Słucham tej wymiany między Heniek59 a Filomeną i mam inne pytanie do całej grupy. Czy w ogóle jest możliwe siedzenie z kartą bez wiedzy? Bo nawet jeśli ktoś pierwszy raz widzi daną kartę, to jego ciało, emocje, skojarzenia wizualne też coś wnoszą. Nie można mieć zerowego kontekstu. Więc może ten spór o czystość doświadczenia jest trochę akademicki?
Przepraszam, że wchodzę z innym pytaniem, ale zastanawiam się nad czymś bardziej praktycznym. Rozmawiamy o tych momentach wejścia, o chłodzie, o dwudziestu sekundach. Ale czy ktoś próbował robić notatki zaraz po sesji? Nie w trakcie, tylko od razu po? Bo mam wrażenie, że to co się pojawia, ucieka bardzo szybko.
Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówicie o kontemplacji karty jako czymś osobnym od rozkładania i czytania. Czyli siadasz z jedną kartą, nie pytasz o nic konkretnego, nie masz pytania, tylko jesteś z kartą i czekasz? Tak to wygląda w praktyce?
Rozumiem teraz trochę więcej z tej rozmowy. Moje dwadzieścia sekund to było chyba właśnie to pozostawanie, zanim zacząłem czekać na coś. Teraz chcę to powtórzyć świadomie, ale trochę się boję, że właśnie przez tę świadomość to nie wyjdzie.
Ten paradoks jest absolutnie normalny i większość osób przez niego przechodzi. Świadomość intencji nie niszczy stanu, niszczy go tylko gdy zamieniasz intencję w oczekiwanie na konkretny wynik. Wejdź z kartą bez planu co ma się wydarzyć, tylko z decyzją, że zostaniesz z nią przez określony czas. Pięć minut. I tyle.
Słyszę, że Wrozbita mówi żebym wszedł bez planu, a jednocześnie mam decyzję przy sobie. To nie jest sprzeczność? Bo decyzja to też jakiś plan, tylko inaczej nazwany.
To jest naprawdę dobre pytanie i cieszę się, że je zadałeś, bo wiele osób tego nie widzi. Decyzja to kierunek, plan to trasa. Możesz wiedzieć, że chcesz pojechać na północ, nie wiedząc którą drogą. W kontemplacji decyzja brzmi mniej więcej tak: chcę być z tą kartą. Nie: chcę żeby karta mi coś dała.
Mnie to rozróżnienie bardzo pomaga. Bo zawsze siadałam z kartą z jakimś pytaniem w tle, nawet jeśli go nie formułowałam wprost. A teraz rozumiem, że to pytanie mogło mi zamykać to, co karta chciała pokazać. Czy ktoś świadomie próbował zrezygnować z pytania i poczuł różnicę?
To co Filomena opisuje, to w pracy z czakrami nazywa się czasem świadomością obserwatora. Przestajesz być interpretującym i zaczynasz być odbierającym. Ale pytanie do Filomeny, bo ciekawi mnie ta różnica w praktyce, czy przy runach to przesunięcie odczuwasz fizycznie, czy raczej jako zmianę jakości myśli?
Słucham tej rozmowy o przesuwaniu punktu ciężkości i zadaję sobie pytanie, które chcę rzucić do dyskusji. Czy to czego szukamy w kontemplacji karty to wgląd, czy stan? Bo to są dwa różne cele i prowadzą do różnych sposobów siedzenia z kartą.
Ja przy kontemplacji kart kładę obok kamień, zwykle kryształ górski albo lapis lazuli zależnie od karty. I to co opisujecie, to przesunięcie punktu ciężkości, czuję przez kamień zanim poczuję przez kartę. Kamień jest jakby stabilizatorem, który pozwala mi wejść w ten tryb odbierającego bez walki z myślami. Czy ktoś próbował czegoś podobnego?
Wracam do pytania Pelagiusza_J o stan kontra wgląd, bo to mnie nie daje spokoju. U mnie wygląda to tak, że zaczynam od szukania czegoś, co wgląd, a potem przychodzi moment, który jest czystym stanem, bez konkretnej treści. I dopiero z tego stanu potem wyłania się coś co można nazwać wglądem. Więc może to nie jest albo jedno albo drugie?
To brzmi jak bardzo długi proces. Ja dopiero zaczynam z kontemplacją i trochę mnie przeraża, że efekty sprawdzę za pół roku. Czy jest coś, co mogę ocenić szybciej, żeby wiedzieć czy w ogóle idę w dobrym kierunku? Czy muszę po prostu siedzieć i czekać?
Pół roku to nie jest norma, to był przykład skrajny. Ale Twoje pytanie dotyka czegoś ważnego. Skąd wiesz, że idzie dobrze? Ja bym powiedział, że jednym z sygnałów jest to, że sesje zaczynają się między sobą różnić w odczuciu, a nie wyglądają jak powtarzanie tego samego rytuału. Ale mam pytanie, czy masz już jakiś stały schemat jak siedzisz z kartą, czy za każdym razem improwizujesz?
