Chciałam napisać o czymś, co ostatnio mnie trochę zatrzymało i nie wiem, czy to tylko moje odczucie. Prowadzę od jakiegoś czasu grupę wsparcia dla kobiet po rozstaniu i kilka z uczestniczek zaczęło mnie prosić o czytania tarota na sesjach. Zgodziłam się bo myślałam że to może pomóc w refleksji ale teraz mam wątpliwości. Zauważyłam, że zamiast działać w życiu, uciekam do praktyk. I nie tylko ja - dziewczyny z grupy też zaczęły zamiast rozmawiać o tym, co mogą ZROBIĆ, pytać co im powiedzą karty. Czy ktoś z was łączył tarot z czymś terapeutycznym i jak to wyglądało od środka?
To bardzo ważne, co piszesz, i cieszę się, że to zauważyłaś bo nie każdy by się zatrzymał :P. Z mojego doświadczenia - tarot może być świetnym punktem wyjścia do rozmowy, ale łatwo przesuwa się w stronę wyroczni. Kluczowe pytanie, które zadaję sobie przy każdym czytaniu, brzmi: czy ta osoba po sesji ma więcej energii do działania, czy mniej? Jeśli mniej, coś jest nie tak z tym jak używamy kart. Ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem twoją sytuację - czy te dziewczyny przychodzą do ciebie PO sesji grupowej i wtedy proszą o tarot czy przerwacie terapię w połowie żeby ciągnąć karty?
Mnie ta rozmowa bardzo dotyka bo też to przeżywałam :). Jak byłam w bardzo złym momencie po rozwodzie, to dzień w dzień ciągnęłam karty i za każdym razem jak wychodziło coś złego, to znowu ciągnęłam, bo "może tym razem inaczej". To nie była żadna refleksja, to było szukanie pociechy. I wiecie co? Żadna karta nie zrobiła za mnie tego telefonu do prawnika.
Słuchajcie, nie chcę być tą, co psuje dyskusję, ale mam inne zdanie. Uważam, że problem nie leży w tarotu, tylko w tym, czego ta konkretna osoba szuka. Tarot jest tu po prostu najbliżej pod ręką. Gdyby go nie było, byłaby jakaś inna "wyrocznia" - może horoskopy, może rady koleżanek, może ciągłe przeszukiwanie internetu ;). Samo odstawienie kart nic nie zmieni jeśli mechanizm unikania zostaje
Przeczytałem całość i mam wrażenie że dotknęłaś czegoś, co psychologowie nazywają "magicznym myśleniem" - ale w kontekście grupowym to ma szczególną dynamikę. kiedy jedna osoba zaczyna szukać odpowiedzi poza sobą, inni szybko za nią podążają, bo to daje chwilową ulgę całej grupie. pytanie do ciebie - czy zauważyłaś że te czytania tarota pojawiały się szczególnie wtedy, kiedy temat na grupie stawał się zbyt trudny :P?
Ta rozmowa idzie w bardzo ciekawe miejsce. Chcę dodać jeden wątek - znam osoby które celowo używają tarota jako elementu terapeutycznego, ale są to terapeuci z wykształceniem, którzy mają jasną strukturę jak to robić. Karty archetypy Junga, praca z wyobraźnią aktywną i tak dalej. To kompletnie inna bajka niż to, co opisujesz. Nie mówię, że twoja ścieżka jest zła, ale zastanawiam się czy masz jakieś narzędzia które by ci pomogły postawić granicę między tymi dwiema funkcjami, które teraz mieszają ci się w głowie?
Przepraszam że wchodzę z boku, ale ta rozmowa mnie zatrzymała. sam też mam taką tendencję - jak coś jest trudne to zamiast działać, ciągnę karty, czytam o numerologii, szukam znaków. i za każdym razem czuję się przez chwilę lepiej bo mam "wiedzę". Ale rano nadal jest ten sam problem. Nie wiedziałem że to ma jakąś nazwę.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie, może trochę z innej strony - czy ktoś wie jak w ogóle rozróżnić w praktyce kiedy tarot jest dla nas wsparciem, a kiedy staje się tym, o czym tutaj mówicie? Pytam poważnie, bo sama zaczynam się zastanawiać nad swoim własnym użytkowaniem kart... Czy jest jakaś granica, sygnał ostrzegawczy?
