Siedzę teraz z talią i mam dziwne uczucie, że tarot potrafi pokazać samotność lepiej niż jakikolwiek opis słowny. Wyciągnęłam dzisiaj Pustelnika i Księżyc razem i coś mnie tknęło, żeby poszukać, czy inni mają podobne doświadczenia z kartami, które mówią właśnie o tej pustce, o tęsknocie, o poczuciu bycia obok, a nie razem z kimś. Czy są jakieś karty, które u was szczególnie kojarzą się z tym stanem? Albo może macie jakieś układy, gdzie samotność wybija się jako główny motyw?
Pustelnik to klasyka w tym temacie, ale mnie bardziej uderza Ósemka Mieczy, kiedy pojawia się w kontekście relacji. Ta karta to nie jest samotność z wyboru jak u Pustelnika, to jest bycie uwięzionym we własnej głowie, niemożność dotknięcia kogokolwiek, bo sama sobie zawiązałaś oczy. Tęsknota bez wyjścia. Bardzo boli, kiedy ją wyciągam w spread o miłości.
No właśnie, wchodzisz w temat, który mnie zawsze wkurza w rozmowach o tarocie. Mnóstwo ludzi traktuje karty jak wyrok. Wychodzi Pustelnik albo Księżyc i od razu 'będę sama'. To jest błąd myślenia. Tarot pokazuje energię, tendencję, to co niesiesz teraz ze sobą. Nie pisze scenariusza na przyszłość.
To trochę jak z horoskopami, prawda? Tyle razy czytałam swój i myślałam 'o matko, dokładnie tak jest', a potem koleżanka czytała te same słowa i mówiła to samo o sobie. Może coś w tym jest, że te opisy są na tyle szerokie, że każdy znajdzie siebie?
Chcę dodać coś do tej dyskusji o determinizmie, bo widzę, że to jest rdzeń tej rozmowy. W tradycji hermetycznej, z której tarot w dużej mierze wyrasta, czas nie jest liniowy w taki sposób jak go potocznie rozumiemy. Karty nie pokazują przyszłości jak zdjęcia z aparatu. Pokazują coś bliższego 'polu możliwości'. Samotność jako Pustelnik to nie wyrok na bycie samotnym, to obraz energii wycofania, która jest teraz aktywna. Może być źródłem bólu, ale może też być zaproszeniem do czegoś głębokiego. Zależy co z nią zrobisz.
Trochę się gubię w tych pojęciach energii i trajektorii, ale chcę zapytać o coś prostszego. Jakie karty w ogóle kojarzą wam się z tęsknotą konkretnie? Nie z samotnością jako wyborem jak u Pustelnika, ale z tym bólem, kiedy się za kimś tęskni i nie można do niego dotrzeć?
Czytam tę rozmowę z zainteresowaniem. Sam wyciągnąłem parę tygodni temu Pięć Kielichów i siódmą pozycję w Celtic Cross i do tej pory nie wiem, czy to mówi o przeszłości czy o tym co nadchodzi. Karta ta wygląda jak płakanie nad tym co straciłem, a nie jak ostrzeżenie.
I wracamy do tego samego pytania, tylko z innej strony. Czy ta karta mówi Antkowi jak jest, czy jak będzie? Bo jeśli to tylko stan obecny, to on może coś z tym zrobić. Jeśli to przepowiednia, to jest tylko widzem własnego życia. I tu właśnie tkwi problem z determinizmem w tarocie, bo od odpowiedzi na to pytanie zależy, czy czytanie ma sens terapeutyczny, czy tylko nas paraliżuje.
Właściwie to mam pytanie, bo czytam tę rozmowę i ciągle nie rozumiem jednego. Jak ktoś jest naprawdę samotny i wyciąga kartę, która to potwierdza, to co z tego wynika? Że teraz wie jak się to nazywa w tarocie? Bo mnie by to chyba bardziej przygnębiło niż pomogło.
A czy ktoś kiedyś wyciągnął kartę, która pokazała samotność, i potem to się po prostu zmieniło samo, bez żadnej pracy nad sobą? Pytam, bo zastanawiam się, czy te karty nie pokazują też takich tymczasowych stanów, które po prostu miną.
Czytałam tę rozmowę i chcę zapytać, bo może to głupie pytanie, ale czy ktoś z was miał kiedyś sytuację, że wyciągnął kartę związaną z tęsknotą i naprawdę poczuł, jakby coś do niego dotarło? Nie chodzi mi o analizę, bardziej o takie fizyczne czy emocjonalne odczucie w kontakcie z kartą.
