To co Pawel mówi przypomina mi coś z zupełnie innego kontekstu - czytałam kiedyś o badaniach nad medytacją i tym, że niektóre techniki mogą być nieodpowiednie dla osób z traumą. Skupienie na oddechu może być dysocjujące dla kogoś z PTSD. I tamtejsze wnioski były podobne - nie to, że medytacja nie działa, tylko że ta konkretna forma jest błędnie dobrana. Zastanawiam się, czy z rytuałami finansowymi nie jest podobnie - czy są formy, które mogą być po prostu kontraproduktywne dla kogoś, nie neutralne, ale aktywnie przeszkadzające?
To co Nemezis napisała o aktywowaniu lęku zamiast łagodzenia - to jest chyba najważniejsza rzecz w całym tym wątku i mam wrażenie, że rzadko się o tym mówi wprost. Bo większość rytuałów finansowych, które są dostępne, zakłada, że osoba jest w miarę neutralnym stanem wyjściowym. A co jeśli nie jest?
Macie rację, ale chcę dorzucić jedną obserwację z praktyki - bo widzę to przy czytaniach. Ludzie bardzo często mylą stan przed rytuałem ze stanem wywołanym przez rytuał. Przychodzą z naładowanym lękiem, robią coś, lęk wybucha, i przypisują to procesowi magicznemu. Natomiast nie twierdzę, że to nigdy nie jest kwestia złego dopasowania formy - bo to też się zdarza.
Ale Eukaliptus, to znowu wracamy do pytania, czy magia tutaj w ogóle jest właściwym adresem. Jeśli samo słowo robi problem, to może to jest już teren terapii, nie rytuałów?
Dokładnie to chciałam usłyszeć, że ktoś powie to bez owijania w bawełnę. Mam wrażenie, że w środowiskach ezoterycznych jest pewien opór przed przyznaniem, że jest granica. Jakby to umniejszało wartość praktyki. A moim zdaniem jest odwrotnie - przyznanie, że magia ma swój zakres działania, sprawia, że ten zakres jest bardziej wiarygodny.
Nemezis ma tu bardzo ważny punkt, ale chcę go rozwinąć w stronę neuroróżnorodności, bo to jest coś, o czym rzadko się mówi w kontekście granic magii. W tradycjach nordyckich seiðr - jedna z form praktyki - był historycznie praktykowany w specyficznych stanach transowych, które wymagały określonej zdolności do dysocjacji. Badacze jak Neil Price zwracają uwagę, że dostęp do tej praktyki był strukturalnie nierówny - nie każdy mózg wchodzi w takie stany tak samo. To nie jest nowoczesna wrażliwość, to jest obserwacja wbudowana w stare przekazy.
To jest punkt, który mnie zatrzymał. Bo jeśli rytuał był historycznie przekazywany indywidualnie i dopasowywany, to cała rozmowa o 'dostosowaniu do neuroróżnorodności' to może nie być nowa potrzeba, tylko powrót do czegoś, co zostało po drodze zgubione. Pytanie tylko - co to oznacza praktycznie dla kogoś, kto nie ma mistrza i uczy się sam?
U mnie było dokładnie tak jak Pawel mówi. Przez długi czas myślałam, że problem jest ze mną, a nie z formą. I to jest chyba bardziej szkodliwe niż samo niedziałanie rytuału - to poczucie, że coś jest nie tak z tobą, skoro innym podobno wychodzi.
Słucham tej rozmowy i mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony rozumiem ten argument o dostosowaniu, ale z drugiej - jeśli każdy dostosowuje do siebie, to gdzie jest granica między rytuałem a po prostu... robieniem czegoś co lubisz? Pytam, bo wydaje mi się, że rytuał musi mieć jakiś element, który nie jest wygodny, żeby cokolwiek zmienił.
To pytanie Gawla wydaje mi się kluczowe dla całej tej rozmowy, bo jeśli nie mamy odpowiedzi, to dyskusja o dostosowaniu form do neuroróżnorodności staje się trochę w powietrzu. Co definiuje rytuał? Intencja? Forma? Powtarzalność? Bo jeśli to intencja, to argument Gawla upada. Jeśli forma - to mamy problem z dostosowaniem.