Właśnie to "boję się że poczują że coś stracą" brzmi bardzo znajomo. Sama miałam podobnie - prowadziłam spotkania gdzie używałam roznych praktyk i kiedy raz zrezygnowałam z jednej z nich, to kilka osób rzeczywiście pytało "dlaczego, czy coś jest nie tak". Ale to otworzyło bardzo szczerą rozmowę o tym, czego naprawdę szukają. Może to jest właśnie ta szansa, której szukasz?
czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam jedno konkretne pytanie - czy ktokolwiek tutaj próbował po prostu zapytać uczestników tych grup, co dla nich oznacza moment z kartami? Nie zakładając z góry że to ucieczka albo że to terapeutyczne - po prostu zapytać? Bo całą tę dyskusję prowadzimy trochę nad głowami tych ludzi.
Ja się zastanawiam nad czymś, co wcześniej ktoś powiedział o tym że bez kart rozmowy były trudniejsze i bardziej wymagające. Czy to nie jest właśnie odpowiedź na pytanie Frania? Może karty nie są problemem same w sobie - może problemem jest to, że robią rozmowę łatwiejszą niż powinna być w tym kontekście.
to co teraz napisałaś o superwizji - to jest dla mnie bardzo ważne... Zastanawiam się czy w ogóle w środowisku ezoteryków jest jakaś kultura wzajemnej superwizji? ej bo w terapii to standard, ale co z grupami które formalnie nie są terapią, a de facto tak działają?
to jest dokładnie to o czym myślałem. Krzyż Celtycki w kontekście grupy wsparcia to jest układ, który generuje narracje - historia, wpływy, wynik. Ale jeżeli komuś chodzi o dotknięcie tego co czuje w tej chwili, to jest zupełnie nieodpowiedni. Czy próbowałaś kiedyś czegoś prostszego, na przykład jedna karta z pytaniem "co teraz we mnie jest"?
to zmienia wszystko co do tej pory powiedziałaś. ej czyli ta rozmowa ma cel praktyczny, nie tylko refleksyjny. W takim razie mam konkretne pytanie: czy planujesz wchodzić na to spotkanie z kartami, bez kart czy jeszcze nie wiesz?
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam wrażenie, że pytanie "z kartami czy bez kart" jest trochę fałszywe. Jakby karty były problematyczne same w sobie. haha a z tego co tu padło wynika, że problem jest w tym jak się ich używa i po co, nie w tym że w ogóle są. Czy dobrze to rozumiem?
ale czy to rozdzielenie nie mogło mieć sensu? Znaczy - jako prowadząca grupy, może nieświadomie czułaś że mieszanie własnej praktyki z przestrzenią grupową jest ryzykowne? Nie mówię że tak było ale zastanawiam się czy to była tylko ucieczka, czy też jakaś intuicja o granicy.
Czytam ten wątek o rozdzieleniu i mam inne podejście. walaa prowadziła grupę i nie robiła sobie czytań przed spotkaniami - to może być po prostu profesjonalizm, nie ucieczka :). Problem chyba nie leżał przed spotkaniami, tylko w tym co się na nich działo z kartami. Czy dobrze rozumiem?
Walaa właśnie powiedziała cos, przy czym chcę się zatrzymać bo to jest chyba jeden z ważniejszych momentów tej rozmowy. Jeśli grupa była też formą ucieczki, to wychodzi że karty i grupowy spotkania robiły to samo - ale w różnych momentach. To nie jest kwestia metody, to jest wzorzec. I tu już naprawde nie wystarczy zmiana układu kart.
Jeszcze nie wiem. myślałam żeby zaproponować dziewczynom jedno ciągnięcie - każda ciągnie jedną kartę i mówi tylko jedno słowo które przychodzi na myśl. Bez interpretacji. Ale teraz jak słyszę o tej Wieży u Pytonissy to się waham. może to zbyt duże ryzyko na razie.
Ten pomysł Teodorka z ciszą jest ciekawy, ale mam wątpliwość - czy to nie jest troche za dużo dla grupy która z kartami nie miała kontaktu? Bo sama niejasność tego co ciągnęłam i zatrzymanie tego dla siebie może być bardziej destabilizująca niż jedna wypowiedziana Wieża.