Nie brzmi głupio. Ale chcę zapytać, bo to jest ważna kwestia, czy podczas tego patrzenia masz jakiś wewnętrzny komentarz? Coś w stylu 'to jest miecz, tu jest woda, ta postać wygląda smutno'? Czy jest raczej cisza? Bo to może być wskazówka, gdzie jesteś w tym procesie.
To jest dokładnie ten punkt, który opisywałam wcześniej w kontekście run. Ten komentarz to nie problem, to jest po prostu gdzie teraz jesteś. Praca polega nie na wyłączeniu komentarza, bo to niemożliwe, ale na zauważaniu go bez podążania za nim. Jak przyszedł, to w porządku, ale czy musisz go słuchać?
To co Filomena mówi o konkretności karty jako pomocy, to jest zbieżne z tym, jak działa praca z mandali w tradycji tybetańskiej. Konkretny obiekt wizualny zamiast próby skupienia na niczym. Ale mam pytanie do kogoś z większym doświadczeniem w tarocie, czy wszystkie karty równie dobrze się do tego nadają? Bo wydaje mi się, że coś jak As Pięciokątów to może być łatwiejsze niż Wieża.
Skoro mówimy o kartach które wciągają w narrację, to chcę zapytać czy to jest zawsze problem. Bo może właśnie ta narracja, jeśli pojawia się sama, bez że ktoś ją wymyśla, jest właśnie tym wglądem o którym mówiła Pelagiusza_J? Czy to jest zbyt naiwne myślenie?
Właśnie w tym miejscu skończyłam kilka postów wyżej i nadal nie mam odpowiedzi. Sauwak pytał czy jestem pewna, że mój wgląd nie jest tym, co chciałam zobaczyć. Ludwinia mówiła o notatkach i czasie. Ale chyba nikt nie powiedział jak rozróżnić w momencie. Czy to jest w ogóle możliwe?
Przepraszam że wchodzę bo trochę zgubiłam wątek, ale chciałam zapytać o jedno. Mówicie cały czas o kontemlpacji, ale czy to jest robione z jedną kartą zawsze, czy można wziąć kilka? Bo jak robię rozkłady to mam kilka kart naraz i nie wiem czy mogę z nimi tak siedzieć czy to jest za dużo na raz.
Właśnie o to samo chciałem zapytać wcześniej i nie dostałem konkretnej odpowiedzi. Chodzi o to, że siedzę powiedzmy pięć minut i nie wiem czy to za mało, za dużo, czy w ogóle w tym czasie coś powinno się wydarzyć. Czy jest jakaś minimalna sensowna długość sesji?
Chcę odwrócić to pytanie. Skąd założenie, że czas jest miarą jakości? Znam sesje które trwały piętnaście minut i nic, i takie które trwały dwie minuty i zostały mi w głowie przez tydzień. Pytanie o czas jest pytaniem o procedurę, a kontemplacja to nie procedura. Ale rozumiem, że to nie jest odpowiedź której szukasz. Co się dzieje po tych pięciu minutach, że decydujesz że koniec?
A próbowałeś w tym momencie zostać zamiast kończyć? To co opisujesz, to rozproszenie, nie koniec sesji. Rozposzenie to jest właśnie materiał, bo możesz zapytać, dokąd umysł pobiegł i dlaczego. Może to jest bardziej istotne niż to, co było przez poprzednie cztery minuty.
Wchodzę w tę wymianę bo mam inne zdanie niż Heniek59, choć rozumiem skąd się bierze. Problem ze 'zostawaniem w rozproszeniu' jest taki, że bez żadnego punktu zakotwiczenia naprawdę można tylko siedzieć i myśleć. Ale karta jest właśnie tym punktem. Remigiusz88, jak czujesz że lecisz, to wróć wzrokiem na jeden konkretny element karty, nie na całą kartę. Jeden szczegół. To jest technika a nie filozofia.
Mnie też pomogło coś podobnego. Ale moje pytanie jest inne, wróciłam do tego co Sauwak pisał wcześniej, że w momencie nie możemy wiedzieć czy to wgląd czy projekcja. To co powiedział że jest sygnał, ale nie dokończył. Sauwak, co to jest za sygnał?
No ja szczerze to nie wiem co do mnie trafia, bo jeszcze tego nie sprawdzałam tak świadomie. Ale jak teraz myślę, to chyba bardziej jakieś wrażenie w środku niż konkretny obraz. Trudno opisać. Czy to w ogóle brzmi sensownie?
To jest dobra obserwacja i chcę dodać coś do tej rozmowy o znanych kontra nieznanych kartach. Pracowałem kiedyś przez kilka tygodni z kartą której nie znałem, celowo wybrałem z talii którą dopiero dostałem. I brak wiedzy o znaczeniu rzeczywiście zmienił jakość kontemplacji, był mniej komentarz interpretacyjny, a więcej czystego patrzenia. Ale to ma swój koszt, bo potem nie wiedziałem co z tym zrobić. Kontemplacja bez żadnej ramy może być piękna i pusta jednocześnie.
