pracy to jednak żywy człowiek...
Słuchajcie, ale ja mam trochę inne podejście do tego. Nie chcę być nieuprzejma, ale skoro ta sytuacja w pracy była na tyle poważna, że w ogóle zdecydowałaś się na rytuał ochronny, to znaczy, że coś było naprawdę nie tak. I ta osoba najwidoczniej miała już swoje działania, które doprowadziły ją do tego miejsca. Zaklęcie mogło tylko przyspieszyć coś, co i tak by nastąpiło. Skąd wiesz, że bez rytuału sytuacja nie skończyłaby się tak samo, tylko kilka miesięcy później?
To, co opisujesz, ma nawet swoją nazwę w etyce magicznej. Niektórzy autorzy, na przykład Dion Fortune, pisali o tym, że praktykujący odpowiada za każde działanie, które podjął z pełną świadomością, niezależnie od tego, czy da się udowodnić związek przyczynowy. Nie chodzi o karę ani o karmę jako buchalteria kosmiczna. Chodzi o to, że działanie z intencją czyni cię moralnie zaangażowanym w efekt. I myślę, że właśnie to czujesz. Żal nie wynika z pewności, że to ty, lecz z faktu, że byłaś gotowa.
Nigdy tak o tym nie myślałam. Że sama gotowość do działania już cię angażuje. To dość mocne stwierdzenie.
Mam takie wrażenie po tej rozmowie, że może właśnie to jest największa lekcja z szybkich efektów: nie tyle to, że coś zadziałało za szybko, ile to, że nie byłaś na to gotowa wewnętrznie. I że może warto przed rytuałem zadać sobie pytanie: czy jestem gotowa żyć z każdym możliwym efektem, nie tylko z tym, który sobie wyobraziłam?
To zdanie Poludnicy zostało ze mną. 'Czy jesteś gotowa żyć z efektem.' I chyba nie byłam. Wiedziałam czego chcę, ale nie wyobraziłam sobie siebie po tym. Jakby intencja miała datę ważności i kończyła się w momencie uzyskania efektu, a nie... trwała.
Właśnie to mnie uderza w tej rozmowie. Czy ktoś z was w ogóle robi coś w rodzaju przeglądu przed rytuałem? Nie mówię o technikaliach, co i jak, ale o tym żeby usiąść i dosłownie wyobrazić sobie siebie za tydzień, miesiąc, jeśli efekt przyjdzie. Bo mam wrażenie, że większość z nas skupia się na mechanice, a pomija to, co będzie po.
Niekompletna intencja. Tak to właśnie czuję. Jak zdanie bez końca. Wiedziałam czego chcę odejść od tej sytuacji, ale nie wiedziałam w ogóle, co chcę zamiast. I może właśnie dlatego efekt był tak... brutalny w swojej formie. Poszedł po linii najmniejszego oporu.
Linia najmniejszego oporu to świetne określenie. W pewnym sensie to jest mechanika, o której mówi się w kilku tradycjach, że rytuał nie tworzy efektu z niczego, tylko toruje ścieżkę temu, co już jest gotowe się wydarzyć. I jeśli coś było gotowe od dawna, przychodzi szybko i niekoniecznie w sposób, który kontrolowałaś.
To mnie zastanawia. Czas. Czy byłoby inaczej, gdyby efekt przyszedł za trzy miesiące zamiast za dwa tygodnie? Czy wina byłaby mniejsza? Bo mam wrażenie, że w tym całym wątku problem nie leży w tym, co się stało, ale w tym jak szybko. I że gdyby wolniej, Eteryda mogłaby to racjonalizować jako przypadek.
