Zastanawiam się od jakiegoś czasu, jak wy podchodzicie do orbów w aspektach. Bo w różnych książkach spotykam zupełnie różne wartości i już się pogubiłam który system jest właściwy. Jedne źródła mówią 8 stopni dla koniunkcji, inne 10, jeszcze inne różnicują w zależności od planet. Jak to u was wygląda w praktyce? Czy naprawdę czuć różnicę między aspektem w orbie 3 stopni a takim na 9?
To jest jedno z tych pytań, na które nie ma jednej odpowiedzi i szczerze mówiąc każdy porządny astrolog wypracowuje swoje własne podejście po latach pracy z horoskopami. Ja stosuję orby ruchome, czyli różnicuję w zależności od planet. Słońcu i Księżycowi daję więcej luzu, bo to luminaria i ich energia jest silniejsza, rozchodzi się szerzej. Merkuremu już mniej. Plutonowi przy aspektach z osobistymi planetami daję do 8, ale przy aspektach z innymi transpersonalnymi już tylko 4-5. Ale to co naprawdę ma znaczenie to czy aspekt jest aplikujący czy separujący, to robi większą różnicę niż sam orb.
Moim zdaniem to z tymi orbami wszyscy przesadzają. Czytałem że tradycyjna astrologia stosowała tylko 5 stopni dla większości aspektów i to działało przez stulecia. Te 10 czy 12 stopni dla Słońca to już nowożytny wymysł który rozmywa wszystko. Jak dajesz za duże orby to w każdym horoskopie znajdziesz każdy aspekt i wtedy co z tego wynika?
Prowadzę od kilku lat notatki właśnie pod tym kątem i muszę powiedzieć, że dla mnie empirycznie wyszło że aspekty powyżej 7 stopni są zdecydowanie słabiej odczuwalne. Mam w swoim horoskopie sekstylu Saturna z Uranem na 8,5 stopnia i szczerze nie jestem w stanie przypisać mu żadnego konkretnego przejawu w życiu. Natomiast koniunkcja Merkury-Neptun na 1,5 stopnia to coś, co czuję całe życie.
Szczerze? Nie da się tego rozdzielić w stu procentach. Bardziej patrzę na pewne wzorce, na przykład kiedy ta sama para planet tworzy aspekty w progressiach albo tranzytach i sprawdzam, co się wtedy dzieje. Wtedy mam jakieś potwierdzenie że dana energia działa. Ale masz rację, to zawsze jest pewna interpretacja, nie czysta obserwacja.
A czy ktoś stosuje różne orby dla różnych typów aspektów? Bo gdzieś spotkałam się z podejściem że kwadratura zasługuje na szerszy orb niż np. kwinkunksjum, bo jest mocniejsza energetycznie. Sama nie wiem czy to ma sens, ale intuicyjnie mi to leży.
Przepraszam że wchodzę bo nie jestem mocna w astrologii, ale to co piszecie o cazimi bardzo mnie wciągnęło. Czy to znaczy, że jak ktoś ma jakąś planetę bardzo blisko Słońca w horoskopie urodzeniowym to ta planeta działa w specjalny sposób? I jak blisko musi być żeby to zadziałało?
To jest właśnie problem z transpersonalnymi w aspektach do Wenus czy innych personalnych. Neptun porusza się tak wolno, że aspekt na 9 stopniach to czasem konfiguracja trwająca miesiącami w kosmosie. Czy to znaczy że whole generations urodzonych w tym czasie mają ten aspekt? I czy on wtedy traci indywidualność? Mam to samo z Plutonem i nigdy nie wiem jak go traktować.
Na to pytanie Pytii chciałam odpowiedzieć z własnego doświadczenia. Ja sprawdzam czy aspekt jest potwierdzony przez inne wskazania w wykresie, tzn. czy planety z tego aspektu są też połączone przez inne konfiguracje, czy ich znaki mają coś wspólnego, czy regenci tych planet też się jakoś spotykają. Jeśli tak, traktuję aspekt nawet na 8-9 stopniach poważnie. Jeśli stoi zupełnie sam, odkładam go na bok.
Wracając jeszcze do pytania Klimci o uczenie się, powiem że w tradycji hellenistycznej w ogóle nie było pojęcia orbu w dzisiejszym sensie. Aspekt był albo był, określony przez pozycję w znaku, nie przez stopnie. Dopiero późniejsza astrologia wprowadzała pojęcie mocy aspektu zależnej od odległości. To historyczne ujęcie może być zresztą interesującą perspektywą dla kogoś kto uczy się, bo pokazuje że orb to konwencja, nie prawo natury.
