Od paru dni chodzi mi po głowie wspomnienie mojej pierwszej wyciągniętej karty i zrobiło mi się ciekawie, jak to było u Was. Bo u mnie to był taki moment, do którego wracam nieraz i czuję, że on naprawdę wyznaczył kierunek mojej dalszej pracy z talią. Pamiętacie swoją pierwszą kartę? Nie pierwszą karte dnia po zakupie talii w celebracyjnym stylu, ale tę naprawdę pierwszą, która Wam wyszła, zanim jeszcze wiedzieliście, co z nią zrobić. Jaka to była karta i co się z nią potem rozegrało w Waszym życiu?
Moja pierwsza to Mag. I śmieję się do dziś, bo wtedy totalnie nie rozumiałem, dlaczego mi wyszedł. Miałem dwadzieścia parę lat, siedziałem w biurze zwykłej korporacji, tarot traktowałem jak zabawę z koleżanką. Wyciągam Maga, patrzę na książeczkę, czytam „jesteś stwórcą własnej rzeczywistości, narzędzia masz w rękach". Wyśmiałem wtedy i schowałem talię. Siedemnaście lat później pracuję sam, mam swoje miejsce, robię to, co chcę. Mag wiedział wcześniej niż ja.
U mnie pierwsza karta to Gwiazda. Pamiętam ten moment dokładnie, bo byłam w bardzo trudnym czasie, dopiero co zmarł mi ktoś bliski, kupiłam talię raczej z desperacji niż z zainteresowania. Wyciągnęłam Gwiazdę i rozpłakałam się. Potem latami ta karta wracała do mnie w kluczowych momentach, zawsze w tych, w których potrzebowałam nadziei. Dziś Gwiazda jest moją osobistą kartą, której nigdy nie zapomnę.
Moja pierwsza to Wieża. Nie żartuję. Dosłownie pierwsza karta, którą wyciągnąłem, żeby zobaczyć, czy „coś mi karty powiedzą". I dwa tygodnie później rozpadło mi się długoletnie małżeństwo. Wtedy myślałem, że to ja sprowadziłem nieszczęście tym rozkładem. Dziś wiem, że Wieża już wisiała w powietrzu, a karta mi ją tylko pokazała. Ten pierwszy raz kompletnie odmienił moje podejście do tarota – potraktowałem go serio od razu.
Moja pierwsza karta – Koło Fortuny. Bardzo długo nie wiedziałam, co z tym zrobić. Czy to dobra karta, czy zła? Czułam się, jakby mi karta powiedziała „teraz się dopiero zacznie kręcić, ale w którą stronę, to nie moja sprawa". Życie potem rzeczywiście rozkręciło się w sposób, którego się nie spodziewałam. Przeprowadzki, wyjazdy, zmiana zawodu. Patrzę teraz na to i widzę, że Koło się kręci, a ja jestem na jego obrzeżu.
Wyciągnęłam Kochanków. I to w momencie, w którym byłam w relacji, która już dogorywała. Pamiętam, jak bardzo się ucieszyłam, bo wzięłam to jako potwierdzenie, że wszystko będzie dobrze. A karty miały mi do powiedzenia coś zupełnie innego – bo Kochankowie to nie tylko romans, to przede wszystkim wybór. I ten wybór przede mną stał, tylko że wtedy tego nie widziałam. Rozstanie przyszło za jakiś czas, a ja wtedy zrozumiałam, że trzeba czytać kartę w pełni, nie tylko w jej „ładnym" znaczeniu.