I tu chyba wracamy do punktu wyjścia, czyli do tego, co napisałam na początku tego wątku. Czy tarot mówi nam o tym, co czujemy, czy o tym, co będzie. Bo jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie, że obie te rzeczy mogą być prawdą jednocześnie, zależnie od tego, jak do kart podchodzisz. I może nie trzeba się decydować, po której stronie się stoi.
To co napisała Aksamitna81 na końcu mnie uderzyło. Że obie rzeczy mogą być prawdą jednocześnie. Ale czy to nie jest przypadkiem wygodna ucieczka od odpowiedzi? Bo albo karta mówi o stanie, albo o przyszłości, nie może być jednocześnie jednym i drugim, bo wtedy znaczy wszystko, a jak coś znaczy wszystko, to nie znaczy nic.
Dokładnie o to mi chodziło, kiedy zaczęłam ten wątek. Że tarot w kontekście samotności nie musi być przepowiednią. Może być językiem. Czymś, czym możesz opisać stan, który normalnie jest zbyt mętny, żeby go w ogóle uchwycić. Tęsknota jest trudna do opisania słowami, a obraz czasem trafia tam, gdzie słowa nie docierają.
Ale właśnie chcę zapytać, bo ciągle o tym myślę. Czy ten 'język' kart nie jest trochę arbitralny? Bo te znaczenia, że Pustelnik to izolacja, Piątka Kielichów to strata, to ktoś to ustalił i inni to powtarzają. Skąd wiemy, że to jest właśnie to, a nie coś innego?
Słucham tej dyskusji o językach i symbolach i w sumie rozumiem, ale mam takie pragmatyczne pytanie. Jak ktoś jest naprawdę samotny, nie filozoficznie, ale tak po ludzku, boli go wieczorami, to czy siadanie z kartami i szukanie języka na to uczucie mu w czymś pomaga? Albo inaczej, czy znacie kogoś, komu to konkretnie pomogło?
ale poczekaj, bo to co napisałaś brzmi ładnie, ale czy nie jest tak, że 'siedzenie i szukanie sensu' można robić bez kart? Wystarczy dziennik albo rozmowa z kimś. Co karty dają więcej?
Mnie też to interesuje, bo zastanawiam się, czy chodzi o samą procedurę, tę ceremoniałność, tasowanie, wyciąganie, czy o obrazy na kartach. Bo to są dwie różne rzeczy i chyba obie coś robią.
Ale tu bym się zatrzymała, bo to nie jest tak, że tarot omija słowa. Uczysz się znaczeń, więc ostatecznie i tak wracasz do języka. Pytanie brzmi, czy ta droga przez obraz coś zmienia w tym, jak potem formułujesz to dla siebie.
Czekajcie, ale jaką talię wy w ogóle używacie? Bo ja mam Rider-Waite i patrzę na te obrazki i one są takie... płaskie dla mnie. Nie czuję tej głębi, o której mówicie. Może to kwestia talii?
No siedzi na łóżku, ręce na twarzy, miecze za plecami. Wiem, co to znaczy, sprawdzałem. Depresja, lęk, czarne myśli. Tylko że jak wiem, co to znaczy, to po co mi obraz?
Czytam to i chcę zapytać, może głupio, ale czy wy czujecie się samotni, kiedy wyciągacie te trudne karty? Mam na myśli, czy sama czynność wróżenia sobie, kiedy nie ma nikogo blisko, nie pogłębia tego poczucia?
Chcę wrócić do tego, co Aksamitna mówiła o patrzeniu na kartę bez pośpiechu. Jak długo wy w ogóle siedzicie z jedną kartą? Bo ja jak wyciągam kartę, to po minucie już zaczynam czytać, co o niej piszą, i mam wrażenie, że właśnie to, co Aksamitna nazywa 'rusztowaniem', staje się dla mnie całością.
Mam wrażenie, że ta rozmowa coraz bardziej odchodzi od samotności w stronę techniki czytania. Chcę wrócić do sedna, bo mi to pytanie wisi. Czy karty mogą pomóc nie tylko nazwać samotność, ale też coś z nią zrobić? Czy tarot jest tutaj czysto diagnostyczny, czy może wskazywać kierunek?