Czytam ten wątek od początku i mam podstawowe pytanie bo sama dopiero zaczynam się uczyć. Jak w ogóle obliczacie ile stopni dzieli planety w aspekcie? Czy to jest po prostu różnica stopni między nimi czy jest jakaś inna miara? Pytam bo widzę że różne programy pokazują mi różne rzeczy.
Przepraszam że wchodzę z boku, bo jestem tutaj raczej od strony paranormalnej niż astrologii, ale to co piszecie o aspektach aplikacyjnych i separacyjnych bardzo mi przypomina pewną koncepcję z mediumizmu, że energie przed zdarzeniem mają inną jakość niż po nim. Czy to jest w ogóle porównywalne czy to są zupełnie różne rzeczy i nie powinnam tego mieszać?
To co opisujesz jest klasyczną obserwacją i zgadza się z tym co wiem z literatury i własnej praktyki. Pierwszy tranzyt aktywuje temat, retrogradacyjny pogłębia go lub koryguje, trzeci finalizuje. Niektórzy mówią o cyklu "próba, rewizja, ugruntowanie". Orb przy każdym z tych przejść jest taki sam geometrycznie, ale jakość aktywacji jest inna. To sugeruje, że orb to tylko warunek konieczny, nie wystarczający do pełnej interpretacji.
Wchodzę tu z pytaniem bocznym bo mnie to gnębi: mówicie o aktywacji szerokich aspektów przez tranzyty, ale jaki orb przyjmujecie dla samego tranzytu? Bo jeśli tranzytujący Jowisz ma podejść do natywnego Marsa na 5 stopni żeby aktywować aspekt, to mamy dwie zmienne jednocześnie. I teraz pytanie: czy liczycie orb aktywatora osobno, czy sumujecie jakoś oba?
Przepraszam, że znowu wchodzę z prostym pytaniem, ale próbuję to wszystko ogarnąć. Jak wy w ogóle decydujecie od czego zacząć gdy wykres ma dużo aspektów i niektóre ciasne, inne luźne? Czy jest jakaś kolejność?
Akurat ten problem z synastrii znam dobrze i nie mam na niego odpowiedzi. W swoich notatkach mam kilka przypadków gdzie tranzyt wyraźnie aktywował coś między dwoma ludźmi, ale nie umiem stwierdzić czy to był efekt synastrii czy po prostu tranzyt do wykresu własnego jednej z osób. Efekty w relacji były, ale skąd dokładnie płynęły, tego nie wiem.
Mam poczucie że ta dyskusja coraz bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że nie ma jednej odpowiedzi na pytanie z tytułu wątku. Każdy z nas doszedł do swoich orbów metodą prób i obserwacji, i to jest może jedyna uczciwa droga. Ale zastanawiam się, czy ktoś próbował kiedyś porównać swoje interpretacje z kimś innym na tym samym wykresie, właśnie pod kątem tego co każdy widzi przy innych orbowych ustawieniach. Czy wyniki były bardzo różne?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i chcę się zapytać o jedną rzecz, bo trochę pogubiłem się w tej dyskusji. Czy jeśli ktoś dopiero zaczyna interpretować wykresy, to lepiej zacząć od restrykcyjnych orbów i potem ewentualnie rozszerzać, czy na odwrót? Bo rozumiem że eksperci tu mają swoje wypracowane zasady, ale nie wiem od czego ja powinienem zacząć żeby się nie pogubić.
To jest właśnie jeden z tych momentów, gdzie widzę że orb to nie tylko kwestia techniczna. Bo jak zmienisz orb, zmienia się cały obraz człowieka. Ktoś z "ubogim" wykresem przy 4 stopniach nagle ma pełno aspektów przy 8. I to nie jest tak, że jeden obraz jest prawdziwy a drugi fałszywy. Tylko który jest użyteczny?
Mam pytanie może trochę z boku, ale myślę że pasuje do tego co tu omawiamy. Czy ktoś z was zmienia domyślne orby w programie astrologicznym i trzyma się tych własnych konsekwentnie, czy za każdym razem ustawia je do wykresu? Bo ja miałam przez chwilę fazę, że do każdego wykresu podchodziłam inaczej i zrobiło się z tego kompletne zamieszanie.
Ręcznie liczyć aspekty? To znaczy z tabelkami? Nie wiedziałam że tak można, myślałam że bez programu to niemożliwe przy całym wykresie.