Dokładnie to, co Wioletka mówi o naznaczeniu, to jest chyba sedno. I to odpowiada na pytanie Gawla - rytuał przestaje być rytuałem nie wtedy, kiedy zmienisz formę, ale kiedy znika intencja i ten moment 'przejścia'. Widziałam u siebie i u innych, że można robić wszystko 'według przepisu' i to nie jest rytuał, bo brakuje tej zmiany stanu. I odwrotnie.
Okay, ale jak wy w ogóle wiecie, że ten moment 'przejścia' nastąpił? Serio pytam, bo to brzmi jak coś bardzo subiektywnego i zastanawiam się, czy nie jest tak, że każdy wierzy, że to poczuł, ale to może być po prostu... placebo skupienia?
Jasiek zadał pytanie, które mnie też od dawna siedzi w głowie, ale chcę je powiązać z tytułem wątku. Bo jeśli nie wiemy, czy moment przejścia nastąpił, to jak oceniamy, czy rytuał 'zadziałał' w kontekście finansowym? Jeśli ktoś zrobił rytuał na pieniądze i dostał pracę po miesiącu - skąd wie, że to rytuał, a nie po prostu to, że wysłał CV?
To jest pytanie, które zawsze mam z tyłu głowy i trochę się bałam je zadać, bo wydaje się podstawowe. Ale skoro Nemezis to mówi - czy w ogóle da się to rozróżnić metodologicznie? Czy magia po prostu zakłada, że rozróżnienie nie jest potrzebne?
Rozumiem Gawla, ale mam wrażenie, że ta dyskusja o weryfikowalności jest trochę obok tematu. Wróćmy do finansów konkretnie - bo Nemezis pytała o granicę. I ta granica według mnie jest wtedy, kiedy rytuał zastępuje działanie zamiast je uzupełniać. Widziałam osoby, które robiły rytuały na pieniądze zamiast rozmawiać z pracodawcą o podwyżce. I tu jest problem, nie w weryfikowalności.
To co Blazenka mówi ma duże znaczenie szczególnie jeśli myślimy o neuroróżnorodności. Dla kogoś z wysokim lękiem społecznym 'po prostu zadzwoń i negocjuj' to nie jest opcja dostępna na żądanie. Rytuał, który obniża poziom lęku przed tą rozmową, to nie jest zastępowanie działania - to jest dosłownie umożliwianie go. I to jest fundamentalna różnica.
Granacik dotknęła czegoś ważnego i chcę dopytać - czy ktoś z was praktycznie testował coś takiego? Czyli rytuał nie 'na pieniądze' jako cel, ale rytuał na konkretny stan przed konkretnym działaniem finansowym? I co z tego wyszło?
Jasiek trafił w coś, o czym myślę od początku tego wątku. To jest właśnie jeden z momentów, kiedy magia nie wystarczy - kiedy staje się narracyjnym skrótem. 'Zrobiłam rytuał, dostałam podwyżkę' brzmi prościej niż 'zrobiłam rytuał, weszłam na rozmowę z innym nastawieniem, powiedziałam rzeczy, które wcześniej trudno mi było powiedzieć, i dostałam podwyżkę'. Ale ten skrót usuwa z równania całą pracę.
I to jest też odpowiedź na pytanie o neuroróżnorodność w kontekście finansowym. Dla osoby, która ma trudności z przetwarzaniem emocjonalnym lub z planowaniem sekwencyjnym - ten łańcuch 'rytuał, stan, działanie, efekt' może być naprawdę trudny do śledzenia. Co oznacza, że samo dostosowanie formy rytuału to za mało. Potrzebna jest też jakaś struktura, która pomaga zobaczyć ten łańcuch, a nie tylko początek i koniec.
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się, czy nie dochodzimy do wniosku, że magia w kontekście finansowym może być pomocna, ale wymaga poziomu samoświadomości, który sam w sobie jest trudny do zbudowania? Czyli żeby magia pomagała, trzeba już mieć coś, co magia ma niby pomagać zbudować.