To bardzo szczere. I trochę niekomfortowe do przeczytania, bo sama się łapię na podobnym myśleniu. Jeśli coś nie zadziała od razu, przestaję wierzyć, że miałam z tym cokolwiek wspólnego. A jeśli zadziała szybko, zaczynam się bać konsekwencji. Jakby pośredni dystans czasowy był psychologicznym buforem.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale czy to nie jest trochę jak z placebo? Znaczy, jeśli wierzysz, że zrobiłaś coś, co wpłynęło na rzeczywistość, to nawet przypadkowe zdarzenia zaczynasz przypisywać sobie. I może właśnie ten mechanizm powoduje winę. Nie wiem, pytam.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam pytanie, które mnie nurtuje. Czy ktoś z was w ogóle zastanawiał się nad tym, żeby po prostu nic nie robić? Nie rytuał zamknięcia, nie przepracowanie, tylko... puścić to. Zostać z tą winą i pozwolić jej powoli wygasnąć. Pytam, bo nie każda trudna emocja wymaga działania.
Mnie w tej rozmowie uderzyło jedno: Eteryda od początku mówi o winie, ale ani razu nie powiedziała, czy żałuje decyzji o rytuale, czy tylko jego efektu. To są dla mnie dwie bardzo różne rzeczy. Czy ktoś inny to zauważył?
To rozróżnienie, które zrobiłaś, jest dla mnie kluczowe w tym wątku. Żałujesz efektu, ale nie decyzji. I mam wrażenie, że właśnie dlatego ta wina jest taka lepka, bo nie możesz jej odwrócić przez stwierdzenie, że się myliłaś. Nie myliłaś się. Tylko nie wiedziałaś wszystkiego.
Ale czy kiedykolwiek wiemy wszystko przed? Pytam serio, bo zaczynam myśleć, że może problem nie leży w tym konkretnym rytuale, tylko w oczekiwaniu, że powinniśmy być w stanie przewidzieć jak to zadziała. A to chyba nierealne.
To ciekawe jako test gotowości. Sama nigdy tak tego nie formułowałam, ale właściwie to jest dokładnie ten moment, w którym się zatrzymuję albo nie. Nie przez analizę, tylko przez takie wewnętrzne 'hm'. Nie wiem czy to to samo, co ty opisujesz.
Wracając do Eterydy i jej sytuacji, bo chyba trochę odpłynęliśmy. Napisałaś, że żałujesz efektu, ale nie decyzji. Czy to znaczy, że gdybyś mogła zrobić to ponownie, zrobiłabyś to samo? Pytam, bo zastanawiam się, czy sama w to wierzysz, czy mówisz to, żeby sobie to wmówić.
To pytanie mnie trochę zatrzymało. Szczerze? Nie wiem. W tamtym miejscu, z tamtą wiedzą, pewnie tak. Ale teraz, z tym, co wiem, nie jestem już taka pewna. I nie wiem, czy to zmienia cokolwiek, bo i tak nie ma możliwości cofnięcia. Może właśnie to jest sedno tej winy, że pytanie 'czy bym to zrobiła znowu' w ogóle nie ma praktycznego znaczenia.
Ale może właśnie dlatego ma sens? Nie jako możliwość cofnięcia, tylko jako sposób na zrozumienie, co tak naprawdę myślisz o swojej decyzji. Bo jeśli odpowiedź brzmi 'nie wiem', to może jeszcze nie jesteś w punkcie, gdzie możesz z tym skończyć. Mówię to ostrożnie, bo serio nie znam się na tej stronie.
Ślad. To słowo zostaje. Ale mam pytanie do Mikolajka: czy ten ślad znika z czasem, czy zostaje na stałe? Bo mam wrażenie, że to ważne dla osoby, która jest w środku tej winy teraz i zastanawia się, kiedy to minie.
Słucham tego wszystkiego i mam dziwne uczucie, że ta rozmowa zrobiła mi więcej, niż jakikolwiek rytuał zamknięcia mógłby zrobić. Nie w sensie, że sprawa jest zamknięta, bo nie jest. Ale w sensie, że widzę ją teraz z kilku stron jednocześnie, a wcześniej siedziałam tylko w swojej głowie. Nie wiem jeszcze, co z tym zrobię. Ale chyba dobrze jest przynajmniej wiedzieć, co się czuje i dlaczego.
